Wiosna zbliża się nieuchronnie, nadejdzie czas eksmisji i porządków. Będzie święto ziemi i sprzątanie świata. Ja
połączyłem to wszystko w jednym i rzuciłem na miasto swoją sugestię, co można uczynić by wiosna była radośniejsza a ludzie szczęśliwsi. A na miejscu tego charakterystycznego budynku mogliby nawet wybudować kolejny kołchoz handlowy, jeszcze bardziej przytłaczający niż Obsrane Tarasy, bo ja i tak nie chodziłbym tam. Tylko gdzie przyjeżdżaliby rolnicy?
A jedno z ostatnich zdarzeń z wieczornych wędrówek miejskich kazało mi przypomnieć sobie o tym, jakiej kontroli poddane jest miasto. Policja złapała nas z piwem w ręku, zdarza się, owszem, ale choć wydawało mi się, że wiem, gdzie są kamery monitoringu miejskiego, to jednak chyba nie wszystkie… Byłem więc gościem w tekturowym domku policyjnym na Rynku, mało ekscytująca przyjemność, ale od dziś przechodząc obok mogę mówić: „Byłem tu”. Ale to dobra okazja by wkleić tu swój tekst, o który poprosił mnie kiedyś Krawat z INNEGO ŚWIATA, a ja nie napisałem go na czas, a gdy już powstał to leży formacie zerojedynkowym na dysku.
Ilość kamer obserwujących nasze kroki wzrasta proporcjonalnie do wzrostu liczby wszystkich urządzeń i programów kontrolujących, nie jest więc tylko objawem zwiększania kontroli nad obywatelami, ale zwykłym znakiem czasów. To czasy, trendy je charakteryzujące, są takie, by wszystko obserwować, diagnozować, archiwizować, systematyzować. Nie dziwią nas już bramki elektroniczne w sklepach, czujniki liczące ludzi przewijających się w centrach handlowych, światła na przejściach dla pieszych, pracownicy prywatnych firm ochroniarskich w instytucjach publicznych, videoradary przy drogach, programy antyvirusowe w komputerach, śledzenie pracowników za pomocą lokalizacji służbowych telefonów komórkowych i samochodów, nie dziwią też kamery umieszczane dosłownie wszędzie, tyle jednak, że na kamery tak naprawdę zwracamy chyba niewielką uwagę. Bo choć po części mają odstraszać potencjalnych przestępców, podobnie jak sygnalizatory systemów alarmowych, umieszczone w wandaloodpornych obudowach na elewacji budynku, to w wielu przypadkach po prostu mają nie zwracać na siebie uwagi, bo mottem tych, którzy siedzą przed monitorami jest NIEUFNOŚĆ.
Kim są ludzie, dla których nieufność, lub wręcz strach jest podstawowym motywem, by obserwować innych? Dla mnie taką grupą najmniej budzącą sympatie są władze miast wraz z policją, które tworzą rozbudowane systemy monitoringu ulic i miejsc publicznych; typowe, że są to także instytucje i firmy monitorujące swój teren, zarówno w budynku jak i przed nim; oczywiste jest to, że największą ilością kamer szczycą się sklepy, w których na równi z klientami obserwowani są pracownicy. Właściwie to w jakim celu instalowane są kamery? Przede wszystkim dla ochrony mienia i osób, co jest jakby podstawowym motywem monitoringu miejskiego, czy ochrony większości instytucji czy firm, ale już kamery w dużych sklepach [choć nie tylko] równie intensywnie przypatrują się zarówno klientom, jak i zatrudnionym w nich ludziom. Najwięcej kontrowersji budzą jednak obiektywy kamer obserwujące ulice, bo nie dość tego, że skuteczność tego systemu pozostawia wiele do życzenia, to poza tym najzwyczajniej ta idea mi się nie podoba. W Kielcach jest tych kamer ok. 20 [+ te, które np. dołączyły z osiedlowego monitoringu na Ślichowicach; a może jeszcze więcej?], większość z nich obserwuje deptak, czyli ul. Sienkiewicza z przyległościami, ale są też w innych miejscach, gdzie jest duży ruch – przy skupiskach przystanków autobusowych, w przejściu podziemnym pod dworcem i na samej hali dworca, na bazarach etc. Są też kamery przy ul. Tysiąclecia, ale trudno zgadnąć czyje one są: czy położonego tam oddziału NBP, czy też policji, a obserwują położoną za ulicą Politechnikę z miasteczkiem akademickim. Cóż, słyszy się sporo o tym, że system jest dosyć wadliwy, co wyszło min. w sytuacji gdy niemal pod samą kamerą w przejściu podziemnym pod dworcem sprzedawca kadzidełek został tak pobity, że niedługo po tym zmarł w szpitalu. Kamera obserwuje też Rynek, cóż z tego, skoro szczególnie w sobotnie wieczory dochodzi tam do niebywałej eskalacji pijanej agresji, rzadko kończącej się interwencją policji, choć na tymże Rynku stoi budka pełniąca funkcję posterunku policji. No i oczywiście okolice nowego stadionu piłkarskiego.
