Liczniki Popieram Anarchizm
RSS
sobota, 21 stycznia 2012
Panie prezydencie Lubawski, może jakieś drzewo by pan posadził?


Uciska mnie jakieś ciężkie, betonowe wrażenie, że obecnie Kielce przypominają Polskę lat 50-tych, z werwą budowaną ku chwale wielkich idei, bez zwracania uwagi na całokształt czy tym bardziej jakiś szczegół społeczny. Oczywiście wiele z tych przemian czy inwestycji ma jakieś racjonalne podłoże, ale styl czy efekty skłaniają do takich socrealistycznych skojarzeń. Może i zaczęło się to przy okazji wysypu pomników, które zaczęły za kadencji Wielkiego Wojciecha wyrastać w różnych częściach miasta, łącznie z betonowymi tablicami Mojżeszowymi, ale potem zaczęły się wysypywać monumentalne projekty, niezbyt przystające do naszego miasta średniej zaledwie wielkości. I wielkie przebudowy drogowe, dyscyplinujące kierowców i zamykające pieszych czy rowerzystów w słabo przystosowanej do takiego ruchu infrastrukturze drogowej do coraz mniejszej ilości przejść, karkołomnych kładek i ścieżek rowerowych wyciętych z nowych tras ulicznych.


Nawet na lokalnej stronie „Gazety” został zamieszczony bardzo dobry tekst Jerzego Stradomskiego ze stowarzyszenia Kieleckie Inwestycje, który, mam wrażenie, kłoci się z dotychczasowym bezrefleksyjnym podejściem tego medium do stylu przebudowy Kielc, co było choćby widać przy słabym komentowaniu zabetonowania brzegu Silnicy masywnym apartamentowcem. Artykuł jest konkretną analizą sytuacji powstałej dla mieszkańców osiedla Bocianek po zamknięciu ich w getcie po wybudowaniu ekspresowego odcinka drogi S74 – odgrodzenie ekranami, zminimalizowanie tras komunikacji pieszej i rowerowej – jednym słowem tradycyjnie pojmowane wykluczenie. To niestety dopiero zaczynek do problemu, który się rozrasta wraz z ilością wylanego betonu [mój znajomy inżynier z branży niebudowlanej mawiał: „budowlaniec myśli dopóki beton nie zwiąże” – tu raczej chodzi o wizjonerów i projektantów] i zatwierdzonych projektów. Przebudowy w centrum Kielc dopiero wchodzą w fazę rozwojową, to wykluczenie będzie zapewne jeszcze bardziej zauważalne po zrealizowaniu innych pomysłów genialnych wizjonerów.


Jedną wspólną cechą tych inwestycji jest niesłabnąca arogancja i brak szacunku dla środowiska naturalnego, czy raczej jego pozostałości, które znikają z miasta w zastraszającym tempie przy okazji tychże działań [a słowo-klucz „środowisko naturalne” nie ogranicza się tylko do drzew!]. Każda przebudowa drogi to dziesiątki czy setki usuniętych drzew, w przypadku ul. Krakowskiej chyba około tysiąca. Ten masowy proceder rozpędza się w szalonym tempie – niebawem, gdy będą się kończyć przebudowy infrastruktury drogowej w okolicy budowanej jeszcze galerii Korona, zniknie wiele drzew z ulicy Warszawskiej, na odcinku od al. IX Wieków do al. Tysiąclecia, by ustąpić miejsca nowym ekranom akustycznym. Kolejne przebudowy przy ulicach Czarnowskiej, 1-go Maja, Zagnańskiej, Okrzei, Żelaznej a później Jesionowej będą w efekcie takie same – powstaną drogi, ekrany je zasłaniające, ale niestety znikną drzewa. No i nie można zapomnieć o przebiciu z Krakowskiej do Prostej, gdzie odbędzie się prawdziwa rzeź drzewna...


Marudzenie, kłapanie dziobem, sączenie jadu, brak merytorycznych  argumentów – to mniej więcej zarzuty wobec tekstu Stradomskiego na forum „Gazety”, do mnie też doskonale pasują, wiem, mam taki zwyczaj, ale w zamian za te drzewa nie sadzi się innych, nie tworzy nowych miejsc rekreacji [co najwyżej zagospodarowuje istniejące, jak Wietrznię], nie mamy nowych parków, skwerów, tylko beton i granit. Te kilka nowoposadzonych drzewek na króciutkim odcinku ul. Warszawskiej od Rynku do al. IX Wieków to jest jak przypadkowe kichnięcie. Czy naprawdę nie da się zrobić nic w zamian za ten przetrzebiony drzewostan? Wielu ludzi potrzebuje dróg, ale równie wielu potrzebuje miejsca gdzie można zawiesić oko na drzewie, na zieleni, usiąść latem na ławce w cieniu, byleby to nie był cień centrum handlowego… Czy to po prostu przypadłość miejskich demiurgów, którzy na co dzień spędzają czas w swoich domach na przedmieściach miast, lub wręcz w podkieleckich gminach i koło garnituru im to lata czy jest coś zielonego w Kielcach, bo ważne jest, że oni mogą szybko dojechać do pracy i na zakupy?


Czy tak trudno zawrzeć w umowach o budowie inwestycji paragraf zmuszający do jakiegoś zielonego zagospodarowania terenu po jej zakończeniu? Widziałem w Łodzi budowę, w której obrysie stało drzewo – pomnik przyrody i inwestor musiał dokonać zmiany architektonicznej – wklęśnięcia w budynku, w którym to drzewo sobie dalej rosło, bo bardziej mu się to opłacało, niż wycięcie. Czy jeżeli się tego nie da zagwarantować lub zrealizować z braku miejsca [zabranego przez asfalt, granit, ekrany], a jest to inwestycja dla miasta, to czy prezydent i jego wierna Drużyna Wąsatego Pierścienia nie mogliby złożyć prostej deklaracji – „Za jedno drzewo wycięte na budowie oddamy nowe, posadzone w mieście lub 10 metrów kwadratowych zielonego skweru”? A niechby nazwał sobie ten skwer lub aleję drzew w jakiś pompatyczny sposób, na cześć i chwałę swoich idoli, ale odczulibyśmy przynajmniej tą chęć rekompensaty mieszkańcom czegoś, co miasto im zabrało.


Lata 50-te w PRL-u charakteryzowały się tym, że każda budowa – huta, droga, szkoła, były pomnikami wieczystymi dla ówczesnych budowniczych. Dziś widzę to samo – prezydenta rozglądającego się po mieście z dumą: to mój Rynek, to mój parking, to mój stadion, to moja filharmonia, to moje drogi, to moja ulica Sienkiewicza… Trwałe, z granitu, z betonu, na kilkaset lat… bo drzewa to tak łatwo ściąć i nie przenoszą pamięci o wizjonerze w taki spektakularny sposób.


21:44, a_maciek
Link Komentarze (1) »
czwartek, 17 listopada 2011
Petycja w sprawie ratowania CRK

Co dalej z CRK?


Obawiamy się o przyszłość Centrum Reanimacji Kultury. Miasto planuje przeprowadzić remont budynków przy ul. Jagiellończyka 10c i d, w których CRK działa od 11 lat. Pozwolenie na rozpoczęcie prac budowlanych ma być wydane do początku grudnia. Jednocześnie UM nie prowadzi z naszym kolektywem żadnego dialogu dotyczącego przyszłości miejsca po remoncie oraz samego przebiegu prac. Urzędnicy nie odpowiedzieli nam na dwa złożone w ofic jalnym trybie pisma z prośbą o gwarancję, że miejsce będzie nadal zajmować budynki na dotychczasowych zasadach. Pomimo zapewnień przedstawicieli władz lokalnych nasze uwagi nie zostały uwzględnione w złożonym już projekcie remontu. Od kilku tygodni staramy się spotkać z urzędnikami odpowiedzialnymi za zarządzanie zasobem komunalnym – jak na razie bezskutecznie.

CRK to istniejąca od 11 lat niezależna i otwarta przestrzeń skupiająca artystów i aktywistów społecznych. Działa bez jakichkolwiek dotacji, zarządzana jest na zasadach demokracji bezpośredniej. Kolektyw CRK sam wyremontował i utrzymuje zajmowane budynki.

Podpisujcie petycję do władz miasta o przedstawienie stowarzyszeniu prowadzącemu CRK umowy o bezczynszowy najem budynku przez okres 20 lat:
                                                                 TUTAJ

Udostępniajcie na Facebooku ankietę dotyczącą przyszłości CRK .

strona na facebook'u:
                                                                  TUTAJ

Więcej o działalności wrocławskiego Centrum Reanimacji Kultury można znaleźć oczywiście na ich stronie czyli TUTAJ

20:50, a_maciek
Link Komentarze (14) »
niedziela, 06 listopada 2011
LOKOMOTYWA #3

Oto z zaskoczenia nieco pojawił się nowy, trzeci numer LOKOMOTYWY – kieleckiego pisma, które jest obecnie jedynym papierowym wydawnictwem niezależnym w Kielcach, orbitującym na dodatek mocno w anarchistycznych klimatach. Niby nie powinno mnie zaskoczyć ukazanie się tego numeru, bo są tam dwa moje teksty, ale jednak stało się to trochę bezwiednie i fajnie, bo to, że się wciąż ukazuje to jednak niespodzianka. W środku jak zwykle to i owo z regionu i ogólnie, ideowo i muzycznie, najlepiej zobaczyć samemu i jak zwykle udostępniam to wydawnictwo w dwóch wersjach:


- DO SAMODZIELNEGO WYDRUKOWANIA


- DO CZYTANIA


Jest jednak w tym numerze pewien gorzkawy posmak – oprócz ciekawych materiałów o Anonymous czy Lutrze pojawiło się dość mocne nawiązanie do pewnego nurtu, który w wielu miejscach jest nieco niestrawny: heroiczny lewicowy antyfaszyzm. Mam duży dystans do lewicowych ideologii [bo jest ich wiele, choć część z nich serwuje ciekawe przemyślenia], ale w połączeniu z agresywną postawą nawołującą do eliminacji prawicowej ideologii, nazywanej często zamiennie (!) „faszyzmem” lub eliminacji jej zwolenników, tworzy trochę niesmaczny obraz. W razie czego dopiszę od razu: mój antylewicowy odruch wynika z tego samego antyautorytarnego podejścia, który odpycha mnie od faszyzmu; lewica nie ma monopolu na antyfaszyzm; łatka „faszyzmu” często nie pasuje do przyklejonych miejsc, a pewne antyfaszystowskie metody i „propozycje” są łudząco podobne do tych, przeciw którym się zwracają. Nie wspominam już o dreszczu, jaki po mnie przechodzi, gdy pojawia się na horyzoncie pro-policyjne stowarzyszenie „Nigdy Więcej”. Jeżeli ktoś ma z kolei ochotę poczytać kawał tekstu obdzierający ze złudzeń obrazek „współczującej lewicy”, przede wszystkim z autopsją zwłok jej kilku fundamentalnych postaci, to zapraszam serdecznie na uważną lekturę: Empatia nie pomoże rewolucji. Zresztą faszyzm swój konstrukt ma zdecydowanie lewicowy. Nie w tym rzecz jednak, by rozbierać na cząstki polski antyfaszyzm (bo mowa jest tutaj tylko o kieleckim piśmie), a w tym by nie popadać w atawistyczne trendy i jednak zastanowić się, czym jest tak agresywny sprzeciw wobec manifestacji poglądów i głoszenia idei [w nawiązaniu choćby do istnienia w TAKIEJ SAMEJ SYTUACJI głoszenia niepopularnych idei] i gdzie jest granica między samoobroną, a polityką agresji, i to w dodatku pro-policyjnej [gdy mowa o „delegalizacji”, „zakazie pozwoleń”, paragrafach antyfaszystowskich, czy donosicielstwie w stylu „NW”]. Tak, że Adam, nie przejmuj się, to tylko narzekania starego marudy…


EDIT: spojrzenie z nieco innej strony na akcyjność okazyjną/świąteczną przynosi tekst, który dostałem od znajomego w mejlu. Znajomego można by określić jako "anarchosarmatę", ale nie wypada, bo to jeden z ostatnio modnych epitetów, będących w obiegu na równi z obleśnymi "anarcholibertarianami" [inne, jeszcze gorsze, są jak splunięcie w twarz], natomiast tekst zatytułowany "11-11-11 inaczej" przynosi dosyć trzeźwe ogarnięcie tego, co wydarzy się w święto niepodległości: CZYTAJ

12:21, a_maciek
Link Komentarze (3) »
piątek, 04 listopada 2011
Koncert w Tunelu: DUMBS, ADHD SYNDROM, GARAŻ

To ewidentne zaproszenie na koncert i to do Tunelu. Tak, tak, tam zdarzają się najsmaczniejsze eventy w Kielcach. Jeden z organizatorów zapewnił mnie, że mój zdemoralizowany gust muzyczny zostanie zaspokojony w czasie oglądania koncertu ADHD Syndrom. No to sprawdzę…

20:32, a_maciek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 16 października 2011
Banksy i jego filmowy dokument o współczesnych tricksterach

[jest już w końcu po wyborach i można napisać o czymś zupełnie innym, z czym czekałem trochę za długo, bo opisywany poniżej film znikał po kolei z YouTube, potem z Vimeo, ale jest na razie dostępny na Wrzucie]

Sztuka ulicy to nie tylko graffiti, to szereg zdarzeń, które są inicjowane w przestrzeni publicznej – tak można by zacząć notkę o „The Antics Roadshow”, bo Banksy przygotował tym razem film dokumentalny, będący swego rodzaju panoramą publicznej drwiny. Po pierwszym obejrzeniu tego dokumentu na myśl mi przyszło skojarzenie z książeczką Hakim Beya „Tymczasowa Strefa Autonomiczna”, która wg mnie stanowiła pewien zalążek mitologii utopistycznej, pozbawionej powagi i nadęcia, gdzie autor genealogii zaistniałych utopii doszukiwał się choćby w pirackich siedzibach. Nie było w tym ani krzty zachwytu nad dokonaniami Fouriera, wizjami Owena czy Wellsa, tylko proste przykłady chwilowych - tytułowych tymczasowych - wcieleń tych idei. A Banksy pokazał coś bardzo podobnego – ludzi, którzy zaatakowali wyobraźnię ludzką i choć te ataki trwały chwilę zaledwie to zaistniały jako właśnie tymczasowa rewolta wyobraźni. W niektórych przypadkach to były dosyć groźne ataki – jak pokazała historia o kobietach, „zwykłych angielskich gospodyniach domowych”, które w czasie wojny z Irakiem wdarły się nocą na teren bazy wojskowej i młotkami rozwaliły samolot wojskowy stojący w hangarze – by nikogo już więcej nie zabił. Inne historie zawarte w tym filmie opowiadają o zdarzeniach zdecydowanie mniej poważnych – malowanie monstrualnych kutasów na moście w Rosji naprzeciwko siedziby FSB, człowiek-kangur  czy człowiek-motyl, łapiący policjantów w siatkę na motyle, żartownisie znajdujący się na zdjęciach wśród znanych sportowców, włamywacz, który ukradł butelkę wina z sypialni brytyjskiej królowej, twórca zielonego irokeza na głowie pomnika Churchila, ludzie biegający nago na imprezach sportowych, całowanie z zaskoczenia milicjantek na rosyjskich ulicach, szalone kolorowe rozbryzgnięcie na ruchliwym skrzyżowaniu i inne dziwne zdarzenia. To naprawdę niezły, widowiskowy i inspirujący zaczyn do przeglądu współczesnych tricksterów. Polecam i nakłaniam do obejrzenia filmu, póki nie zostanie usunięty:

 

"The Antics Roadshow" - 2011 - Banksy (dokument)

Pełniejszy opis filmu TUTAJ.


