Liczniki Popieram Anarchizm
Blog > Komentarze do wpisu
Miasto nie jest firmą! Squaty nie na sprzedaż!


elbaW obecnej chwili dwa polskie squaty zagrożone są ewikcją, czyli wyrzuceniem z zagospodarowanych przez siebie miejsc. Żeby nie było wątpliwości – miejsc opuszczonych, nie służących nikomu. Ta prawdopodobna eksmisja to konsekwencje procesu, który komercjalizuje miasta, nie zważając na kwestię użyteczności publicznej, gdyż jedynym wskaźnikiem wartości miejsca staje się jego cena rynkowa. A zarówno squat „Rozbrat” w Poznaniu, jak i squat „Elba” w Warszawie [jak i kilka innych w Polsce, warto wspomnieć jeszcze o podobnych miejscu, jakimi są „Tektura” w Lublinie,  "CRK" we Wrocławiu, Elektromadonna” w Częstochowie czy „DeCentrum” w Białymstoku] to miejsca łączące w sobie funkcje mieszkaniowe [na które urząd miasta ani inne instytucje pomocowe nie wyłożyły ani złotówki], jak i centra społeczne, w których  na zasadach  non profit dzieje się bardzo wiele zdarzeń związanych z kulturą [koncerty, wystawy, projekcje filmów, teatry, biblioteka, wydawnictwa] i działaniami społeczno-politycznymi [rozdawanie potrzebującym jedzenia w okresie zimowym w ramach inicjatywy „Food Not Bombs”, miejsce spotkań dla środowisk anarchistycznych, feministycznych, lewicowych, lokatorskich, pracowniczych]. To wszystko dzieje się bez dotacji, bez mecenasów, tylko i wyłącznie dzięki zaangażowaniu ludzi związanych z tymi środowiskami, wbrew wszelkim utrudnieniom, jakimi są przeróżne procedury administracyjne. Porównując tą sytuację do miejskich centrów kultury, o których często trudno nawet nam powiedzieć, co się w nich dzieje, co robią dla mieszkańców miasta, którzy finansują je ze swoich podatków, to dziwi nieco postawa władz miasta, które ignorują miejsca i inicjatywy, które tak pozytywnie wpisują się w przestrzeń. Może to lekka demagogia, ale z jakich form działalności kulturalnej organizowanych przez miejskie instytucje w swoim mieście korzystaliście ostatnio? Może oglądanie nowych pomników, których w Kielcach wciąż przybywa? Czy do tego można zaliczyć koncert w KCK, na który bilet kosztuje krocie, a sama jego papierowa forma pokryta jest niemal w całości listą sponsorów? Z kursów tańca, za które i tak trzeba płacić? Czy znacie jakiś zespół muzyczny, który ma próby w którymś z miejskich domów kultury w Kielcach? Większość z nich chyba działa w „Bazie Zbożowej”, która co prawda funkcjonuje przy pomocy miasta, ale tylko dzięki fundacji „Wici”, która ogarnia sporą część kulturalnej przestrzeni w naszym mieście. A jeżeli chodzi o lokalne, oddolne inicjatywy społeczne, które funkcjonują przy tych squatach, to wystarczy przypomnieć niedawną parlamentarną dyskusję o [nieudanym de facto] obcięciu dofinansowania z budżetu dla partii politycznych [oprócz których każdy parlamentarzysta i tak dostaje pieniądze na prowadzenie swojego biura, które wielokrotnie stają się partyjnym lokalem], by sobie uświadomić, że polityka jest zwykłą komercyjną działalnością*, w której w zamian za dotacje [także te w czasie kampanii wyborczych, od ludzi, którzy oczekują później wdzięczności od polityków] prowadzi jedynie do zachowania status quo, czyli jak najmniej konfliktowej współpracy na rzecz cementowania państwowych i samorządowych fundamentów/układów, której efektem jest dzielenie się posadami w urzędach czy spółkach, lub kontraktami finansowanymi z publicznych