Sama obecność kamer mających służyć poprawie bezpieczeństwa rodzi niejednokrotnie dylematy moralne, gdy wydarzy się sytuacja, która obrócić się może przeciw tym, którzy jako klienci też są z założenia objęci ich ochroną. Sytuacja z życia wzięta: jedna z ciekawszych knajp w Katowicach, gdzie kamery obserwują zarówno część lokalu, jak i korytarze wraz z klatką schodową na dojściu do niego. Knajpa miała dwóch stałych klientów, którzy zostawiali tam sporo kasy, prywatnie są gejami, w lokalu czuli się swojsko i bezpiecznie, nie wiedzieli o tym, że poza salą konsumpcji mogą być obserwowani przez kamery, więc pewnego wieczoru w mrocznych zakamarkach korytarza, niemal pod samą kamerą, niewidoczną w półmroku [kamera w kopułce z „przydymionego” plastiku, wielkości może pięści dorosłego mężczyzny] zaczynają śmiałe pieszczoty oralne. Obsługa baru widząc na monitorach co się dzieje płoszy ich dyskretnie w neutralny sposób. Późniejszy dylemat personelu polegał na tym, czy w ogóle i jeżeli już, to co im powiedzieć, bo po 1: nie chcą, by taka sytuacja się jeszcze powtórzyła ze względu na innych klientów lokalu; po 2: nie chcą, by owa para dowiedziała się, że zostali wtedy uchwyceni w kamerze a sama sytuacja zarejestrowana; po 3: nie chcą stracić dobrych klientów i jednocześnie dobrej opinii w mieście, bo kto wie jak zareagowaliby inni klienci nie mając pewności, czy nie są obserwowani, a może i nagrywani choćby i w czasie konsumpcji czy zabawy w samej knajpie. Z drugiej strony dzięki tym kamerom kilka sytuacji realnego zagrożenia dla ludzi czy majątku knajpy znalazło pozytywne zakończenie [dzięki nim skutecznie wypłoszono choćby gościa podglądającego i molestującego dziewczyny w ubikacji]. Choć chronią, to ingerują jednocześnie w prywatność bez wiedzy klientów. Czy na pewno tego chcemy? Trudno ocenić koszt utraty prywatności w takich miejscach, nieraz może ona być o wiele cenniejsza niż urojone zagrożenie bezpieczeństwa fizycznego, bowiem półmrok baru, dyskrecja, możliwość wypicia alkoholu w spokoju, odgrodzenie od ulicy i przypadkowych przechodniów to poszukiwana wartość maksymalizująca intymną prywatność, za którą zresztą płacimy. Jestem przeciw.