EDIT: natknąłem się w księgarni na książkę o Banksym autorstwa Steve'a Wrighta "Banksy. Nie ma jak w domu", po polsku - niezła gratka, zwłaszcza dla wydawcy, bo cena niemała. Ale jako ciekawostkę polecam choćby przewertować w księgarni, bo jest sporo rzeczy dotąd niewidzianych, np. jego wczesne płótna czy zwykłe wrzuty uliczne, a i sporo tekstu, choć nie wczytywałem się. Oto ta książka, szukajcie:

11:49, a_maciek
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 10 października 2011
CAŁA POLSKA MA KACA…


… po wyborach. No, pół Polski, ta która zagłosowała cementując „układ” [o naiwni ci, którzy Palikota o to cementowanie nie posądzają!], przeciw któremu większość z tego betonu występuje głośno oralnie. Ale nie o tym, nie o tym.


Wreszcie pojawił się ciekawy głos po wyborach i to z „Dziennika” – o tym, że nie oddawanie głosu  to część świadomej ekonomii wyborczej:
„(…)zupełnie racjonalną strategią jest również świadoma absencja wyborcza, wbrew powszechnym utyskiwaniom, że głos nieoddany został stracony i dowodzi społecznej apatii. Nic bardziej mylnego. Taka strategia jest idealna dla wyborcy nastawionego na przyszłość, który nie jest zadowolony z istniejącej oferty. Oznacza to, że nie został zdobyty przez żadną z partii. Jeśli takich osób będzie więcej, istnieje spora szansa, że zostaną one przy następnym głosowaniu odkryte i któreś z ugrupowań (najczęściej przegrane) wyjdzie naprzeciw ich oczekiwaniom.
Sensowy artykuł Tomasza Wosia przywołującego analizy ekonomicznych zachowań około wyborczych  Anthony’ego Downs’a w całości TUTAJ i to sensowy dla mnie mimo całej deklarowanej przeze mnie oportunistycznej myśli gadającej wciąż o bezsensie wyborów przedstawicielskich jako takich. Ortodoksja jednak brzmi prawie tak źle jak ortodoncja, czyli zgrzyta w zębach , więc jak pleśń na dobrym serze, jak kurz na starym winie, czy patyna na miedzi, tak i jakaś nieprzystająca do „układu” opozycja byłaby ciekawą sprawą w sejmie.


20:04, a_maciek
Link Komentarze (1) »
sobota, 08 października 2011
9 X – jakiego jutro dokonam wyboru?


Oczywiście wybory kojarzą się wszystkim z jednym, ale ja już wcześniej przedstawiłem swoją wersję tego wydarzenia – jutro odbędzie się „głosowanie”. Dokonywanie wyborów odbywa się w ogóle poza polityką i by przypomnieć tym, którzy jeszcze się łudzą: nie mamy żadnej wiedzy, ani tym bardziej pewności co do działań jakie podejmą lub nie podejmą [bo to równie istotne politycznie] kandydaci, na których część obywateli ma zamiar zagłosować, ani tym bardziej co uczynią całe partie. Oddanie głosu to strzał w kosmos, emocjonalny czasem, bo ktoś ma prawo nie lubić partii X lub Y lub ich liderów, ale jutrzejsze „wybory” z prawdziwym wyborem niewiele mają wspólnego.


Jakiego więc ja jutro dokonam wyboru? Pójdę kupić piwo. To nie jest śmieszne, bo przy tak banalnej czynności powinniśmy podjąć wiele wiążących decyzji, istotnych w skali mikro dla wielu spraw makro. Zakup piwa to nie tylko sięgnięcie po nie na półce i zapłacenie, bo te decyzje są złożone i istotne choćby na poziomie solidarności lokalnej czy ekologii.


1.    Jaki wybieram sklep? Większość sieciówek, nawet tych małopowierzchniowych jak te z zielonym płazem w logo, to własność jakichś korporacji, zazwyczaj niepolskich*.  To oczywiście dygresja w stronę harcerzy z ONR i im podobnych, którzy przeciwnie niż ich judeowrogowie, nie propagują żadnej lokalnej czy narodowej solidarności [ani tym bardziej nie wcielają jej w życie] by kupować w polskich sklepach, wspierać sąsiada, lokalny polski kapitał. To jedna z najprostszych ekonomicznych decyzji mających wpływ na obieg pieniądza.


2.    Jakie wybieram piwo? Marka tego trunku, który mamy zamiar wypić to nawiązanie do kwestii wiele razy przeze mnie poruszanej, czyli niechęci do Kompanii Piwowarskiej. Nie znaczy bowiem, że Carlsberg [czyli Okocim] czy Heineken [czyli Żywiec] są lepsze – tylko, że oni nie nasrali takiego śmierdzącego gówna w Kielcach jak K.P. Poza  tą wielką trójką browarnianą jest jeszcze wiele browarów, które mają piwo o wiele lepsze, a są związane z naszymi okolicami lub zwyczajnie są polską własnością. To więc drugi krok do wpływu na obieg kapitału.


3.    Opakowanie. Czyli puszka czy butelka, a jeżeli szkło, to czy zwrotne czy nie, a jak zwrotne to czy mamy ze sobą na wymianę, a jak nie to czy kolejną butelkę dodamy do domowej kolekcji. To wybór ważny, perspektywiczny w zarysie choćby dnia następnego i śmieci w perspektywie wielu lat, czyli nie kończy się na samym zakupie. Dobrze jest znaleźć na osiedlu pojemniki recyklingowe na szkło, bo niektóre naprawdę dobre piwa mają tylko niezwrotne butelki [np. „Perła”], a warto zrobić ten krok ku segregacji śmieci. Puszka natomiast ma wymiar bardziej społeczny – aluminium to surowiec, który jest skupowany i bywa częściowym źródłem utrzymania wielu ludzi. Sugestia jest więc taka, by nie wyrzucać puszek razem z innymi śmieciami do zbiorczych pojemników, tylko stawiać w śmietniku w widocznym miejscu, albo lepiej zebrane w kilka sztuk zostawiać w reklamówce, by zwiększyć szanse na ich znalezienie. Osiedlowi  zbieracze naprawdę się ucieszą, a zwiększa to pewność powrotu aluminium do ponownego obiegu. Ludzie odzyskujący dobra ze śmietników są o wiele uczciwsi w swoim stylu życia niż żebracy z centrum miast, a uzbieranie paru złotych w ten sposób to nie jest łatwy kawałek chleba.


4.    Inny wymiar związany z piciem piwa, to jego penalizacja, czyli zagrożenie administracyjne [mandat] lub karne [sąd grodzki] za jego spożywanie w miejscach publicznych i ponieważ pisałem o tym kilka razy to pominę już ten temat, choć wciąż nie rozumiem, jak taki nikomu nie szkodzący czyn, zagrożony w swych skrajnych odmianach jeszcze innymi paragrafami, jest wykroczeniem samym w sobie tylko z tej racji, że odbywa się w miejscu publicznym? Samo otwarcie puszki, to charakterystyczne psyknięcie dla debili ze straży miejskiej jest już „piciem alkoholu”, gdyż ich wykładnia nie przewiduje „usiłowania”, co skutkuje mandatem z 100 PLN. Ten ostatni wybór jest więc kwestią adrenaliny.
Wypicie piwa może być świadomym ciągiem wyborów. Zagłosowanie na polityka skutkuje w sposób nieprzewidywalny i nie jest wyborem jakiejkolwiek drogi. Ja nie głosuję i to jest mój wybór.


*- jak anarchizm ma się do odwoływania się do retoryki, z której korzystają nacjonaliści czy faszyści? Porównanie jest błędne, chodzi o zwykłą solidarność lokalną, integrację na wielu poziomach ze społecznością regionu, w którym żyjemy, wzajemne się wspomaganie, a nie nawoływanie do ”nienawiści produktowej” ze względu na pochodzenie. Mój leseferyzm zresztą nie działa w ten sposób, bo uważam, że powinienem mieć prawo do wyboru towaru i usługi, a nie tak jak proponują nacjonaliści i socjaliści do ich ograniczeń administracyjnych w imię jakichś „wyższych” racji.


13:43, a_maciek
Link Komentarze (4) »
piątek, 23 września 2011
WYBORY CZY GŁOSOWANIE? Czyli o dokonywaniu prostych wyborów.


To wbrew pozorom istotna różnica, co dosyć łatwo było sobie uzmysłowić, gdy przywoła się ten spektakl z czasów PRL, którzy zwyczajni ludzie nazywali po prostu „głosowaniem”, a nie „wyborami”. W podobny nieco sposób myśli Korwin-Mikke, który obecny układ nazywa „bandą czworga”, zestawem, który od lat rządzi i nic nie zmienia oprócz nazw partii i ich procentowym udziałem w strukturach władzy: PO, PiS, SLD i PSL pojawiały się pod różnymi nazwami, albo po prostu ich wieloletni działacze błąkali się od partii do partii [on ma na to receptę prostą: on musi dojść do władzy i wiele się zmieni]. Ale ja pojmuję to dosłownie – „wybory” to dokonanie jakiegoś wyboru, w tej obecnej sytuacji możemy jedynie „oddać głos”, bo w efekcie końcowym niczego konkretnego nie wybieramy, nawet kandydata, który jest zaledwie miejscem na liście, elementem tej czy innej partii. Ich pojedyncze poglądy są nijakie lub nawet niewyartykułowane [ostatnio rzuciły mi się w oczy hasła w reklamie kandydata z Kielc, p. Milcarza – on nie proponuje niczego na poziomie, który wydawałoby się, że jest wymagany jest od parlamentarzysty; jest niestety jednym z wielu, którzy nic nie mają do powiedzenia lub chcą coś zmieniać za nasze pieniądze –  inwestycje centralne, aktywizacja, środki unijne to stała mantra], często nie różnią się od poglądów konkurentów z innych partii, co to więc za wybór?


Dokonywanie prostych, świadomych i uzasadnionych wyborów uzmysławia o wiele wyraziściej ten brak wyboru w czasie „głosowania na kandydatów do parlamentu”. Moja osobista historia, nieco z boku, obrazuje o co mi mniej więcej chodzi - na jednej z imprez towarzyskich o szczytnym przesłaniu [podzielenie się radością z zerwania z nałogiem]rozmawiałem ze znajomą, która handluje artykułami dla zwierząt, a więc i karmą dla psów, o pewnych wyborach etycznych. Owa koleżanka po zapoznaniu się z informacją o tym, że jedna ze znanych firm testuje karmę na psach na okoliczność łamliwości kości [łamiąc tym psom kości w laboratoriach] zastrzegła handlowcowi, który tą karmę dostarczał, iż przestaje ją sprzedawać. Prosty wybór. Rozmowa zeszła potem na artykuły higieniczne i zaowocowała moją konkretną decyzją – zaczynam świadomie unikać kupowania kosmetyków testowanych na zwierzętach. To taka rozwojowa decyzja po kilkunastu latach mojego wegetarianizmu. Późno? Jest to przynajmniej decyzja przemyślana, a nie spowodowana modą czy jakimś subkulturowym lansem, zresztą lepiej późno niż wcale. Pierwszy szampon nie testowany na zwierzętach kupiłem niedawno i to był świadomy, przemyślany wybór. Okazało się zresztą, że najłatwiej kupić takie kosmetyki produkowane przez polskie firmy. I tu pojawia się kolejny temat o dokonywaniu wyborów:


Czy nacjonaliści, ci ideowi ONR-owcy, patrioci nawołujący do ocalenia Polski dokonują świadomych propolskich wyborów? Wątpię. Widziałem kilak razy kieleckich harcerzyków „od Romana” żłopiących piwo „Tyskie” i jego pochodne. Albo są tak głupi, że wierzą reklamom, które nawet sprytnie wmawiają podobnym idiotom, że to polskie piwo, albo się tym nie przejmują, co czyni z nich hipokrytów, tym bardziej, że ten zjebany koncern SABMiller, którego bezkrytyczną spółką zależną jest „Kompania Piwowarska”, zlikwidował w Kielcach browar, w którym pracowało 200 osób. Ci „patrioci” nawet nie są pewnie tego świadomi. I jedno i drugie w prosty sposób kiepsko świadczy o tym, jak bardzo o tą polskość walczą i jakich dokonują wyborów.