pieniędzy. Te squaty, jako centra kultury, radzą sobie nieźle bez układów i dotacji; smutne natomiast jest to, że większość koncertów w Kielcach odbywa się w knajpach, gdyż są to obecnie jedyne  miejsca, które bez dotacji jakoś są w stanie finansowo ogarnąć taką działalność [Mundo, Mehehe, Tunel], a np. kluby studenckie, które z założenia są takimi instytucjami zajmują się… sam nie wiem czym [a nie chodzi tu tylko o „Wspak” czy „Pod Krechą”, jest przecież w Kielcach jeszcze kilka innych uczelni, które najwyraźniej są kolejnymi instytucjami, które tylko zarabiają na swojej działalności, nie oddając nic w zamian lokalnym społecznościom]. Coroczne juwenalia, tylko umacniają żałosny wizerunek nie-współtworzenia kultury przez uczelnie i ich studentów, z roku na rok wyglądają natomiast coraz bardziej jak przymus wykorzystania przeznaczonych na to funduszy [w bezpieczny, a co za tym idzie, nudny sposób], a nie zorganizowanie festy, która ma na kilka dni wnieść młodzieńczą radość do miasta. A na „Rozbracie” i „Elbie”[i wokół nich, i dzięki nim] dzieje się dużo różnych rzeczy, o którym kieleckim komisarzom kultury może się tylko marzyć…
Rządzenie miastem zaczyna przypominać zarządzanie firmą”, „Na naszych oczach miasto staje się towarem, marką na sprzedaż” to cytaty z notki „Miasto nie jest firmą” ze strony squatu „Rozbrat” i ich analiza jest niestety trafna. Zastanawiamy się czy w jakikolwiek sposób zwraca nam się urzędnicza inwestycja marketingowa, jaką są przeróżne formy promowania miasta, akcje bilboardowe, konkursy wizerunkowe, etc.; czy w sporcie chodzi jeszcze o same emocje sportowe, czy przejęcie piłkarskiego klubu „Korona” przez miasto, nie było takim samym zabiegiem rynkowym, jak miało to miejsce kilka lat wcześniej, gdy przejmował go Klicki z „Kolporterem” w celu promowania marki swojej firmy? Z ust urzędników na ten temat więcej słyszy się o wizerunku miasta w obliczu spektakularnych zdarzeń sportowych w mieście [jak np. mecz reprezentacji Polski], niż o samym sporcie dla mieszkańców. Wobec tych ponurych przemian jakie dotykają miasta i ich mieszkańców likwidacja tych dwóch [bo oficjalnie tylko one są zagrożone] squatów, „Rozbrat” i „Elba”, pokazałoby, że urzędnicy [a i wyborcy ze swoim przyzwoleniem na to] za nic mają autentyczną i niezależną [także od urzędniczych pieniędzy] aktywność ludzką; że miejsca, przez które przewijają się setki, w przeciągu miesiąca nawet tysiące ludzi, mogą po prostu przestać istnieć; że kultura i życie ludzkie [mieszkających tam squatersów] są tylko epizodem nie uwzględnionym w planie zagospodarowania przestrzennego miasta. To nic, że są to miejsca i inicjatywy, które nie dotyczą Kielc, ale ich porażka świadczyłaby o przegranej społecznej walce zwykłych ludzi z bezdusznymi urzędnikami i rynkowymi wymuszeniami.
Na stronie Elby jest formularz petycji w jego obronie, a ogólnie warto co jakiś czas zaglądać na strony obydwu squatów, bo w krytycznej chwili może być potrzebna pomoc każdego, komu bliska jest wizja miasta, w którym są pewne wartości ważniejsze niż „rynkowa cena gruntu” czy „priorytet handlu”.

*Jeden z kandydatów do Parlamentu Europejskiego wprost zadał pytanie jednocześnie na nie odpowiadając: "Jak zarobić milion euro w ciągu 5 lat? Trzeba zostać eurodeputowanym!". Diety europosłów z wszelkimi dodatkami pozwalają naprawdę to uczynić.
niedziela, 12 kwietnia 2009, a_maciek