Coraz częstsze jest zakładanie kamer wewnątrz zakładu pracy, by jedynie kontrolować pracowników, choć czyni się to zazwyczaj w imię dobra zakładu czy też wręcz ochrony jego mienia. Czasem jest to jedynie próżność właściciela, który w ten sposób wśród pracowników podwyższa strach przed sobą, jak to było w jednej ze znajomych firm krakowskich. Szef nie musiał patrzeć na ręce podwładnym, dość często przebywał we Francji, ale wiedział, że w każdej chwili może sięgnąć do zarchiwizowanych nagrań, by zobaczyć co się działo podczas jego nieobecności [poza tym nowoczesne systemy dopuszczają ich podgląd przez sieć, rejestratory cyfrowe posiadają swoje indywidualne IP]. To jednak malutka i prywatna dewiacja w porównaniu z chorobą podglądactwa kwitnącą w sklepach i centrach handlowych. Miałem okazję rzucać na to okiem od strony monitorów i wiem, że personel w supermarketach czy ochrona będąca na obchodzie obiektu czasem zwraca większą uwagę ludzi obsługujących kamery, niż ci, którzy mogą być sklepowymi złodziejami. Ale z kolei i oni, także dzięki dobrej jakości kamer, ich dobremu usytuowaniu i wielokrotnemu powiększeniu mogą wpaść, gdyby tylko w odpowiednim momencie ochroniarz siedzący przed monitorami zwróciłby na kogoś takiego uwagę. Czasem pomagają im w tym zdjęcia, wiszące w pomieszczeniu monitoringu, przedstawiające ludzi, którzy byli już złapani, lub przyuważeni na podejrzanych czynnościach. Kamery czasem trudno zidentyfikować, zlewają się z innym osprzętem, patrząc do góry w supermarkecie zauważymy bowiem też czujki pożarowe, głośniki, koryta kablowe, kanały wentylacyjne [a ukrywane są też np. w obudowach czujek pożarowych]. Gdy widzimy rurę, która wygląda na wykonaną z blachy błyszczącej jak lustro, trudno sobie zdać sprawę, że w środku jest szyna, po której jeździ właśnie kamera, a jej pozycja i miejsce, które w danej chwili obserwuje są nie do zidentyfikowania. Wracając do złodziei sklepowych: słyszałem od pracowników technicznych dużych marketów, że sporo kradną sami pracownicy ochrony po zamknięciu sklepów, ustawiając kamery tak, by nie widziały ochroniarza przymierzającego buty o 2 w nocy, czy też zdejmującego z półki jakiś sprzęt AGD. I tak będzie na „złodziei sklepowych”, albo na personel, który, choćby z tej racji, że jest z założenia tymczasową siłą roboczą [która w 95% nigdy nie awansuje] też kradnie. Obserwowani są więc pracownicy na okoliczność czy nie jedzą na hali sprzedaży czy w magazynach, czy nie chowają czegoś do kieszeni, czy nie zostaną przyłapani na uszkodzeniu jakiegoś kartonu, czy pracują, czy rozmawiają, bo przecież ktoś musi być obciążony za straty spowodowane przez „złodziei sklepowych”. Pracownicy ochrony też są obserwowani: czy chodzą [np. po parkingu, co w zimie nie jest przyjemne], czy pilnują, czy widzą, czy słyszą, czy przeganiają nieodpowiedni element, czyli np. bezdomnych, nie pasujących do eleganckiego klimatu centrum handlowego... Nieufność wielokrotna doprowadza do tego, że w pomieszczeniach, gdzie siedzi ochrona obsługująca te kamery też bywają dodatkowe kamery obserwujące tychże ochroniarzy. Ich z kolei ogląda zarząd centrów handlowych.
Nieformalne podglądactwo za pomocą kamer ma także swoje perwersyjne, a co z tym idzie finansowe wymiary, można się bowiem w sieci natknąć na nieinscenizowany obraz na żywo z solarium, sauny czy przebieralni basenu. Dla mnie nieco inną wersją tego samego jest wpuszczenie w sieć blokowej telewizji kablowej obrazu z wideodomofonu z wejścia do klatki, który można oglądać non stop niczym serial bardzo ubogi w zdarzenia i dekoracje. W nowobudowanych blokach, które strzeżone są przez kamery umiejscowione na zewnątrz budynku czy w garażu podziemnym z kolei to z nich obraz jest dostępny w kablówce lub lokalnej sieci ethernet. Można więc spokojnie podglądać, by się dowiedzieć np. z kim i o której wracają sąsiedzi.