A tuż przed „głosowaniem” atakują mnie jeszcze reklamy nawołujące do wzięcia udziału w tym zdarzeniu  9 października, insynuujące, jakobym nie oddając głosu nie dokonywał wyboru. Mam jednak wręcz przeciwne wrażenie – ten stadny pęd do „oddawania głosu” ludziom, którzy mają o czymś za nas decydować jest zdecydowanie unikaniem dokonywania własnych wyborów, wręcz zrzeczeniem się indywidualnej suwerenności.  Udział w tym głosowaniu sprowadza się mniej więcej do  „wybierania” między „Naszą Klasą” a „Facebookiem”, między telewizorem Sony a Samsung [czyli jak wybór między PO a PiS], a nie między tym, czy siedzieć w domu przed telewizorem lub komputerem czy też pojechać gdzieś na rowerze, poczytać książkę lub odkryć jak wygląda własne miasto [a tego ludzie naprawdę nie wiedzą – wystarczyło obejrzeć wystawę „Szaro Czarnów” by się zdziwić tym widokiem].


23:02, a_maciek
Link Komentarze (5) »
piątek, 16 września 2011
UCZCIWE PAŃSTWO – wyborczy oksymoron

Uczciwe państwo” to niestety znowu hasło z bilboardu PiS – to nie wina programu partii, ich specjalistów od PR tylko sposobu myślenia, który sprawia, iż ludzie wierzą, że to hasło może być prawdziwe. Niestety „uczciwe państwo” jest tym samym co „uczciwy złodziej”, jest kiepską próbą nadania kradzieży, przemocy i przymusowi pozytywnego znaczenia. Wykreowanie wizji państwa, które podatki kradło by uczciwie, narzucało by przepisy i kary za ich nieprzestrzeganie w sposób pokojowy i ugodowy, uzasadniałoby opór przeciw opresywnej administracji i policyjnej kontroli jako nieracjonalny – to chyba niemożliwe. Oczywiście można wmówić ludziom, że wyrzeczenia są potrzebne, że Janosik, Robin Hood, Marks i Unia Europejska stworzyli jedynie słuszny system uczciwej redystrybucji, ale dla mnie definicja kradzieży wciąż jest na tyle oczywista, że państwowego przymusu nie da się sensownie rozgrzeszyć, jak i istnienia mitologicznej „umowy społecznej”. 

Przez chwilę myślałem, że jako ci „uczciwi i niezłomni” PiS w końcu powie wszystkim o co w tym chodzi i hasło „Uczciwe państwo” będzie raczej deklaracją „Szczera władza”. Że obwieszczą szczerze to, co mówili Lenin czy Trocki – musimy używać przemocy, budować aparat kontroli, zabierać wam pieniądze, by zbudować państwo, które jako organizm jest ważniejszy niż każda pojedyncza komórka z osobna; że ten organizm musi stosować dyscyplinę, wycinać i wypalać komórki, które wydają się być zarażone, zainfekowane, bo tylko tak możemy przetrwać, bo jednostka nic nie znaczy, bo nie wierzymy w indywidualizm, tylko w mrówcze królestwo – Państwo. Ale chyba ich nie stać na szczerość.PO przynajmniej nie próbuje udawać szczerości, nic nie mówi o uczciwości, tylko ewentualnie o „przyjaznym państwie”. Ale to nie dziwi, ze złym psem też można się zaprzyjaźnić, a przykład Breivika pokazuje, że naprawdę porządnych ludzi „do złego ciągnie” – dostaje mnóstwo listów miłosnych od kobiet, w jakiś tajemniczy sposób zafascynowanych tym diabłem w ciele anioła i w bluzie Lacoste.

A wracając do PO, to Konstanty Miodowicz reklamuje się hasłem „Państwo sprawiedliwe”, ale przecież [znowu!] i Trocki, i Lenin i większość dyktatorów i masowych państwowych morderców powoływała się na jakąś „sprawiedliwość społeczną”, więc jego hasło nie burzy we mnie specjalnych emocji. „Państwo sprawiedliwe” to zresztą aparat, który w miarę sprawiedliwie okrada wszystkich, obciąża sprawiedliwie społeczeństwo finansowaniem swoich politycznych, partyjnych wizji i sprawiedliwie ignoruje prawo do odmowy współudziału i nieuczestnictwa w tym systemie.

15:35, a_maciek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 11 września 2011
Szaro Czarnów

 

Polecam w ciemno wystawę, której wernisaż odbędzie się w Galerii „Lakiernia” 16.09.2011 o godz. 18 – „Szaro Czarnów” to fotograficzny obraz tej dzielnicy, która posiada od wielu lat swój nietypowy charakter. Charakter ten tworzą nie tylko mieszkańcy, ale i podejście miasta do tej dzielnicy, co można zaobserwować przechadzając się po tym miejscu i porównując do innych części Kielc. Autorzy o tej wystawie piszą tak: Obaj mieszkaliśmy na wielu kieleckich osiedlach, ale Czarnów jest inny . Od razu dostrzega się specyficzny urok tego miejsca. To zupełnie inny świat. Bloki są w większości komunalne, a więc nie należą do spółdzielni, ale do miasta. A mieszkańcy bloków socjalnych nadają sznyt i wpływają na postrzeganie tego osiedla. Te obrazy dokumentują naszą fascynację tym miejscem.

O wystawie więcej można się dowiedzieć dzięki Wici.info

11:16, a_maciek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 04 września 2011
Uszczypnięcia wizualne i obscena wyborcza

Bilboardy już straszą wizją kandydatów i ich sztabów wyborczych. Hasła minimalizowane są do poziomu kilku słów, by jak w komiksie czy reklamie [choć to reklama raczej czerpie z komiksowego stylu] opowiedzieć historię przy pomocy obrazka i jednego zdania w dymku. Podobnie jest z bilboardem, który miałem nieprzyjemność ujrzeć ostatnio w Kielcach: „PiS. Polacy zasługują na więcej. Bezpieczeństwo.” Co ma jednak polityk na myśli gdy mówi o bezpieczeństwie: bezpieczeństwo obywateli czy państwa? A nie jest to tożsame, gdyż danie więcej uprawnień jednej stronie odbiera je drugiej. Znając propaństwowe, ultrapatriotyczne deklaracje i marzenia o zaostrzeniu prawa, wiem, że ta partia mówiąc o bezpieczeństwie ma na myśli: więcej uprawnień dla służb, ostrzejsze kary [uwięzienie przestępcy to dobry środek jego kontroli, ale nie wpływa zbytnio na ogólne poczucie bezpieczeństwa społecznego i nic nie czyni w kierunku zadośćuczynienia ofierze], afirmacja militaryzmu, zwiększona kontrola i prewencja [ale raczej w stylu CBA] itd. Itp. A może chodzi o bezpieczeństwo ekonomiczne? Wtedy na pewno chodzi o wzmożenie jej regulacji, obłożenie przepisami i procedurami rynkowych zachowań, co wg mnie ani nie wpływa na bezpieczeństwo konsumentów ani tym bardziej przedsiębiorców. Więc ma mnie to zachęcić? Nie udało się.

Podobny chwyt zauważyłem na Sienkiewicza, ale w o ileż milszym wydaniu: ładna hostessa [bo jakoś nie wierzę, by normalna dziewczyna założyła taki t-shirt] paradowała po tej ulicy w błękitnej koszulce z napisem „PO Polska w budowie”. I to jest obsceniczne albo prowokujące do zerwania z niej tej koszulki. Czemu obsceniczne? Bo zadziałało na podobnej zasadzie jak nagość w sztuce czy publiczna w życiu, która wg katolików jest obsceniczna, a są oni głośną, dobrze zorganizowaną i opiniotwórczą grupą nacisku, która mówi o tym przy każdej okazji – i podobnie jest wielu ludzi, którzy mają odruch wymiotny, biegunkę, dreszcze, mdłości i ogólne odruchy zniesmaczenia gdy widzą taką nachalną propagandę rządową. Jest to więc obsceniczne nie z tego powodu, że równie wielu ludzi to lubi, ale dlatego, że tak wielu ludzi tego nie lubi [jak nagości publicznej]. I to decyduje co jest, a co nie jest obsceniczne.

Dla uzupełnienia tych wylewów dwa cytaty, które choć nie o wyborach, to wiele mówią o ich charakterze:
„Publiczność jest dlatego tak dobrze przygotowana do podjęcia gry w demokratyczne samozadowolenie, że tradycyjna forma widowiska  pozwala jej identyfikować się z dobrymi i potępiać złych. Widz jest sędzią.”- to z książki F. Jotteranda „Nowy teatr amerykański” o spektaklach eksperymentujących teatrów i wystarczy zamienić w niej słowo „widz” na „wyborca”, co unaoczni, dlaczego ludzie chodzą na wybory. I to bolesne opisanie syndromu: „demokratyczne samozadowolenie”…
O wiele głębiej sięgnął Herbert Marcuse nawiązując do freudowskich teorii:  „Ojciec, ograniczony w rodzinie i swym jednostkowym autorytecie, o którym przesądza biologia, odradza się jako o wiele potężniejszy w postaci administracji chroniącej życie społeczeństwa oraz w postaci praw chroniących administrację”. [„Eros i cywilizacja”]

11:20, a_maciek
Link Komentarze (3) »
piątek, 02 września 2011
Piękny gest radnych Łagowa
Jak miło czyta się takie (niezbyt nowe) niusy, choćby w najbardziej plugawych mediach – radni Łagowa w czerwcu podjęli uchwałę o likwidacji swojej Straży Gminnej! Ludzie nie czerpali z ich pracy żadnego pożytku, bo zamiast zajmować się sprawami mieszkańców zajmowali się fotoradarami. Nawet na stronie gminy Łagów w zakładce „Straż Gminna” jest tylko jedna informacja na temat ich działalności: o kontrolach fotoradarowych! Czyli się da, nie zważając na to jakie zyski przynosiła ich stręczycielska działalność. 
Czy po płaczliwej publicystyce kieleckiej Gazety o bezradności Straży Miejskiej wobec rdzennych mieszkańców śródmieścia prowadzących swobodne życie na (swoim) Rynku, nasi radni podejmą decyzję o przecięciu tego wrzodu? Nie, raczej nie - jak sami sobie mogli by odebrać prestiż posiadania municypalnych służb mundurowych? Ale wiadomość z Łagowa to może być jeden z kamyczków, które poruszą kiedyś choćby malutką lawinę.
23:05, a_maciek
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 września 2011
No to pyknęło 5 lat tego bloga!
Kilka dni temu przekręcił się kalendarz tego bloga po raz piąty. Powstał pierwotnie jako komentarz do wlepek, które emitowałem na mieście, ale era papierowej ekspansji jest już od dawna w zaniku. Wlepki oczywiście powstawały wcześniej, zanim pojawił się ten adres w sieci i przez ten czas spod drukarki na powierzchnie miasta powędrowało kilka tysięcy sztuk. Niestety nie przetrwały próby czasu i ataków pogody oraz wandali, którzy je zrywali [tak, może i jestem politycznym chuliganem, ale ci, którzy zrywali moją twórczość są wandalami], a elektroniczne słowo mimo problemów różnych jeszcze funkcjonuje. Z żalem muszę przyznać, że wybór platformy blogowej Blox było błędem, jakoś żal mi jednak rezygnować z tego miejsca, mimo różnych problemów, którymi mnie Blox obdarował, jak np. takim ostatnim komunikatem:

Podsumowując krótko:  może się i dobrze pisze, ale nie zawsze dobrze publikuje.
Nie ma co podsumowywać zbytnio, cieszę się życiem słowa  i tego, że mogę dawać głos nie tylko raz na kilka lat w czasie wyborów. Pięciolatkę oblewaliśmy w doborowym towarzystwie – był np. Wojtek, twórca jednego z ciekawszych pism kieleckich INFERNO, które ukazywało się na przełomie XX i XXI wieku, a które swoją formą postawiło wysoko poprzeczkę dla miejskiej publicystyki dziś uprawianej właśnie na blogach [nie wspominając o innych ujęciach słowa na papierze, markerem i sprajem]. Sączyłem alkohol wśród ludzi, którzy zostawili wiele śladów  na charakterze tego miasta w formie bardzo różnej – w muzyce, w fotografiach, wrażeniach, w piśmie, na murach, w parku, na ławkach, w knajpach, swoją obecnością od wieków „w pewnych środowiskach”, ale by wypunktować, to co da się znaleźć w sieci przedstawiam gości tego zdarzenia zaledwie w takiej formie:

małe a

fotoszwendacz

wolność równość ludobójstwo

papierowy tygrys

prasakielecka

korzenie

mam zdanie

brulionman

Ordinary Guy

Dziękuję i zalecam umieszczenie przycisku „Opiłem to!


20:10, a_maciek
Link Komentarze (3) »
niedziela, 07 sierpnia 2011
NIE JESTEM TURYSTĄ, JA TUTAJ MIESZKAM

To tytuł jednego z singli ACTIVE MINDS, kapeli o której można osobno napisać ciekawe rzeczy [jak np. o ich podejściu do DIY, które uparcie kazało im nie wydawać się na kompaktach, tylko na winylach], ale ten tytuł niestety jest też dobrym tekstem na wlepkę o mieście. 

