Blog > Komentarze do wpisu
Kęsy władzy - władza kusi - władza kąsa

   Dzieje się wiele w mediach od wyborów, oj dzieje niesamowicie wiele i sprawia to wrażenie, jakoby i w strukturach państwa tyleż się działo, ale to już jest tylko wrażenie. Miewam czasem ogromną ochotę usiąść przed klawiaturą i wysysać z tych awantur swoje toksyczne wnioski i spluwać równo po wszystkich, ale przechodzi mi zazwyczaj dość szybko, bo za każdym razem po chwilowym już tylko zastanowieniu dochodziłem zawsze do podobnej konkluzji – to nie jest wojna o moją sprawę, to jałowa bitwa o definicje, ale wciąż przeciwko mnie, wciąż przeciwko każdemu i naszej wolności, nie czuję się więc broniony przez „obrońców demokracji”. Innym wątkiem mogłaby być siła przekazu mediów różnych nurtów, co muszę przyznać ma duże znaczenie. I nie o siłę tylko chodzi, ale i o jakość – media prawicowe w zdecydowanej większości są po prostu kiepskie, ich publicyści mało przekonujący, styl przekazu – nijaki, choć przecież mają równie wiele do powiedzenia, równie wiele racji, co „media głównego nurtu”. Ale nie o tym.

   Przede wszystkim zupełnie poza mną rozgrywa się idiotyczny spór, czy raczej pyskówka o „państwo prawa”, a jest to dyskusja podobnego lotu jak rozważanie o tym, jaki hamburger jest wzorcowy, idealny lub kiedy powinien przestać być tak nazywany, gdy jest zwykłą bułką z mięsem – a hamburger objawiony jest jako oczywiste danie nowoczesnego obywatela/patrioty, bez refleksji nad tym, czemu to nie mogą być kopytka lub pierogi. Kto jak kto, ale entuzjaści poprzedniej władzy o smaku, higienie rządzenia lub tym bardziej o braku zepsucia nie wiedzą chyba za wiele. Żenujące jest krzyżowanie argumentacji, kiedy się skończyło, albo kiedy zaczęło się odradzać to mityczne „państwo prawa”, ta niesmaczna batalia o zawłaszczenie terminologii. Dyskurs ten popłynął w kierunku tak fałszywym, że zastanawia mnie przede wszystkim fakt jak bardzo ludzie, media i politycy dali się wciągnąć w tą międzypartyjną rozgrywkę o słowa, o duperele, o plasterek sera w bułce z mięsem. Zamiast pluć sobie w brodę, że mało kto, oprócz „prawdziwych antysystemowców” (żart – chodzi mi tylko o trzeźwo myślących), w 1997 roku głosował w referendum przeciw obecnej konstytucji, by odrzucić tak niedopracowany i wieloznaczny dokument, to większość teraz zastanawia się jakim sosem go doprawić. A unijny komisarz do spraw gospodarki cyfrowej i społeczeństwa Günther Oettinger mówi obecnie tak: "Wiele przemawia za tym, że będziemy musieli uruchomić kontrolę mechanizmu państwa prawa i postawić Polskę pod nadzorem" i kto wie, czy zapisy konstytucyjne nie obligują nas do pozwolenia na takie procedury.

[instalacja artystyczna na jednej z kieleckich uliczek]

   Bo tak właściwie dlaczego wzorcem, wokół którego toczy się batalia jest hamburger, jest owo „państwo prawa”? Dla mnie ten twór słowny to nic innego jak określenie pewnego rodzaju prawa własności, formy posiadania charakterystycznej dla „demokracji przedstawicielskiej” – to jest państwo w czystej postaci, państwo prawa (do) dominacji, struktura przejęta przez pewną grupę polityczną i wykorzystująca prawo do realizacji swoich założeń. Więc o co ten krzyk? O to, że PiS (mówiący przynajmniej o tym wprost) , który tworzy rząd de facto został poparty tylko przez 18% dorosłych obywateli i budzi to niesmak? Naprawdę to właśnie budzi niesmak, podobnie jak to, że poprzednia ekipa zajadała się ośmiorniczkami? A nie budzi obrzydzenia fakt, że cała ta struktura, niezależnie od przywództwa, jest czysto bandyckim zagarnięciem wolności i własności każdego „obywatela”? Obrzydzenie budzi fakt wpierdalania ośmiorniczek, a uzurpacja bycia „przedstawicielem”, pasożytowanie jako urzędnik regulacyjny, jako zawodowy polityk, wymuszanie, haracze, kradzieże, kontrola i indoktrynacja, czyli to co jest zwyczajną procedurą każdego państwa, każdej demokracji przedstawicielskiej, już tego obrzydzenia nie budzi?