Nie interesują mnie zbytnio takie rejony podglądactwa jak stadiony piłkarskie czy wojewódzkie ośrodki ruchu drogowego, gdzie egzaminatorzy i zdający na prawo jazdy są śledzeni okiem kamer, czy areszty i więzienia naszpikowane takimże sprzętem, bo w żadnym z tych miejsc nie zamierzam się w najbliższej przyszłości znaleźć. Trochę inaczej traktuję też kamery w szkołach, gdzie to rodzice akceptują taki środek do zapobiegania przemocy czy walki z dilerami na jej terenie.
Na koniec kilka przypomnień: kamery w kopułkach często są obrotowe, mogą mieć naprawdę imponujące powiekszenie, np. te, z którymi ja się zetknąłem miały 25-krotny zoom optyczny, co pozwala na odczytanie rejestracji samochodu z ok. 200 m. Obecnie zapis obrazu odbywa się zazwyczaj cyfrowo, co pozwala w wygodny sposób archiwizować dane i równie łatwo wyszukiwać zdarzenia. Jeżeli np. kiedyś się wkurwię i pójdę nabazgrać na ZUSie, że są złodziejami, to jeżeli nie złapią mnie od razu, nie znaczyć będzie, że uniknę odpowiedzialności w ogóle. Przy pomocy kamer został np. nakryty w kieleckim sądzie pewien sfrustrowany mężczyzna, który, by zemścić się za orzeczenie wydane nie po jego myśli, chodził po budynku i zaklejał zamki w drzwiach. Zasadą montażu kamer powinno być nie tworzenie „martwych pól”, wręcz by kamery widziały się wzajemnie, ale niezbyt często się tak dzieje [z oszczędności]; nie powinny widzieć tego, czego nie chronią, a więc np. sąsiednich posesji, co w kamerach obrotowych realizuje się przez blokadę obrazu w „prywatnych strefach”, ale czy tak się zawsze dzieje? Słyszałem np. o wykorzystywaniu kamery umieszczonej na słupie na terenie jednej z warszawskich uczelni do notorycznego zaglądania do damskich łazienek i gdyby nie przypadek, to ów proceder trwałby pewnie dłużej niż rok, jakże smakowity dla ochrony...
Dla właścicieli firm i ich pracowników dylemat jest taki: czy podglądać i czy być podglądanym, a co za tym idzie czy praca jest na tyle warta utrzymania, by zgodzić się na dodatkowe upokorzenie [dla niektórych mogące się nie kwalifikować nawet jako „dyskomfort psychiczny”, bo są tacy, którym po prostu nie zależy] i tu zarzutem może być ew. brak informacji o tym, czy i przez kogo jesteśmy kontrolowani za pomocą kamer. Ale to my tworzymy miasto, a nikt się nas nie pytał czy chcemy czuć się w nim bezpieczniej kosztem naszej prywatności. Ja staram się stosować taktykę unikania, ale to przecież tylko półśrodek, bo nie zmienia to faktu, że czuję się nieswojo w swoim mieście.
a w kwestii miasta i "obserwacji"... wczoraj rozmyślałam na temat miasta i tego, że to ludzie mogą tchnąć w umierające/konające miasto życie... bo miasto jest wieczne... niemalże
jednak, kiedy wracałam do domu w nocy przyglądałam się dużym ilościom policjantów po derbach... myśleli najwyraźniej, że wszyscy chooligans pójdą na miasto robić zadymę, a tu tylko poimprezowe towarzystwo uskuteczniało szwendaka; jeździli więc i obserwowali - takie miasto policyjne - bez godziny policyjnej ;)