 

Bo „turysta” to jak obywatel tymczasowy [bo tylko władza, granit na bruku i pomniki są stałe, niezmienne i wieczne], bez pełnych praw decyzyjnych, jak pracownik czy konsument nocujący zaledwie w mieście, które jest zarządzane wg Wielkiej Urzędniczej Koncepcji. „Turysta” byłby najlepszym obywatelem – stołował by się u kieleckich restauratorów, pił piwo grzecznie pod parasolami, chadzałby do kieleckich sklepów i galerii handlowych, spał by w kieleckich hotelach, odwiedzał muzea i wyjeżdżałby nie domagając się niczego od miejskich władz. Szereg zmian w Kielcach ostatnimi czasy sprawia wrażenie, jakby ich sens był skupiony wokół nadania miastu, czy jego centrum, charakteru estetycznego, przypisania mu walorów turystycznych, podniesienia komfortu konsumpcji – to zarówno ograniczenie ruchu samochodowego, przebudowa rynku, który lepiej teraz nadaje się do zapełnienia go knajpianymi parasolkami, budowa centrum handlowego „Korona” w ścisłym centrum miasta czy decyzje dotyczące sponsorowania zawodowego klubu piłkarskiego „Korona”. Niedawno bowiem miasto dofinansowało ich dodatkowymi 4 milionami, które przesunięte zostały z niezrealizowanych inwestycji, które poległy z przyczyn proceduralnych [ale w przypadku dofinansowania piłkarzy niepotrzebne były już żadne procedury przetargowe ani ustawa o zamówieniach publicznych]. Klub piłkarski jako prestiżowa inwestycja miejska to dosyć kontrowersyjna sprawa, to bowiem tak naprawdę komercyjna spółka w której grają zawodowcy za niemałe pieniądze, mieszkańcom dając jedynie wątpliwej jakości widowisko, bo ze stadionu już przecież sami korzystać nie mogą. Miasto, w którym ludzie mają mieszkać, buduje się więc na wzór kurortów i muzeów – z elegancką promenadą, z piłkarskim wesołym miasteczkiem, z kontrolą miejsc, w których turyści mogą się poruszać, z ładnymi fasadami [i zamkniętymi bramami kryjącymi zaniedbane podwórka], z przyzwoleniem dla „eleganckich” inwestycji [jak Promenada Solna], które podniosą prestiż miasta, niekoniecznie przynosząc korzyść mieszkańcom. No i zaplanowane atrakcje, plac, gdzie mogą pokazywać się artyści, wodotryski i fontanny, wyznaczone miejsca, w których pod parasolem można wypić piwo, jak plaża strzeżona i wesołe miasteczko. Czasem z festynem dla turystycznego ludu na Kadzielni.

 

A my żyjemy w mieście, w którym traktują nas jak intruzów, podejrzanych, niepoczytalnych. W mieście, w którym przy pomocy monitoringu pilnują, czy w prestiżowych miejscach zachowujemy się należycie i w którym straż miejska nabywa kolejne uprawnienia  pozwalające jej wystawiać mandaty za picie w piwnicach, bramach, na klatkach schodowych i strychach, czyli w miejscach nie-publicznych [pisali o tym TU i TU, ale Gazeta nie raczyła o tym wspomnieć].Po udanej batalii przeciw dopalaczom, po rozpoczętej wojnie przeciw kibolom, miasta rozpoczęły kampanię, która ma zdyscyplinować mieszkańców w spożywaniu alkoholu. By mocniej kontrolować dostęp do niego i miejsca, w których można go spożywać. Nie dało się przepchnąć ustawy o monitoringu w każdym sklepie monopolowym [by kontrolować sprzedaż nieletnim], to można uchwałą miasta wykluczyć jego sprzedaż, oparagrafować sklepy w centrum miast. We Wrocławiu nie udało się wywalczyć tajemniczemu lobby zakazu sprzedaży alkoholu od 21 do 6 rano w obrębie Rynku, radnych wyhamował na szczęście tamtejszy wojewoda. O co poszło? O kasę na pewno: w tamtejszych knajpach piwo od 7 zł wzwyż, wielu pije więc poza lokalami; ludzie hałasują, bo jako ofiary innych przepisów wychodzą zapalić przed knajpy; a zasikane bramy to też efekty monstrualnych czasem kolejek do knajpianych ubikacji. Uderzenie w sklepy to nieuprawniony zakaz i ograniczenie pracy i handlu, na razie na szczęście uderzenie było chybione. 

 

W Kielcach śledzę nieuważnie, ale stale, co gazeta.pl montuje w sprawie alkoholu – to jak rysowanie kiepskiego obrazu centrum miasta, w którym dominują pijaczkowie, którzy hałasują, klną i śpią na rynku [o tym był nius, niczym z „Faktu”, pełen szoku i oburzenia]; jest na nim też żebractwo i żule zakłócający delektowanie się konsumpcją w ogródkach na rynku. Obraz pijaństwa, podobnie jak „portret typowego kibola”, jest mroczny i wymaga interwencji władz. Przez kilka tygodni wisiał u nich na głównej tekst nawołujący do radykalnych działań – wywożenia za miasto niepożądanych elementów. A to przecież paradoks – to restauratorzy są intruzami, bo ci „źli pijaczkowie” mieszkają przy rynku od pokoleń! To niemal jak jedno z tych "zaginionych białych plemion", jak Indianie w rezerwacie, którzy swoje zdegenerowanie "zawdzięczają" jedynie ekspansji europejskiej kultury. Cynicznie można napisać, że te parasole stoją w miejscu gdzie ojcowie, dziadowie i pradziadowie tych "natrętów" spotykali się z sąsiadami i krewnymi, pili alkohol i prosili znajomych i nieznajomych o grosze czy złotówki na następne działki alkoholu. Tradycja. Tworzy się więc mocny problem, rodem z PRL – już w świętokrzyskim piśmie „Przemiany”, wydawanym w czasach komuny, był dział „Plagi społeczne”, w którym pisali o bimbrownictwie i o punkach i ta dzisiejsza kampania Gazety wygląda jak nawiązanie do tej „chlubnej dziennikarskiej tradycji” napiętnowania i nawoływania o dokręcenie śruby. 

16:42, a_maciek
Link Komentarze (2) »
czwartek, 28 lipca 2011
No to się zaczyna…

Po norweskiej masakrze [jak 10 lat temu po ataku na WTC i Pentagon] zaczęła się dyskusja o nowego typu zagrożeniach, która jednak, jak to zwykle bywa przy podobnych sytuacjach, potoczy się zapewne nie w kierunku analizy przyczyn społecznych frustracji i niezadowolenia z obecnego układu, ale w stronę ogólnej prewencji i wzmożenia czujności i kontroli nad społeczeństwem. Pojawił się np. nius o tym, że europejska agencja policyjna Europol chce stworzyć "dokładny i aktualizowany portret prawicowego ekstremizmu w Europie, a zwłaszcza w Europie Północnej", lecz z takiego portretu nie wyniknie nic szczególnego w przypadkach tak odizolowanych postaci jak Breivik czy krakowski bomber, u których nawet najbliżsi nie zauważali groźnych symptomów. Ten portret będzie zapewne w końcowym efekcie [po części] filtrem, który będzie używany do kontroli przepływu informacji – kto, kiedy i jak często wędruje po sieci w poszukiwaniu określonych treści i czy podobne treści nie pojawiają się w wiadomościach mejlowych, na komunikatorach czy w telefonii komórkowej.
Boję się też nieco prób definiowania prawicowego ekstremizmu – po części nawet i ja mógłbym zostać zakwalifikowany do takiego nurtu, szczególnie gdyby korzystano z bazy ideologicznej ugrupowań ekstremalnie lewicowych lub nawet i tylko anarchistów anty-kapitalistów*. [bo cóż z tego, że kapitalizm i liberalizm w obecnym rozumieniu są mi obce, gdy oni nie przyjmują do wiadomości czym to różni się od antyetatystycznych, wolnorynkowych i wolnościowych idei] Nacjonalistyczne i inne uprzedzeniowe lęki nie są wcale domeną „prawicy”, ani tym bardziej zachwycanie się nad przemocą w „słusznej sprawie”, ale to i tak nie o to chodzi – jeżeli zostanie uruchomiony aparat rysowania tego portretu to będzie on działał dopóki lęk przed takimi wariatami nie zniknie. A sam aparat nie będzie skierowany tylko przeciw wariatom z ekstremalnej prawicy tylko wszelkim potencjalnym zagrożeniom, będzie uniwersalny i wieczny, dopóki będzie trwała Twierdza Europa.
Polski głos to oczywiście Radzio Sikorski, który przekazuje niespecjalnie ukryty komunikat, że „dla wrogów demokracji nie ma pobłażania” – mówiąc o frustratach, którzy nie uważają za reprezentatywną władzę tą, która została wybrana w demokratycznych wyborach. Tak, ja na pewno jestem takim frustratem, a nawet mam ochotę powiedzieć: „dla wrogów wolności nie ma pobłażania!”.  Kanon dyskusji o demokracji stanowi o tym, że o demokracji prawowicie mogą wypowiadać się tylko zwycięzcy jej procedur wyborczych i ew. inni biorący w nich czynny udział [Żakowski ujął to tak dobitnie, że mi szczęka opadła – wspomniał o tym Jacek Sierpiński TUTAJ], ci zaś, którzy zgrzytają zębami właśnie na owe procedury i na sam system dający głos i władzę jedynie elitom demokracji są podejrzanym elementem wywrotowym. To niemal jak zakwestionowanie kanonu medycyny domowej, która mówi, że podstawą zdrowego żywienia jest szpinak, tran i gorąca herbata z cytryną. Zgroza! Po tym Radzio Sikorski mówi, że trzeba zastanowić się nad ustawą o usługach internetowych, by nie pobłażać zbytnio „mowie nienawiści” „frustratów” w internecie, który jest „kloaką”. I wszystko na temat, bo wspomniał  też o temacie „bezpieczeństwa publicznego”, czyli o interesie nadrzędnym. No to się zaczyna…

* niestety, potwierdzenie pojawiło się szybko TUTAJ - i w tekście, i w komentarzach [szczególnie]

18:25, a_maciek
Link Dodaj komentarz »
sobota, 16 lipca 2011
Punkowy koncert w Tunelu o wielu obliczach

Przed dzisiejszym koncertem w Tunelu [na którym się niestety nie mogę pojawić] już zapewne słychać delikatny trzask odkręcania butelek wódki, psyknięcia otwieranych piw, szelest plastikowych kubków, które za chwilę napełnią się alkoholem, co zresztą stanowić będzie ogólne tematyczne libretto wieczoru, które aż do późna w nocy będzie się wzmagać. Ale to nie sam koncert jest [choć powinien być] najciekawszy, tylko żywiołowa dyskusja, która rozpoczęła się nad nim już kilka dni temu. Czy jest w tym koncercie  coś specyficznego? Otóż nie, koncert jest najzwyczajniejszy, tylko podobnie jak w świecie polityki i kulturowego mainstream’u wzbudza kontrowersje niedopowiedzeniami, plotkami i dowodami na istnienie spisku. Zaczepiłem się na tym temacie, bo niestety sytuacja będzie się powtarzać, a jak to w „światku”, plotka zawsze będzie się niosła i rządziła swoimi prawami.
Cała dyskusja na CK-ROCK’u zaczęła się od wywleczenia historii zorganizowania w Kielcach koncertu JUNKERS, a przy okazji oskarżeń czy pomówień o ideologiczne orbity: nazistowskie, narodowe, nacjonalistyczne czy inne na „n”. Nie ma jednak sensu bawić się w Rafała Pankowskiego z „Nigdy Więcej”, ostatnio pokazał swoją czujność donosząc na autora bloga „Fox Mulder” i doprowadzając do jego zamknięcia jedynie na podstawie donosu. Nie ma też sensu bawić się w pseudo-naukowe ciągi logiczne, kto jest kim zaledwie na podstawie wątłych przesłanek – sam zapewne znalazłbym się na jakiejś liście podejrzanych po przejrzeniu książek, jakie mam na półkach [bo nie tylko muzyka jest wyznacznikiem odszczepienia, prawda?]. Całość sytuacji jest symptomatyczna dla wielu środowisk, które mają problem z nadmiarem żółci – antyfaszyści, związkowcy, pisowcy, palikotowcy, lewacy, strajtedżowcy, antysemici i szereg innych sekt; gdy każdy chce splunąć w twarz jakiejś ikonie zła, przedstawicielowi wrogiej struktury – skinom, komuchom, satanistom, żydom, prezydentowi [miasta], ochronie klubu, ministrowi, czarnym, kibolom, poborcom podatkowym. Tyle, że różni ludzie chcą to zrobić z różnych powodów – np. hipotetycznemu ministrowi ludzie chcą splunąć w pysk gęstą śliną gdyż: 1. bo zabiera biednym 2. bo kłamie 3. bo zabiera bogatym lub nie daje szansy się bogacić 4. bo okrada wszystkich 5. bo zaczesuje się na lewo
Menażeria scenowa to niesamowity koloryt hobbystów, fascynatów, twórców lub barwnych konsumentów, zazwyczaj niegroźnych, co najwyżej mitomanów [ja też uwielbiam mity…], erudytów i nawiedzonych wizjonerów. Nie ma jednak [raczej] wśród nich bandytów, złodziei i ludzi, którzy swoją muzyczną i kulturową wizją chcieliby zmusić innych do przemiany wzorowanej na pomyśle Anthony’ego Burgessa. Szkoda, że próbuje się czasem jakieś fobie przenosić na tak wątłe środowisko kontrkulturowe [wątłe, bo np. Dezerter, Kazik, Grabaż czy Acid Drinkers  i Behemoth już od dawna nie są kontrkulturą, dlatego też ludzie, którzy częściej wybierają koncertowy czy płytowy nie-pop-ularny mainstream muzyczny też nie są częścią kontr-kultury], które tak naprawdę funkcjonuje na zasadzie przetrwania w mocno nieprzyjaznym środowisku – zrobienie koncertu hc-punk to niemal murowana wtopa finansowa, wydanie zina i próba jego sprzedawania to ciężki ugór, kapela zaś jest jednym z droższych hobby. Nie dokładają do tego ani sponsorzy, ani urzędy. Bandyci rzadko tworzą muzykę, ale chętnie słuchają tej, która o nich opiewa – stąd też narcyzm niektórych hiphopowców czy skinolskiej sceny.
Skoro źli są ci, którzy przy okazji słuchania muzyki mają antylewicowe lub antyprawicowe poglądy albo zgrzytają zębami na nadęte politykierstwo, ci którzy jedzą mięso, słuchają NSBM czy RAC, noszą kuce, są post-hippisami, piją dużo alkoholu albo wręcz odmawiają jego picia, noszą ciuchy z wielkich korporacji – to w takim razie cała scena jest zła. Ale z drugiej strony cała ta scena, która bierze się z oddolnej aktywności, a nie kupowaniu durnoty marketingowej – jest wartością samą w sobie. Taki nowożytny synkretyzm, w którym jest wszystko i ta wielość jest najcenniejsza. To nie oznacza, by przestać się wystrzegać debili, dewiantów, degeneratów i destruktorów, nie dziwi mnie więc lęk przed podrzuceniem na nasze lokalne podwórko transportu ze zgniłymi ziemniakami [których chyba symbolizują JUNKERSI], na których mogą się zalęgnąć szczury [skini] i roznosić smród [nacjonalistyczny]. Czy istnieje jednak wzorzec dobrej lub złej destrukcji? Antyfaszyści z „Nigdy Więcej” pokazali, że posiłkując się jakimś wzorcem tworzy się chore fobie, o współpracę z faszystami oskarżając nawet anarchistów1. To już nawet nie o miarę ideologicznej destrukcji chodzi, bo czy alkohol, narkotyki, pornografia czy wręcz niewolnictwo nie są bardziej destrukcyjne? Ile % z produkcji pornografii, narkotyków i rynku odzieżowego opiera się na niewolnictwie? Dużo, bardzo dużo. Dla mnie synonimem europejskiego, naszego niewolnictwa jest np. system podatkowy, obowiązek meldunkowy i cała maszyna statystyczna państwa i wobec tego jakiś zespół, który śpiewa kilka niepoprawnych piosenek bardziej przypomina dziecko przed komunią niż celnika. Gdyby taka ideologiczna promocja przez muzykę działała, to po sukcesach RATM i Chumbawamby  powinniśmy mieć zrewoltowane społeczeństwo. Wracając do szczurów na kupie gnijących kartofli: one są zawsze, z nich wywodzi się nawet Konrad Łęcki, kielecki celebryta polityczny. Ale są i czerwone wszy, mendoweszki – widziałem niedawno malowane sprajem sierpy i młoty, napisy „Mao” i wlepki o Komunistycznej Partii Polski (tak, teraz!). Podejrzewam, że na punkowych koncertach można spotkać sympatyków tych pasożytów, tylko, że ich nie da się tak łatwo zweryfikować jak tych, którzy zamiast Mao czytają Romana Dmowskiego lub Stachniuka, tych zaś kamieniowanie jest zawsze w modzie.
Z koncertami jest nieco jaśniej, niż w innych sytuacjach, łatwiej jest zweryfikować kapele, bo w życiu codziennym jest gorzej – być może kupuję piwo w knajpach od antysemitów, jadam czasem u nieuczciwców z GREENWAY [tak, niestety, smakuje mi i czuję komfort zupełnego braku mięsa], być może kupuję ubrania od skrytych pedofili [a prawie na pewno z niewolniczych azjatyckich fabryk], ale z braku afiszowania się z tym nie umiem tego uniknąć;  unikam jednak np. picia Tyskiego – bo mam powód i robię to. Ale dlatego cenię głosy, które mówią „Nie pójdę na ten koncert, bo coś tam-coś tam” – bo im się nie podoba i dokonują wyboru, olewając street czy oi punk, tak jak inni olewają krysznaicki czy katolicki punk rock, grind czy metal core. Jednak dokonanie wyboru to jedno, a żonglerka opiniami lub plotkami to drugie. Brakuje jeszcze tego, by ktoś w sposób bezdyskusyjny spróbował zdefiniować punk, a co za tym idzie jego degeneracje, byłoby to tak samo błędne jak próby zdefiniowania ruchu skinheads czy hard-core [pokusili się o to zatwardziali wyznawcy SE, ale to jest wg mnie typowa sekta, więc opisanie jej w sposób encyklopedyczny nie dziwi, jednak te wynaturzenia zniesmaczyły nawet Iana MacKaye czy Raya Cappo], bo tu też jest wiele krętych ścieżek.


