RSS
niedziela, 19 czerwca 2016
Gra o beton trwa.

     Obchodzimy dziś pierwszą tygodnicę katastrofy referendalnej. Tak, teraz już mogę napisać, że ludzie tworzący Komitet Referendalny też trochę zapracowali na tą katastrofę, czasem faktycznie to wyglądało (jak napisał jeden z niewielu normalnych komentujących w „ED”), jakby jego twórcy bawili się tym referendum i mimo merytorycznych zarzutów, które przedstawili WueL’owi, zawalili pracę u podstaw. Poza tym niepomny własnej sraczki po spożyciu ogromnej ilości toksycznych komentarzy zamieszczonych w „Echu Dna” przed referendum, niestety zrobiłem to po raz drugi – przyjąłem do swojej delikatnej psychiki te komentarze, które zostały opublikowane już po referendum. Ból głowy to mało powiedziane – to paraliż wąsa.

    Równie beznadziejnie jest z propagandą Lubawskiego, która wciąż jak walec toczy się powoli i niestety skutecznie, co dobrze zobrazowała frekwencja na referendum – ludziom jest nie dość, że obojętne (bo przecież wszystko w mieście działa), to uważają, że to dobry prezydent, który choćby „uporządkował centrum”; są światełka, granity i betony, po których można spacerować raz w tygodniu, jak się wyjdzie do miasta na lody, więc ogólnie po co go odwoływać i nabijać kapitał polityczny jakimś awanturnikom. Cóż, naprawdę poległa praca u podstaw, która nie uświadomiła ludziom jak działa układ personalny miasta i co dzieje się z pieniędzmi mieszkańców.

    Ale przeczytałem także tekst zdecydowanie godny tytułu Wazeliny Roku – w czerwcowym biuletynie MPK "Pasażer" pani prezes tejże szacownej, pałowanej i pacyfikowanej niegdyś przez Wojciecha firmy, Elżbieta Śreniawska, smaruje wazeliną odważnie i bezkompromisowo: Miasto przez ostatnie lata wypiękniało i stało się bardziej przyjazne dla mieszkańców. Wiele tych zmian dokonało się dzięki odważnym decyzjom i determinacji Prezydenta Kielc Wojciecha Lubawskiego(…). Ładnie posmarowane, ładnie. No to wrócę w takim razie do przystanków: głos w ich temacie odnosi się do ich zwykłej funkcjonalności i powoduje, że musimy zadać filozoficzne pytanie. Czy przystanki są dla pasażerów czy dla autobusów? Najbardziej kosztowną rzeczą w ich budowie była specjalne podbudowa, która ma zapobiegać odkształceniom terenu, jest to więc gest w stronę MPK, dla autobusów. Niepraktyczne wiaty, które nie chronią pasażerów przed deszczem, wiatrem i słońcem i nie oferują zbyt wielu miejsc siedzących dla starszych lub zmęczonych ludzi nie są dla firmy, która sprzedaje swe usługi transportowe prezydentowi, czyli dla MPK, tylko dla zwykłych ludzi, którzy są niezadowoleni z ich nieprzyjaznej natury, która wskazuje na to, że są one jednak dla autobusów, by miały się gdzie zatrzymać, a jedynie przy okazji dla pasażerów, by mogli do nich wsiąść. Cóż, ani pani Śreniawska, ani pan Lubawski nie jeżdżą autobusami,

    Najnowszy numer mojego ulubionego agit-prop „Tygodnika Em” przynosi felieton niezawodnego przyjaciela prezydenta, p. Natkańca. Nie mogłem się go już doczekać, no i się nie zawiodłem. Ów ocierający się o nogawki prezydenta, wijący się u jego stóp, felietonista pisze, a właściwie smaga akapitami wrogów prezydenta w swoim stylu, nawiązującym do doskonałych leninowskich tradycji walki z kontrrewolucją: malkontenci, którzy próbowali odwołać jedynego słusznego prezydenta, powinni zapłacić za swoje referendum - jak to nazwał dosłownie zapłacić za „swoje fanaberie”. Pan Natkaniec niestety nie odrobił lekcji, bo to właśnie za osobiste fanaberie Wojciecha chcieliśmy go odwołać, za rzeczy, za które nikt mu niestety nie każe płacić, tylko chcemy, by on z miejskiej kasy już tego nie robił – za lotnisko, za „Koronę”, za pomniki, za wycinanie drzew, za betonowanie miasta, za kontrowersyjne inwestycje. Nieśmiało przypomnę, że referendum kosztowało mniej niż 1 przystanek i mogło nas uratować od kolejnych przeboskich, błogosławionych inwestycji.