   Fascynującą kwestią jest samo „posiadanie” władzy – jak można przejąć ją na własność, kto jest jej posiadaczem, dlaczego jest zbywalna albo raczej czy może wrócić na wolny rynek wymiany, by każdy mógł stać się jej „udziałowcem”. Gdyby wg ordynarnej terminologii parlamentarzyści faktycznie byli naszymi przedstawicielami, to wybory byłyby zwykłym terminowym zbyciem akcji władzy na giełdzie polityki, a posłowie radą nadzorczą wybierającą (za-)rząd. Co się dzieje w takim razie z połową akcji, które są własnością tych, którzy nie biorą udziału w podziale władzy nie głosując na wyborach? Ktoś zarządza tym dobrem wbrew właścicielom? K. Wyszkowski, prawicowy celebryta, wypowiedział na dniach znamienne zdanie: „nowa władza wbrew jękom właścicieli III RP i tego starego układu będzie kontynuowała marsz na rzecz odbudowy Polski i realizowała patriotyczne marzenia” – potwierdza po pierwsze, że operuje się w tym dyskursie pojęciem własności, po drugie podpowiada coś niepokojącego, a mianowicie, że przejęcie władzy nie służy obywatelom, usprawnianiu im życia, realizacji obietnic wyborczych, a jedynie spełnianiu marzeń „patriotów u władzy” (poprzednia ekipa zapewne spełniała marzenia „nowoczesnych Europejczyków”). Ohyda.

   Prawo własności w kontekście władzy jest bardzo rozbudowanym wątkiem, można go ciągnąć w nieskończoność, w nawiązaniu do powyższego można zadawać niezliczone pytania, np. czy korumpowanie urzędnika jest wersją VIP, w przypadku, gdy i tak pracuje w urzędzie, który jest naszą współwłasnością? Albo dalej i już całkiem na poważnie: czy instrumenty władzy są własnością udziałowców/wyborców czy też już tylko ich przedstawicieli? Praktyka pokazuje, że tylko to drugie. Ale mi po głowie chodzi jeszcze jedna rzecz. Od razu po urodzeniu rodzice dowiadują się, że ich dziecko zostało przejęte na własność przez państwo – zostaje mu nadany PESEL, zostaje zameldowane, przypisane do obowiązków szczepień, później do obowiązku szkolnego, w międzyczasie rodzicom grozi z różnych przyczyn odebranie praw do opieki i dzieje się to całkowicie automatycznie. O pomoc, zasiłki lub ulgi ze strony państwa trzeba już walczyć, składać wnioski, deklaracje, nic nie dzieje się automatycznie i na stałe. Analogiczną aktywnością przywłaszczana wydaje się być chrzest – uległość rodziców sprawia, że dziecko zostaje statystycznym katolikiem, tu jednak pewna skomplikowana procedura apostazji może to anulować, bez tego jednak stajemy się na zawsze obywatelem kościoła. Niestety nie daje nam to paszportu Watykanu, a szkoda, bo to wg pewnych interpretacji jedyna współczesna bezpaństwowa społeczność – LINK.

   To jest właśnie chyba to, o czym ponad 100 lat temu pisał Sorel – „siła publiczna”, władza w użyciu, w działaniu. To przeciw temu próbował nakierować tworzony przez siebie mit „strajku generalnego”, powszechnej odmowy współpracy, ale mit ten do dziś pozostał utopią. Dziś, jak i przed wiekiem, „siła publiczna” jest przedmiotem zmieniającym tylko właściciela, nikomu nie przychodzi do głowy, by ją po prostu zneutralizować.



niedziela, 03 stycznia 2016, a_maciek

Polecane wpisy

Komentarze
2016/01/03 12:43:13
Bo może państwo powinno być po prostu państwem ludzi, a nie prawa, władzy, urzędów, partii politycznej i czyjeś tam jeszcze?
-
2016/01/03 12:55:43
Niestety państwo ma monopol na prawo, nie możemy się przed nim bronić, bo państwo ma monopol i na broń. Prawo i narzędzia do jego egzekwowania są własnością aparatu urzędniczego przejętego na własność przez kastę polityczną, bo... tak jest skonstruowane państwo. Analogia z życia: alkoholik nie jest w stanie wrócić do stanu kontrolowanego picia, więc jedynym ratunkiem jest nie-używanie alkoholu (czyli w państwie - władzy).
-
Gość: Anarcha, *.dynamic-ra-3.vectranet.pl
2016/01/04 05:25:33
Polecam świetną mym zdaniem analizę Bartłomieja Radziejewskiego stanu tegoż państwa, jego teza, że służy ono interesom swoistej ''klasy pasożytów'' pod którą wszystko w nim na czele z prawem czy porządkami w gospodarce jest ustawione dobrze mym zdaniem koresponduje z niektórymi twymi obserwacjami, w każdym razie wykracza ona poza bieżączkę, infantylną publicystyczną młóckę jaką usilnie starają się mielić nam mózgi obarczając winą za syf w którym tkwimy nasze ''zacofanie obyczajowe'' czy ''postkomunizm'' wskazując iż rzecz ma korzenie głębsze, systemowe, poza taką czy inną denominacją polityczną i ideową [ o ile w ogóle można o tym ostatnim w tym wypadku mówić ] :

www.nowakonfederacja.pl/iii-rp-jako-system-pasozytniczy/

Jeśli zaś chodzi o ''letnią zadymę w środku zimy'' wokół trybunału dobrze pasuje tu mym zdaniem tekst Waldemara Korczyńskiego, sądzę, że jego uwagi o ''chamstwie państwowym'' powinny zwłaszcza przypaść ci do gustu, obacz sam :

papierowy-tygrys.blogspot.com/2015/12/konstytuta.html
Liczniki Popieram Anarchizm