1Co dobrze podsumowuje słynna opowieść o 11 listopada w W-wie: koleś zatrzymany przez policjanta: „Ale ja jestem antyfaszystą!”, na co policjant: „Co mnie obchodzi jakim jesteś faszystą”

17:55, a_maciek
Link Dodaj komentarz »
piątek, 24 czerwca 2011
Dzień Wolności Podatkowej 2011

Dziś jest ten symboliczny dzień w roku, gdy po obliczeniu wszystkich zobowiązań fiskalnych wobec państwa okazuje się, że dopiero teraz zaczynamy zarabiać na siebie. Do 24 czerwca nasza praca polega na tym, by opłacić podatki bezpośrednie i pośrednie [a jest ich naprawdę dużo, bo i choćby przymusowa składka na ZUS jest takim podatkiem], zaś dopiero od dzisiejszego dnia, niemal w połowie roku, zyski z naszej pracy możemy przeznaczyć na swoje własne potrzeby. Oczywiście część z tych podatków zabranych pod przymusem wróci do nas w postaci różnych usług czy inwestycji, ale gdybyśmy sami mogli decydować zapewne struktura tych wydatków wyglądałaby zupełnie inaczej. Ironią w dodatku jest to, że wielu ludzi, zarabiających wystarczająco wiele, ma możliwość przeniesienia wirtualnie siedziby swoich inicjatyw gospodarczych/firm do krajów nazywanych rajami podatkowymi, zwykły człowiek natomiast przez cały rok finansuje państwo, by potem musieć mu udowodnić, że jest na tyle biedny, iż należą mu się jakieś groszowe odliczenia podatkowe, które łaskawie zostają mu zwrócone po kilku miesiącach. Bycie żywą kartą kredytową [działanie jest podobne – spłata bezodsetkowa na karcie kredytowej to 54 dni, zwrot podatku z Urzędu Skarbowego trwa minimum tyle samo] rządu jest faktem, co pokazała już afera zaboru naszych składek emerytalnych, które zamiast do OFE w części trafiają do państwowego ZUS-u.

O wielu innych aspektach dotyczących polityki fiskalnej rządu, także przy okazji naszych zobowiązań wobec Grecji i sytuacji, która do tego doprowadziła można przeczytać na stronie Centrum im Adama Smitha, w komentarzu do konferencji prasowej, na której ogłosili jak w tym roku wypada Dzień Wolności Podatkowej.

01:13, a_maciek
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 czerwca 2011
LOKOMOTYWA#2

Jeszcze przed polską prezydencją w Unii, jeszcze przed rozpoczęciem lata i przed rozpoczęciem wakacji, co dla niektórych to moment intensywnych wyjazdów na letnie festiwale [ja oblizuję się właśnie na Żelebsko…], ukazał się drugi numer kieleckiego pisma anarchistycznego LOKOMOTYWA. Jest kilka rzeczy, które mi się tam niezbyt podobają, jakieś drobne rzeczy do wytknięcia, ale to nie tutaj, to dopiero przy winie z Adamem;) Cieszy jednak to, że pojawiło się w Kielcach medium papierowe, gazeta, w której jest spersonalizowany głos [a nie jakieś forum internetowe] kieleckiego środowiska [to określenie na wyrost, niestety] i , że mimo pewnych obcych mi trochę naleciałości, jest to głos ukierunkowany anarchistycznie. I ważne jest to też w obliczu tego, co napisał kiedyś Krawat z INNEGO ŚWIATA – po jakiejś prawdopodobnej światowej katastrofie, gdy media elektroniczne umrą, badacze historii o anarchizmie będą sądzić jedynie na podstawie jego papierowych pozostałości. I nikt nie będzie pamiętał o takich portalach jak CIA [ani niestety o ”wolnekielce” też…]. A by nie sądzić po mojej opinii trzeba przeczytać i najlepiej dodać coś od siebie.

A oto danie główne, wuala!

Do przejrzenia lub pobrania w pdf TUTAJ, a do samodzielnego wydrukowania TA WERSJA

00:03, a_maciek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 czerwca 2011
HASAPARASA-POLICJA-hopsasa!

Hasaparasa jako zwierciadło ego Wielkiego Kiniora bywała ciekawa, i muzycznie, i zdarzeniowo, i towarzysko, choć chaotyczna – była zawsze; w opiniach oglądających wyglądało to różnie – lepiej lub gorzej, ale warto tam chodzić bo może jednak coś nas tam zaskoczyć lub nam się spodobać, lub przynajmniej zapaść w pamięć. Z tegorocznej imprezy w pamięć wielu ludziom zapadła chyba niesmacznie duża ilość sił pilnujących porządku i przyzwoitości w okolicach Bazy Zbożowej. Jak komary w lesie – niby sielanka, cisza i spokój, ale coś jednak wkurwia. W takiej sytuacji nawet towarzysko trudno się obrócić, zamienić słowo i łyki z butelki, co w przypadku popeliny wiejącej w tym roku ze sceny niestety było bolesne. Czy to sobótkowe magiczne ciśnienie duszy przyciągnęło te mundurowe cienie w okolice, gdzie kilka lat temu jeszcze unosił się na Zbożowej swąd smarów i policyjnej benzyny? Zew wspomnień? Czy prewencja przy neopogańskiej imprezie?
Kielce ostatnio stały się tematem prokuratorskich niusów, najpierw o rasistowskich w wymowie tekstach w gazetce kieleckich kibiców „Korony”, później zaś w tekstach tego samego autora dopatrzyli się wyrażeń obraźliwych dla samego Premiera. Gdyby wnikać w szczegóły, to robienie z tego afery na miarę kraju zdaje się być dosyć dziwne – gazetka jest raczej pisemkiem wąsko społecznościowym, trudno tam się doszukać nawoływań do agresji na tle etnicznym czy rasowym, a opinie tego kolesia [studenta KUL-u, co bulwersuje wielu, nie wiem w sumie czemu], szczególnie te dotyczące Tuska, są zwyczajowymi opiniami z przystanku autobusowego czy knajpy i choć są głupie, to na takie opinie można trafić w wielu mediach, tylko w lepiej, czyli poprawniej, dobranych słowach. I to w gazetach, które można kupić w kioskach, wysokonakładowych czy w klipach na you tubie z wielotysięczną oglądalnością. Mi to zamieszanie kojarzy się więc raczej z taktyką stosowaną poprzednio przy dopalaczach – agresywna medialna nagonka, zohydzenie pewnej wąskiej grupy społecznej, za którą nie ujmie się „zdrowa część społeczeństwa” [bo „te cholerne kibole”…], zastraszanie [jak ten moment legitymowania wszystkich klientów sklepów z dopalaczami] a potem atak legislacyjno-policyjny i ogłoszony rządowy sukces.
Warto uwiecznić jeszcze inną historię, policyjną, jakże by inaczej, związaną z kieleckimi kibolami, na którą trafiłem trochę „od dupy strony”. Zobaczyłem bowiem plakaty wiszące w okolicy stadionu [to był chyba jeszcze kwiecień], nawołujące do zejścia z trybun w 80 minucie i zaprzestanie kibicowania w proteście przeciw potraktowaniu kilku ich kolegów w sposób dosłownie policyjny. Już samo to, że to środowisko poczyniło jakiś protestacyjny krok [na trybunach wisiały np. transparenty „Niespełnione rządu obietnice = temat zastępczy kibice”] mnie zaciekawiło, a z tego co wyczytałem, wyłonił mi się obraz naprawdę niemiły – kilku kolesi zajmujących się oprawą na meczach [chodziło też chyba o „wulgarne okrzyki na trybunach”], po jednym z nich ma poważne policyjne sankcje i to chyba jako jedni z pierwszych z naszego miasta wylądowali pod walcem rządowej medialnej rozgrywki, która polega na używaniu policji i prokuratury do podnoszenia słupków rządowych sondaży.


21:15, a_maciek
Link Dodaj komentarz »
środa, 08 czerwca 2011
MANIPULACJE PRZEDWYBORCZĄ POGODĄ i nowe kieleckie pismo: „LOKOMOTYWA”

Dziś media wpuściły w obieg zaskakującą informację, że to już 7 czerwca w tym roku został ogłoszony Dniem Wolności Podatkowej. Ale jak to? W zeszłym roku, przed tyloma podwyżkami, również i podatkowymi, wypadało to 23 czerwca, a tu, ni stąd, ni zowąd… Szybko to się udało zweryfikować, gdyż Robert Gwiazdowski z Centrum im A. Smitha potwierdził, iż to nie ich instytut ogłosił tego „niusa” [był to raczej zwyczajowy humbug].
Może dziwnie zbiega się to z kampanią wyborczą, porażkami na różnych rządowo-ministerialnych frontach, ale mam ponure przeczucie, że prawda [w wersji ogłaszanej przez CAS] jest po prostu smutniejsza. A radosne informacje [choć i tak smutne – blado-radosne jedynie w porównaniu do lat wcześniejszych] padły w kilku  topowych mediach, może po to, by można było zbagatelizować tą ponurą dla rządu i jego fanów informację, którą za jakiś czas ogłosi Centrum im. A. Smitha – bo przecież „ten news już był!”.

Innym, o wiele  ciekawszym newsem i to lokalnym jest pojawienie się nowej gazety w Kielcach [co ogłaszam niestety z lekkim opóźnieniem, za co biję się w piersi pustą butelką]. Wiąże się z tym kilka miłych rzeczy:
- po pierwsze: nawiązuje swoją nazwą „Lokomotywa” do innego kieleckiego pisma, „Lokomotywa Bez Nóg”, które ukazywało się od 1989 do bodajże 2002 roku
- po drugie: w podtytule określa się jako „pismo anarchistyczne”
- po trzecie: pośród kilku innych tekstów jest tam i mój [przeredagowany z tegoż bloga tekst „Doniczka kontra narkotykowa paranoja”]
- po czwarte: będzie ukazywać się dalej
TUTAJ do obejrzenia w wersji PDF albo do wyboru w wersji do samodzielnego wydrukowania TUTAJ

20:34, a_maciek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 maja 2011
DYSCYPLINA MIASTA


Istnieje coś takiego jak „dyscyplina miasta”, odczuwam to, nazywam to tak, przyrównuję i chcę to spróbować opisać. Zdecydowanie nawiązuję do poprzedniego wpisu, gdzie zaznaczyłem ledwie proces, w którym miasto świadomie pozbywa się zieleni, ale też jest to powiązane z tą całą histerią bezpieczeństwa, która skutkuje rozrastaniem się systemu monitoringu miejskiego. Nie ukrywam, że to przyszło mi na myśl po przeczytaniu kawałka zaledwie focaultowskich wykładów „Bezpieczeństwo, terytorium, populacja”, gdzie słusznie chyba rozdzielane są terminy „bezpieczeństwo” od „dyscypliny”. O tym, że kamery nas mają dyscyplinować, a nie poprawiać nasze bezpieczeństwo, chyba pokuszę się o napisanie w innym miejscu.


Dyscyplina zdecydowanie kojarzy się z koszarowym drylem, szkolnym kodeksem czy fabrycznym, monotonnym i mechanicznym odtwarzaniem zespołu czynności w określonej kolejności. Ale i miasto kreuje swój dyscyplinarny charakter, rozbudowuje się wg określonych założeń i dyscyplinuje mieszkańców do bardzo skodyfikowanych zachowań. Tym właśnie był zakaz budowy drewnianych domów w obrębie centrum miasta Kielc, po serii groźnych pożarów, tym samym był zakaz osiedlania się Żydów w naszym mieście zniesiony w XIX wieku czy zakaz prowadzenia zwierząt przez teren cmentarza, tym samym też były przepisy zakazujące poruszania się młodzieży po mieście w godzinach wieczornych, o czym wspominał Żeromski. Tym samym jest rozbudowa kanalizacji w mieście, regulacja rzek (traktowanej jako jedna) Silnicy i Dąbrówki, budowa ścieżek rowerowych [by rowerzysta TU a pieszy TAM – ale rowerzysta może i po ulicy, i po ścieżce, i po chodniku, a pieszy tylko po chodniku…], likwidacja przejść dla pieszych lub budowanie im kładek nad drogami [by zoptymalizować ruch samochodowy – co za tyrania!]... Dokładnie tym samym, a wręcz esencją tej dyscyplinarnej wizji, było powołanie Straży Miejskiej, a oglądanie jak poprzedniej zimy dyscyplinowali kierowców w związku ze zmianą zasad parkowania w centrum Kielc było mało przyjemnym widowiskiem musztry. Sprawdzanie, kto czym pali w domu, czy wywozi szambo, czajenie się na nieuważnych kierowców przy Urzędzie Miasta [ostatnio często na Leśnej], obserwowanie terenu w poszukiwaniu pijących w miejscu publicznym, ściganie handlarzy truskawkami czy grzybami, to nie jest „poprawa bezpieczeństwa” tylko najzwyczajniejsze „pilnowanie dyscypliny”. „Zagospodarowanie przestrzenne miasta” to jest właśnie efekt tej dyscypliny, a nie przyczyna, ale przecież wpływ na codzienne wrażenia mieszczucha takiego jak ja nie ma lokalizacja zakładów przemysłowych [no, poniekąd], zamiana terenów rolnych na budowlane czy zakaz budowy czegokolwiek w związku z planowanym przebiegiem drogi, tylko właśnie owe dyscyplinujące zwyczaje – jak i gdzie mogę się poruszać, jak i gdzie mogę coś spożywać, czy będę mógł cieszyć się zielenią czy z kwaśną miną podziwiać zadowolenie posiadaczy samochodów, którzy będą mieli gdzie parkować i którędy jeździć.


Masowe wycinanie drzew w Kielcach ma charakter dyscyplinarny – charakter miejskich inwestycji wymaga (!) widocznie tego. Wypełnianie przestrzeni w centrum miasta betonowymi [o, przepraszam – granitowymi] płaszczyznami jest powodowane widocznie dyscypliną: dla pieszych, dla posiadaczy psów, dla firmy, która zajmuje się opieką nad terenami zielonymi – to ma ułatwiać jej przestrzeganie. Budowa nowych parkingów, węzłów komunikacyjnych, ulic - to konieczność dyscyplinowania ruchu samochodowego. Ponieważ pieszy, albo raczej człowiek, który ma ochotę pospacerować, usiąść na ławce, pogapić się na drzewa na skwerze, nie wymaga takiego zdyscyplinowania jak kierowca samochodu, to nic się dla niego nie buduje, a jedynie wycina się drzewa, likwiduje się skwery, trawniki pokrywa się granitem.


Kilka tygodni temu, tuż przed świętami majowymi, skutkującymi zwyczajowymi „majówkami”, pojawiły się też informacje, że w końcu legalnie będziemy się mogli wylegiwać na trawie, jak to czynią inni przedstawiciele kultury łacińskiej na zachodzie. Niestety, to tylko wyjątki od powszechnej dyscypliny, bo wciąż nam tego robić nie wolno! Dyscyplinarnie ujarzmiany mieszczuch nie może relaksować się na trawniku, spożywać tam śniadania, czytać książek czy piknikować z winem [ooo! A w tym przypadku to dyscyplina pręży już umundurowane muskuły!]. Nie wolno wchodzić nam na drzewa, jeździć rowerem jak i gdzie się chce, rozbijać namiotów, palić ognisk czy stawiać grilla i sam nie wiem co jeszcze w imię porządku i ochrony tych przyrodniczych wartości. Jednocześnie miasto, a raczej jego władze, narzucają swoistą dyscyplinę przestrzeni miejskiej likwidując niehigieniczne trawniki i skwery, wycinając drzewa grożące jadącym i parkującym samochodom – niszczą ostatecznie [bo nie tworzą innych terenów zielonych w zamian] te zielone formy życia, których jednocześnie nie pozwalają dotykać własnym mieszkańcom. I od tego właśnie jest dyscyplina, która zadających pytania [np. mieszkańcom bloku, obok którego stanie lada chwila betonowa „Promenada Solna”] o sens pewnych działań zmusza do przestudiowania regulaminu i przestania ich zadawania. Tym samym może wypadałoby nadać naszemu prezydentowi jakiś honorowy stopień wojskowy, by każdy rozkaż wycięcia drzew brzmiał poważnie i dyscyplinująco.

20:12, a_maciek
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 02 maja 2011
Kielce miastem betonu

Gdybyż to jeszcze miało cokolwiek wspólnego z piosenką Patyczaka „Beton punk”… Niestety nasze miasto staje się dosłownie coraz bardziej pokryte betonem, szczególnie jeżeli chodzi o jego centrum, które od kilku lat poddawane jest gruntownej przebudowie. W sumie okej, konieczna jest zmiana tej wiekowej infrastruktury ulicznej [instalacji podziemnych, nawierzchni dróg, chodników], ale jednocześnie w trakcie tej przebudowy znikają trawniki i drzewa, które były dotąd naturalnym środowiskiem człowieka. Czy konieczne było ich usunięcie lub zniszczenie [bo w takim stłamszonym stanie teraz wegetują] na całej ulicy Sienkiewicza? Zostawiono zaledwie jakieś klomby [których nie trzeba grabić? By nie płacić „Zieleni Miejskiej”?]…  Każda kolejna przebudowa to kolejne wycięte drzewa i znikająca uliczna roślinność. Cały Rynek pokryty zostaje właśnie betonem, pl. Panny Marii obok Katedry stanie się w swej formie niemal taki sam, odcinek ulicy Warszawskiej w pobliżu Rynku, który właśnie zaczyna być remontowany, ma niemal identyczne „betonowe” założenie koncepcyjne, plac obok WDK mimo pewnych zmian ogólnego zamysłu i ocaleniu części drzew na pewno nie będzie już tak zielony jak dziś, a słyszy się też o „zagospodarowaniu” przestrzeni przed KCK, gdzie tej zieleni jest wciąż sporo … Tak, słyszę już te głosy zwolenników „Nowej Organizacji Przestrzeni” [znamienny jest ten skrót… a i kojarzy się jakoś z pojęciem New World Order], że „to nie beton!”, a szlachetny granit, natomiast w odczuciu zwykłego człowieka, dla którego z pola widzenia znika zieleń, ta różnica między granitem a betonem jest niemal niedostrzegalna, to niczym usilne poszukiwanie subtelnych i finezyjnych różnic programowych pomiędzy maoistami, trockistami i bolszewikami właściwymi w obliczu tego, który z nich trzyma karabin na wieży strażniczej. Na dodatek co chwila czytamy o wycince setek, a tak naprawdę to w sumie już tysięcy (!) drzew – ulica Chęcińska, Krakowska, Planty obok Solnej [tam ostatnio w planie ok. 130 drzew], przebudowa obwodnicy warszawskiej i węzła na ul. Łódzkiej, budowa „Węzła Żelazna”… Nawet nie jesteśmy w stanie zliczyć ile jako mieszkańcy straciliśmy w ostatnich latach, bo każde drzewo to strata możliwa do odrobienia dopiero za kilkadziesiąt lat! W zamian dostajemy infrastrukturę dla samochodów – drogi i parkingi; tym szczycą się władze miasta, piejąc z zachwytu nad tym co dały mieszkańcom, słowem nie wspominając o tym, co nam zabrały - zieleń. A mnie zdecydowanie nie bawi rekreacja na depresyjnych granitowych placach defiladowych.

Zdecydowanie nie bawi mieszkańców bloku leżącego obok Plant budowa „Promenady Solnej” – kolejnego betonu mieszkalno-usługowego w samym centrum, tyle, że tuż nad rzeką, w ciągu spacerowych Plant  i tuż obok parku i stawu. Ta „urokliwa” Promenada [czy jej twórcy są tak złośliwi czy nie znają znaczenia tego słowa?]ma mieć prawie 150 m długości i 21 m wysokości przytłaczając swym rozmiarem wszystkie okoliczne budynki i ucinając resztki przyjemności ze spaceru czy jazdy rowerem tamtejszą ścieżką rowerową. Obserwując dotąd mało uważnie protest mieszkańców tego bloku najważniejszym wnioskiem, który się nasuwa jest przede wszystkim to, że ten protest został niemal zupełnie olany przez media i władze miejskie. Dzieje się podobnie, jak w przypadku niedawnego, niedoszłego w efekcie referendum w sprawie odwołania prezydenta Lubawskiego ze stanowiska – stosowaną medialno-urzędniczą taktyką jest „przemilczeć, nie podsycać dyskusji, nie zauważać, omijać, a potem problem sam zniknie” - gdy budowa wejdzie w zaawansowaną fazę. Inna sprawa, że wszystkie poprzednie dewastacje przyrodnicze zorganizowane przez miasto też niemal przeszły bez echa, bo milczenie większości ludzi spowodowane jest iluzoryczną potrzebą „Nowej Organizacji Przestrzeni”, która sama dla siebie jest uzasadnieniem tej powszechnej drzewnej rzezi.Dla lepszego zapoznania się ze szczegółami sytuacji mieszkańcy bloku, na którym wiszą protestacyjne transparenty, stworzyli stronę publikującą zdjęcia i aktualności związane z tą nieciekawą zmianą krajobrazową: zielonadolinasilnicy.pl. Sporo zdjęć pokazujących destrukcję przestrzeni życiowej miasta na ciekawym kieleckim fotoblogu TUTAJ. O samej sprawie był jeszcze artykuł na portalu CIA – CZYTAJ

Wytną mnie” – to desperackie zawołanie wisiało na każdym przygotowanym do wycięcia drzewie, a jest ich coraz mniej…

Ostatnie święta, jak i zresztą każda niedziela, w którą poruszam się w pobliżu jakiegoś kościoła szokują mnie cyklicznie bezradnością istot ludzkich, które nie potrafią do swej świątyni dotrzeć na piechotę; tym bardziej dziwne to w czasach, gdy parafia jest niemal co krok. Niesamowita ilość samochodów blokujących przykościelne chodniki skłania do używania nazwy „Kościół Powszechnie Zmotoryzowany”, a uzależnienie od tego środka komunikacji uzasadnia niestety uwielbienie dla betonu, naturalnego samochodowego środowiska. Ta osobliwa niepełnosprawność i niefrasobliwość jednocześnie charakteryzuje chyba po części to mocarstwowe katolickie podejście do [swojeg] życia [narodzonego] – bronić go i dbać o jego prymat w otaczającym go środowisku, by przetrwać mimo niedogodności kosztem choćby i przyrody. Wydzierżawienie kościelnych gruntów pod moloch, jakim będzie centrum handlowe „Korona” trochę potwierdza tą bezrefleksyjność. Uwielbienie betonu w architekturze sakralnej to osobny temat, ale jeżeli ktoś cokolwiek kojarzy o Licheniu to zrozumie. 

 

Jako ponury deser dorzucam informację o nowym pomyśle na zorganizowanie przestrzeni na pl. Wolności – na jego środku stanie „długo wyczekiwany” pomnik Piłsudskiego [no kurna, dziwiło mnie to, czemu jeszcze Lubawski nie uczcił pomnikiem swojego idola], skierowany twarzą w stronę Katedry, a symbolicznie odwrócony tyłem do Uniwersytetu – religia jak zwykle ważniejsza niż edukacja, mimo tych złych wspomnień, gdy kielecki biskup Łosiński w latach 30-tych tak mocno dopiekł marszałkowi swoją nieskrywaną niechęcią. Po tym plac już nigdy nie będzie taki jak wcześniej i nic się nie będzie dało sensownego dla niego wymyślić, by nie zakłócić tego majestatu. Nie wiem, czy będzie na koniu, czy ze spiżu, czy wąs będzie dobrze uczesany, ale wiem, że to chyba wymarzone zwieńczenie miejskiej kariery Wojciecha Prezydenta Lubawskiego.

22:42, a_maciek
Link Komentarze (1) »
piątek, 08 kwietnia 2011
DONICZKA kontra NARKOTYKOWA PARANOJA

 

Objawem paranoi są niektóre głosy komentujące ostatnią nowelizację ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii, w której mowa jest o możliwości [tylko!] odstąpienia od ścigania za posiadanie niewielkiej ilości narkotyków. Pojawiły się bowiem opinie, które utożsamiają tą kosmetyczną zmianę prawa z legalizacją narkotyków. Paranoją wg mnie jest nieuzasadniony [choćby przez brak doświadczeń społecznych z podobnych sytuacji w naszym lub innych krajach] lęk przed podobnymi posunięciami z jednoczesnym popieraniem innych działań państwa [nad którymi nie ma co się rozwodzić], mającymi skutki zdecydowanie bardziej destrukcyjne - i społecznie, i moralnie, i ekonomicznie. Częścią  tej paranoi  jest także akceptacja legalnego obrotu i czerpanie zysków z handlu innych środków odurzających, które, nie wiedzieć czemu nie są nazywane narkotykami – jak np. alkohol i tytoń. Definicja stanowi bowiem o słuszności prawa i pomaga oświetlić jurystycznym reflektorem jego wrogów…
Wkrada się w tą śmieszną dyskusję niesamowita ignorancja ludzi, którzy jako prawodawcy lub lobbyści partyjno-polityczni, nie rozumieją prostych pojęć i przenoszą swoje fobie za pomocą medialnej tuby na forum dyskusji ogólnospołecznej. A ludzie wciąż ufają niestety autorytetowi parlamentarzysty, jako przedstawiciela i wybrańca narodu… Narkotyki wbrew głupim wypowiedziom wciąż są bowiem NIELEGALNE. Za ich posiadanie, a tym bardziej obrót nimi, wciąż grozi kara więzienia, a więc bardzo surowa. Obecna nowelizacja nie jest złagodzeniem prawa – podnosi przecież możliwą długość odsiadki w więzieniu, choć dopuszcza odstępstwo od wymierzenia kary w pewnych przypadkach, jest więc tylko propozycją złagodzenia niektórych procedur. O tym, że państwo nie liberalizuje spożycia „środków nie obłożonych akcyzą” [bo o te przecież chodzi – o te, których obrotu nie kontroluje rząd] pokazała ostra kampania policyjno-administracyjno-prawna przeciw dopalaczom. Władza nie liberalizuje prawa, ono jest wciąż tylko zaostrzane.
Pojawia się tylko zaledwie jakiś przebłysk depenalizacji – jednorazowego odstąpienia od wymierzenia kary. Jest to wciąż przestępstwo kryminalne – posiadanie i wprowadzanie do obrotu nielegalnych używek. Kryminalizacją była akcja antydopalaczowa, ustanowienie przepisów, które poza nękaniem administracyjnym, próbami definicji przez ministerstwo zdrowia doprowadziły do ogólnej definicji dopalacza jako „narkotyku” ściganego karnie. Dekryminalizacją byłoby natomiast przekwalifikowanie niektórych używek [np. marihuany] jako parafarmaceutyków, które dla celów medycznych byłyby wprowadzone do obiegu kontrolowanego, bez dostępu dla ludzi niesklasyfikowanych do leczenia nimi.
Kiedy pani poseł Kempa [tak, ta sama, która została zrzucona w neseserze do kieleckiej siedziby PiS] rzucała głupie pytanie o to, którą mafię poparł minister głosując za tą nowelizacją [chodziło najprawdopodobniej o min. sprawiedliwości Kwiatkowskiego], chyba nie zdawała sobie sprawy skąd w ogóle biorą się mafie i z tego, że właśnie tacy teoretycy państwa jak ona są ich prawdziwymi współtwórcami. Są to bowiem organizacje przestępcze budujące quasi-biznesy w branżach skryminalizowanych przez państwo, ciesząc się z tego, że mogą na przykład być monopolistami w produkcji i handlu narkotykami. Prostytucja nie jest w pełni kontrolowana  przez mafię, bo nie jest to raczej możliwe,  z wielu względów, ale ponieważ byle kto nie umie wyprodukować amfetaminy, to jej produkcja i obrót jest już pod jej kontrolą. Zyski mafii pochodzą z polityki karnej państwa, więc i legalizacja tejże prostytucji ucięłaby część dochodów mafijnych. Z kolei wydaje mi się, że ucięciem naprawdę dużej części wpływów tej organizacji przestępczej byłby prosty krok – zezwolenie na domową uprawę konopi, niechby to był tylko ten jeden krzaczek w domu. Gdyby każdy mógł bez stresu wyhodować sobie taką roślinkę, podobnie jak zrobić wino czy upędzić bimber na własny użytek, może zrezygnowałby z ryzyka jakie niesie za sobą kupno takich używek [często nasączanych nieznanymi chemikaliami] na nielegalnym rynku. O wiele zaś łatwiej byłoby wtedy penalizować posiadanie i handel innych, twardszych narkotyków, a mafii wytrąciłoby to spory zakres działań. Tak więc to nie spec-ustawy były bolesnym ciosem w zorganizowaną przestępczość, ale nieskryminalizowana roślinka w domowej doniczce! Nie była by to więc prawdziwa „legalizacja”, zresztą nie widzę powodów, dla których państwo miałoby czerpać dochody z handlu tą uzywką; doniczka byłaby zaledwie jej depenalizacją, niekaraniem za hodowlę na własny (!) użytek, bowiem handel dużymi ilościami dawałby znowu komuś zarobek, a państwo, ta moralna jurystycznie dziewica, nie przełknęłaby raczej zysków z tak moralnie podejrzanego procederu, nie uczyni więc z konopii rośliny podobnej do tytoniu i chmielu. Nie zrobi tego by wciąż wspierać mafię? Wprowadzenie trawy do obrotu kontrolowanego przez ministerstwo zdrowia, przepisy regulacyjne, pozwolenia, atesty, akcyzy i podatki spowodowałoby pewnie wielokrotny skok jej ceny, porównywalny do stosunku ceny alkoholu w kosztach produkcji i jego ceny sklepowej, dlatego legalizacja w czystej, prawniczej postaci mi się nie podoba. Przede wszystkim depenalizacja i potem dekryminalizacja, czyli likwidacja paragrafów, które z automatu nakazują ściganie karne i czynią ze zwykłych konsumentów przestępców karnych.
Pojawiła się ostatnimi dniami kolejna inicjatywa, taki młodzieńczy zryw, jako kolejny, setny już może krok do legalizacji marihuany – niestety nie wiem, co mają szczegółowo do powiedzenia na ten temat, nie wiem nawet do kogo ta petycja, co konkretnie proponuje, ale ponieważ się rozkręca, to wrzucam baner, niech się rozkręci bardziej:

Objawem owej paranoi są niektóre głosy komentujące ostatnią nowelizację ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii, w której mowa jest o możliwości [tylko!] odstąpienia od ścigania za posiadanie niewielkiej ilości narkotyków. Pojawiły się bowiem opinie, które utożsamiają tą kosmetyczną zmianę prawa z legalizacją narkotyków. Paranoją wg mnie jest nieuzasadniony [choćby przez brak doświadczeń społecznych z podobnych sytuacji w naszym lub innych krajach] lęk przed podobnymi posunięciami z jednoczesnym popieraniem innych działań państwa [nad którymi nie ma co się rozwodzić], mającymi skutki zdecydowanie bardziej destrukcyjne - i społecznie, i moralnie, i ekonomicznie. Częścią  tej paranoi  jest także akceptacja legalnego obrotu i czerpanie zysków z handlu innych środków odurzających, które, nie wiedzieć czemu nie są nazywane narkotykami – jak np. alkohol i tytoń. Definicja stanowi bowiem o słuszności prawa i pomaga oświetlić jurystycznym reflektorem jego wrogów…

Wkrada się w tą śmieszną dyskusję niesamowita ignorancja ludzi, którzy jako prawodawcy lub lobbyści partyjno-polityczni, nie rozumieją prostych pojęć i przenoszą swoje fobie za pomocą medialnej tuby na forum dyskusji ogólnospołecznej. A ludzie wciąż ufają niestety autorytetowi parlamentarzysty, jako przedstawiciela i wybrańca narodu… Narkotyki wbrew głupim wypowiedziom wciąż są bowiem NIELEGALNE. Za ich posiadanie, a tym bardziej obrót nimi, wciąż grozi kara więzienia, a więc bardzo surowa. Obecna nowelizacja nie jest złagodzeniem prawa – podnosi przecież możliwą długość odsiadki w więzieniu, choć dopuszcza odstępstwo od wymierzenia kary w pewnych przypadkach, jest więc tylko propozycją złagodzenia niektórych procedur. O tym, że państwo nie liberalizuje spożycia „środków nie obłożonych akcyzą” [bo o te przecież chodzi – o te, których obrotu nie kontroluje rząd] pokazała ostra kampania policyjno-administracyjno-prawna przeciw dopalaczom. Władza nie liberalizuje prawa, ono jest wciąż tylko zaostrzane.

Pojawia się tylko zaledwie jakiś przebłysk depenalizacji – jednorazowego odstąpienia od wymierzenia kary. Jest to wciąż przestępstwo kryminalne – posiadanie i wprowadzanie do obrotu nielegalnych używek. Kryminalizacją była akcja antydopalaczowa, ustanowienie przepisów, które poza nękaniem administracyjnym, próbami definicji przez ministerstwo zdrowia doprowadziły do ogólnej definicji dopalacza jako „narkotyku” ściganego karnie. Dekryminalizacją byłoby natomiast przekwalifikowanie niektórych używek [np. marihuany] jako parafarmaceutyków, które dla celów medycznych byłyby wprowadzone do obiegu kontrolowanego, bez dostępu dla ludzi niesklasyfikowanych do leczenia nimi.

Kiedy pani poseł Kempa [tak, ta sama, która została zrzucona w neseserze do kieleckiej siedziby PiS] rzucała głupie pytanie o to, którą mafię poparł minister głosując za tą nowelizacją [chodziło najprawdopodobniej o min. sprawiedliwości Kwiatkowskiego], chyba nie zdawała sobie sprawy skąd w ogóle biorą się mafie i z tego, że właśnie tacy teoretycy państwa jak ona są ich prawdziwymi współtwórcami. Są to bowiem organizacje przestępcze budujące quasi-biznesy w branżach skryminalizowanych przez państwo, ciesząc się z tego, że mogą na przykład być monopolistami w produkcji i handlu narkotykami. Przywoływanie przykładu amerykańskiej prohibicji alkoholowej jest bardzo dobrym świadectwem na to, jak rząd swoją polityką potrafi doprowadzić do użyźnienia gleby dla mafijnych struktur. Inna domena nielegalnych „biznesów” jaką jest prostytucja nie jest w pełni kontrolowana  przez mafię, bo przez jej specyfikę [„doniczka w każdym domu”] nie jest to raczej możliwe,  z wielu względów, ale ponieważ byle kto nie umie wyprodukować amfetaminy, to akurat jej produkcja czy przemyt  i obrót jest już pod jej kontrolą, jak i innych narkotyków wymagających obróbki chemicznej. Zyski mafii pochodzą z polityki karnej państwa, więc i legalizacja tejże prostytucji ucięłaby część dochodów mafijnych, niestety państwo jest niechętne tej legalizacji, do tego stopnia, że to jedno z niewielu źródeł dochodu, które nie podlega opodatkowaniu [a urzędy skarbowe skrupulatnie przepytują tych, którzy to zadeklarują]. Z kolei wydaje mi się, że ucięciem naprawdę dużej części wpływów tej organizacji przestępczej byłby prosty krok – zezwolenie na domową uprawę konopi, niechby to był tylko ten jeden krzaczek w domu. Gdyby każdy mógł bez stresu wyhodować sobie taką roślinkę, podobnie jak zrobić wino czy upędzić bimber na własny użytek, może zrezygnowałby z ryzyka jakie niesie za sobą kupno takich używek [często nasączanych nieznanymi chemikaliami] na nielegalnym rynku. O wiele zaś łatwiej byłoby wtedy penalizować posiadanie i handel innych, twardszych narkotyków, a mafii wytrąciłoby to spory zakres działań. Tak więc to nie spec-ustawy były bolesnym ciosem w zorganizowaną przestępczość, ale nieskryminalizowana roślinka w domowej doniczce! Nie była by to więc prawdziwa „legalizacja”, zresztą nie widzę powodów, dla których państwo miałoby czerpać dochody z handlu tą uzywką; doniczka byłaby zaledwie jej depenalizacją, niekaraniem za hodowlę na własny (!) użytek, bowiem handel dużymi ilościami dawałby znowu komuś zarobek, a państwo, ta moralna jurystycznie dziewica, nie przełknęłaby raczej zysków z tak moralnie podejrzanego procederu, nie uczyni więc z konopii rośliny podobnej do tytoniu i chmielu. Nie zrobi tego by wciąż wspierać mafię? Wprowadzenie trawy do obrotu kontrolowanego przez ministerstwo zdrowia, przepisy regulacyjne, pozwolenia, atesty, akcyzy i podatki spowodowałoby pewnie wielokrotny skok jej ceny, porównywalny do stosunku ceny alkoholu w kosztach produkcji i jego ceny sklepowej, dlatego legalizacja w czystej, prawniczej postaci mi się nie podoba. Przede wszystkim depenalizacja i potem dekryminalizacja, czyli likwidacja paragrafów, które z automatu nakazują ściganie karne i czynią ze zwykłych konsumentów przestępców karnych.

Jacek Sierpiński jak zwykle ciekawie i logicznie rozkłada ten temat TUTAJ

Pojawiła się ostatnimi dniami kolejna inicjatywa, taki młodzieńczy zryw, jako kolejny, setny już może krok do legalizacji marihuany – niestety nie wiem, co mają szczegółowo do powiedzenia na ten temat, nie wiem nawet do kogo ta petycja, co konkretnie proponuje, no i uważam to tylko za objaw nicnieznaczącego kliktywizmu [źródłosłów TUTAJ], ale ponieważ się rozkręca, to wrzucam baner, niech się rozkręci bardziej:

proca.pl: Zbieramy 5.000.000 podpisów na legalizację marihuany !!!

 

22:58, a_maciek
Link Komentarze (4) »
niedziela, 03 kwietnia 2011
WIOSNA Z POLICJĄ W TLE

 

WIOSNA Z POLICJĄ W TLE
Już pierwszy dzień wiosny zaskoczył mojego kolegę kontaktem z nieumundurowanym patrolem policji w samochodzie na cywilnych numerach rejestracyjnych. Został zaczepiony w centrum Kielc właśnie tego dnia i po okazaniu blachy poproszony o dowód osobisty. Zdarza się, bo różne rzeczy się dzieją, ale zaskakujący był ciąg dalszy tej wątpliwie miłej konfrontacji – gdy funkcjonariusz już posiadł jego dowód osobisty, zaprosił zaczepionego do samochodu, gdzie po krótkiej wymianie zdań i oszczędnym umotywowaniu tego wylegitymowania doszli do wniosku, że być może nie jest człowiekiem, który ma coś wspólnego ze sprawą, która pchnęła ich na uliczne polowanie. To „być może” jednak nie wystarczało, padło policyjne zapytanie, gdzie woli dokończyć formalne procedury – w bramie, czy na komisariacie. Komisariat kojarzy się niestety ze stratą czasu, perspektywą nawet kilku zmitrężonych  godzin, i choć ryzyko niewiadomego ciągu dalszego było spore, to zapadła decyzja o kończeniu procedur w bramie. „Stań pod ścianą” – polecenie było niepokojące, ale dotyczyło dalszych czynności – wykonania fotografii portretowej, fotografii całej postaci i ostatniego zdjęcia – dowodu osobistego. Muszę przyznać, że zaskoczyły mnie te niekonwencjonalne procedury.
2 kwiecień był dniem wernisażu kolektywu AĆ KRU w galerii „Lakiernia” w Bazie Zbożowej – fajne pomysły przeniesienia do galerii muralnych koncepcji, plus rzeczy wykonane zdecydowanie do ekspozycji nie-ulicznej [np. połamane skateboardy jako niezłe kompozycje, swoiste assemblage], dobre wino i pokaz slajdów z działań rzeczywiście ulicznych, czyli dwa istotne powody, dla których warto było pojawić się na wernisażu. A w pokazie slajdów swoisty smaczek – zdjęcie pary policjantów uczestniczących w Akcji Ujęcia, wyglądających jakby dokonywali wyceny streetartowego dzieła sztuki, lub zadumanych w szkolnym stylu „co artysta chciał przez to powiedzieć” i z dylematem: czy bardziej jest artystą czy wandalem do ukarania.
1 kwietnia ruszył zaś spis powszechny, czyli ogromna akcja policji statystycznej. Dobrze mieć państwu pełniejszy ogląd na społeczeństwo, oficjalne wyniki dotyczące warunków i statusu życia nieco mijają się z prawdą, więc może patrząc i pytając ankieterzy dowiedzą się więcej, niż można dowiedzieć się z PITów, z danych NFZ i różnych instytucji, którym Polacy przekazują wiedzę o sobie. Cóż, wydaje mi się, że najlepszym wyjściem jest zaciemniać lub gmatwać obraz, by rozmyć statystyki w morzu sprzecznych danych.
A jeżeli chodzi o policję kulturalno-oświatową, to w Kielcach jej duchowym guru jest chyba prezydent naszego miasta, który został patronem [inicjatorem? Imadłem?] wystawy poświęconej „działalności posła ziemi świętokrzyskiej Przemysława Gosiewskiego”, która zorganizowana będzie w… Galerii Sztuki Współczesnej „Winda”. Pomysł dziwny, chybiony choćby ze względu na lokalizację [ciężko tam wejść poza wernisażami] i profil galerii, np. wystawy IPN w WDK świetnie sobie dają radę ze względu na łatwy dostęp. Choć nie zamierzam na nią iść, to wydźwięk polityczny wystawy w takim miejscu zmusza do grymasu zdziwienia, a i pomysł zagarnięcia prawa do wizerunku Gosiewskiego w obliczu konfliktu Lubawskiego z lokalnym PiSem wraz z ogólnym zamieszaniem przy okazji powoływania się na jego spuściznę i odgórnego rozwalenia struktur tej partii w regionie daje spory niesmak. Prewencyjna akcja „wystawa przeciw oportunistom politycznym” jest jak wypuszczenie zwiększonej ilości patroli na miasto przeciw wagarowiczom.
Wiosną policja kwitnie.

Już pierwszy dzień wiosny zaskoczył mojego kolegę kontaktem z nieumundurowanym patrolem policji w samochodzie na cywilnych numerach rejestracyjnych. Został zaczepiony w centrum Kielc właśnie tego dnia i po okazaniu blachy poproszony o dowód osobisty. Zdarza się, bo różne rzeczy się dzieją, ale zaskakujący był ciąg dalszy tej wątpliwie miłej konfrontacji – gdy funkcjonariusz już posiadł jego dowód osobisty, zaprosił zaczepionego do samochodu, gdzie po krótkiej wymianie zdań i oszczędnym umotywowaniu tego wylegitymowania doszli do wniosku, że być może nie jest człowiekiem, który ma coś wspólnego ze sprawą, która pchnęła ich na uliczne polowanie. To „być może” jednak nie wystarczało, padło policyjne zapytanie, gdzie woli dokończyć formalne procedury – w bramie, czy na komisariacie. Komisariat kojarzy się niestety ze stratą czasu, perspektywą nawet kilku zmitrężonych  godzin, i choć ryzyko niewiadomego ciągu dalszego było spore, to zapadła decyzja o kończeniu procedur w bramie. „Stań pod ścianą” – polecenie było niepokojące, ale dotyczyło dalszych czynności – wykonania fotografii portretowej, fotografii całej postaci i ostatniego zdjęcia – dowodu osobistego. Muszę przyznać, że zaskoczyły mnie te niekonwencjonalne procedury.

2 kwiecień był dniem wernisażu kolektywu AĆ KRU w galerii „Lakiernia” w Bazie Zbożowej – fajne pomysły przeniesienia do galerii muralnych koncepcji, plus rzeczy wykonane zdecydowanie do ekspozycji nie-ulicznej [np. połamane skateboardy jako niezłe kompozycje, swoiste assemblage], dobre wino i pokaz slajdów z działań rzeczywiście ulicznych, czyli dwa istotne powody, dla których warto było pojawić się na wernisażu. A w pokazie slajdów swoisty smaczek – zdjęcie pary policjantów uczestniczących w Akcji Ujęcia, wyglądających jakby dokonywali wyceny streetartowego dzieła sztuki, lub zadumanych w szkolnym stylu „co artysta chciał przez to powiedzieć” i z dylematem: czy bardziej jest artystą czy wandalem do ukarania.

1 kwietnia ruszył zaś spis powszechny, czyli ogromna akcja policji statystycznej. Dobrze mieć państwu pełniejszy ogląd na społeczeństwo, oficjalne wyniki dotyczące warunków i statusu życia nieco mijają się z prawdą, więc może patrząc i pytając ankieterzy dowiedzą się więcej, niż można dowiedzieć się z PITów, z danych NFZ i różnych instytucji, którym Polacy przekazują wiedzę o sobie. Cóż, wydaje mi się, że najlepszym wyjściem jest zaciemniać lub gmatwać obraz, by rozmyć statystyki w morzu sprzecznych danych.

A jeżeli chodzi o policję kulturalno-oświatową, to w Kielcach jej duchowym guru jest chyba prezydent naszego miasta, który został patronem [inicjatorem? imadłem?] wystawy poświęconej „działalności posła ziemi świętokrzyskiej Przemysława Gosiewskiego”, która zorganizowana będzie w… Galerii Sztuki Współczesnej „Winda”. Pomysł dziwny, chybiony choćby ze względu na lokalizację [ciężko tam wejść poza wernisażami] i profil galerii; np. wystawy IPN-u w WDK świetnie sobie dają radę ze względu na łatwy dostęp. Choć nie zamierzam na nią iść, to wydźwięk polityczny wystawy w takim miejscu zmusza do grymasu zdziwienia, a i pomysł zagarnięcia prawa do wizerunku Gosiewskiego w obliczu konfliktu Lubawskiego z lokalnym PiSem wraz z ogólnym zamieszaniem przy okazji powoływania się na jego spuściznę i odgórnego rozwalenia struktur tej partii w regionie daje spory niesmak. Prewencyjna akcja „wystawa przeciw oportunistom politycznym” jest jak wypuszczenie zwiększonej ilości patroli na miasto przeciw wagarowiczom.

Wiosną policja kwitnie...

 

22:22, a_maciek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 27 marca 2011
RUCHY POZIOME - ściskanie i rozciąganie czyli plastyczne OFE

RUCHY POZIOME - ściskanie i rozciąganie czyli plastyczne OFE
W zasadzie to było oczywiste, co stanie się z OFE, bo od początku, z zamysłu, z koncepcji i tak było instytucją regulowaną urzędowo. Nie jest alternatywą dla ZUS, a jedynie jego dopełnieniem, niby-prywatnym inwestycyjnym wentylem, sejfem czy lokatą, do której można sięgnąć w ciężkiej chwili. To stawało się jasne we wcześniejszych momentach, choćby przy odgórnej regulacji prowizji – czyli gdy można ściskać trochę, to można ściskać aż do momentu, w którym poczujemy opór. Dotąd, by nie pękły kości. [A prowizje pobierane przez OFE zostały w takiej samej wysokości, mimo mniejszych sum czy ilości aktywów, którymi ma operować po zmniejszeniu wpływającej składki]
Może nie czytam uważnie wszystkich felietonów, artykułów, nie słucham wszystkich głosów pomniejszych i tych grzmiących z ust choćby niby-profesorów (jak np. „Leszku”), ale mam wrażenie, że w tej całej aferze [tak, bo to jest afera – zabór czy kradzież milionów złotych] nie wspomina się o sednie sprawy. Cały ten kanapowo-fotelowy lewicowy, liberalny czy prawicowy głos polityczny milczy na temat stosunku państwo a obywatel, w którym struktury państwowe teoretycznie organizowane są przez obywateli po to, by zapewnić ochronę militarną, policyjną czy ekonomiczną właśnie ogółowi obywateli. To oczywiście złudne wrażenie, biologia czy medycyna zapewne znają wiele takich przypadków, w których organizm pierwotny [tu: obywatel] został zdominowany przez organizmy wtórne adoptowane do swojego środowiska. Przesuwanie pieniędzy obywateli z OFE do ZUS na łatanie dziury budżetowej jest najbardziej widocznym elementem odwrócenia tego procesu, gdy pracujemy po to, by państwo jakoś mogło funkcjonować, by owe struktury się nie załamały, by dziura budżetowa nie zassała w nicość jego kręgosłupa. Przymusowe podatki są trudne do umotywowania, gdy nie mamy wpływu na sposób ich wydatkowania, niemniej wielu ludzi godzi się z ich zasadą, co najwyżej narzekając na ich wysokość [niemałą…], natomiast „pożyczanie” pieniędzy, które są naszymi, obywateli,  środkami finansowymi jest stworzeniem z nas żywej karty kredytowej. Przesuwanie priorytetów na utrzymanie przy życiu różnych struktur państwowych, a nie obywateli ich utrzymujących jest niebezpieczne, bo godzi najzwyczajniej w zasadę użyteczności, chyba, że się mylimy sądząc, że to urzędy mają być użyteczne nam, a nie my im. Zapożyczając porównanie z tematyki science-fiction to wygląda jak bunt maszyn. A ludzie głosując losowo na kolejnych restauratorów systemu, na kolejne partie, które mają receptę na jego uzdrowienie [a ich programy to zazwyczaj tylko nakładanie pudru na trądzik syfilityczki chorej na raka], stają się jedynie bezimienną dawką energii, która ów system napędza. Niestety Ziemkiewicz ma rację pisząc o naszej roli jako „pożytecznych idiotach” dokładających się do budowy ogrodu oligarchii… Jako nawóz?

W zasadzie to było oczywiste, co stanie się z OFE, bo od początku, z zamysłu, z koncepcji i tak było instytucją regulowaną urzędowo. Nie jest alternatywą dla ZUS, a jedynie jego dopełnieniem, niby-prywatnym inwestycyjnym wentylem, sejfem czy lokatą, do której można sięgnąć w ciężkiej chwili. To stawało się jasne we wcześniejszych momentach, choćby przy odgórnej regulacji prowizji – czyli gdy można ściskać trochę, to można ściskać aż do momentu, w którym poczujemy opór. Dotąd, by nie pękły kości. [A prowizje pobierane przez OFE zostały w takiej samej wysokości, mimo mniejszych sum czy ilości aktywów, którymi ma operować po zmniejszeniu wpływającej składki]

Może nie czytam uważnie wszystkich felietonów, artykułów, nie słucham wszystkich głosów pomniejszych i tych grzmiących z ust choćby niby-profesorów (jak np. „Leszku”), ale mam wrażenie, że w tej całej aferze [tak, bo to jest afera – zabór czy kradzież milionów złotych] nie wspomina się o sednie sprawy. Cały ten kanapowo-fotelowy lewicowy, liberalny czy prawicowy głos polityczny milczy na temat stosunku państwo a obywatel, w którym struktury państwowe teoretycznie organizowane są przez obywateli po to, by zapewnić ochronę militarną, policyjną czy ekonomiczną właśnie ogółowi obywateli. To oczywiście złudne wrażenie, biologia czy medycyna zapewne znają wiele takich przypadków, w których organizm pierwotny [tu: obywatel] został zdominowany przez organizmy wtórne adoptowane do swojego środowiska. Przesuwanie pieniędzy obywateli z OFE do ZUS na łatanie dziury budżetowej jest najbardziej widocznym elementem odwrócenia tego procesu, gdy pracujemy po to, by państwo jakoś mogło funkcjonować, by owe struktury się nie załamały, by dziura budżetowa nie zassała w nicość jego kręgosłupa. Przymusowe podatki są trudne do umotywowania, gdy nie mamy wpływu na sposób ich wydatkowania, niemniej wielu ludzi godzi się z ich zasadą, co najwyżej narzekając na ich wysokość [niemałą…], natomiast „pożyczanie” pieniędzy, które są naszymi, obywateli,  środkami finansowymi jest stworzeniem z nas żywej karty kredytowej. Przesuwanie priorytetów na utrzymanie przy życiu różnych struktur państwowych, a nie obywateli ich utrzymujących jest niebezpieczne, bo godzi najzwyczajniej w zasadę użyteczności, chyba, że się mylimy sądząc, że to urzędy mają być użyteczne nam, a nie my im. Zapożyczając porównanie z tematyki science-fiction to wygląda jak bunt maszyn. A ludzie głosując losowo na kolejnych restauratorów systemu, na kolejne partie, które mają receptę na jego uzdrowienie [a ich programy to zazwyczaj tylko nakładanie pudru na trądzik syfilityczki chorej na raka], stają się jedynie bezimienną dawką energii, która ów system napędza. Niestety Ziemkiewicz ma rację pisząc o naszej roli jako „pożytecznych idiotach” dokładających się do budowy ogrodu oligarchii… Jako nawóz?

18:47, a_maciek
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5