    Na koniec zostawiam sam dar niebios, słowa Wielkiego Wygranego, spływające na mnie światłem niezmierzonym. Otóż Wojciech „Wąs” Wielki zadaje pytanie, które zżera go niesamowicie, nie pozwala mu spać spokojnie mimo wygranej, bo nie wyobraża sobie, że można jakąś inicjatywę sfinansować nie z publicznych, czy partyjnych pieniędzy, jak to on ma w swoim zwyczaju: I rzecz zasadnicza, której nie odpuszczę: kto naprawdę płacił za kampanię referendalną i w jakim celu? Tak, kontrrewolucja zawsze ma swoje korzenie gdzieś indziej, zawsze pada pytanie, o to, kto naprawdę za tym stoi. W związku z tym są i groźby: Jest grupa ludzi, która bada w tej chwili wszystkie wpisy na portalach społecznościowych. Moi drodzy badacze, którzy to czytacie: współczuję wam takiego zleceniodawcy i przełożonego. Za to sam Lubawski tkwi niezmiennie w samouwielbieniu i rzuca takie teksty, że wąs opada… W „Echu Dna” zacytowali jego soczystą wypowiedź: Wycinanie drzew, betonowanie miasta, wyjazd za granicę młodych – wszędzie robią to samo. Ot, tak po prostu. On bawi się miastem, układa klocki, tworzy jakąś osobistą wersję „Monopoly”, bo takie są reguły jego gry, w którą możesz zagrać albo wyjechać z miasta - no i co z tego, że wyjedziesz? Gra się toczy dalej.



00:10, a_maciek
Link Komentarze (1) »
piątek, 10 czerwca 2016
Niedziela będzie dla nas, czyli żegnamy Lubawskiego

    Wojciech Lubawski jak zwykle stosuje kampanię, w której nie ma NIC merytorycznego. Tym razem broni swojej posady, publikując gdzie się da swoje banalne przesłanie „POPIERASZ MNIE – NE IDŹ NA REFERENDUM”, być może zdając sobie sprawę, że walka na wymianę argumentów mogłaby być dla niego bolesna, jeżeli nie w ilości głosów (bo niestety ma dość zdyscyplinowanych wyborców), to ukazałaby jego oczywistą miałkość i wąsatą nijakość. Mam nadzieję, że ta logika nie zawiedzie, że na referendum nie pójdą tylko ci, co popierają Lubawskiego, ostatnio było ich 35 000, więc pozostałe 125 000 pójdzie oddać swój glos. Każdy, kto na referendum nie pójdzie będzie musiał się liczyć z tym, że będzie potraktowany epitetem, dla mnie obraźliwym, iż jest poplecznikiem Lubawskiego, zgodnie z tym, co on sam proponuje. Promuje przede wszystkim nie posiadanie własnego zdania, zachęca do nie myślenia, do bierności i milczenia.

    Mam w domu kartkę pocztową (materiał sponsorowany ze środków prywatnych), podrzucaną kielczanom, na której jest zdjęcie fantasmagorycznie oświetlonego urzędu miasta z podpisem „Kielce – nasza duma”, ale choć muszę przyznać, że fotografia jest świetna – to nadrealistyczna, właśnie typowo pocztówkowa, przekoloryzowana, jak i cała prezydentura WueL’a. Blichtr, fashion, granit i nic poza tym.

    Ostatnie dni to sprytnie wyciągnięta afera z wyrokiem skazującym dla Maksa Materny. Sama historia jak to zwykle bywa w życiu, nieciekawa, jak setki innych, tylko problemem jest to, że jej bohaterem jest rzecznik Komitetu Referendalnego. Rozprawa odbyła się na tydzień przed referendum, dotyczyła zdarzenia z 2013 roku, oskarżony nigdy nie był przesłuchany w  związku z tą sprawą, nie został przez sąd powiadomiony o tej rozprawie, na której zapadł wyrok, nie został o niej powiadomiony też przez adwokata z urzędu. Sąd Rejonowy idealnie się wpisał w moment, tak wycyzelowany termin fantastycznie przysłużył się Lubawskiemu i jego masie zasiedziałych w urzędach przyjaciół – czy naprawdę trudno uwolnić się od paranoi, od wyjątkowo mocnego złudzenia nieprzypadkowości w tej sytuacji? Nie obchodzi mnie zbytnio Maks, jako osoba, jako właściciel knajpy, nie bywam u niego w klubie nawet na koncertach, więc dura lex, sed lex, ale… Ale to doskonałe odwrócenie uwagi od właściwej sprawy – od referendum; to przepyszna okazja, by sączyć gówniane komentarze na zupełnie inny temat, by dać pożywkę sępom z mediów i internetowym trollom.

    Jak zwykle moja ulubiona pro-lubawska agitka „eM Kielce” nie zasypia gruszek w popiele w obronie swojego mentora – przyjaciel Wojciecha, p. Natkaniec, współautor książki z nim napisanej, smaży felieton lukrujący dokonania prezydenta i wylicza jego dokonania. Cóż, 14 lat urzędowania z automatu niejako te zasługi przypisuje, coś przecież musiał robić w pracy przez te lata. Problem jest wciąż nieco inny – wiele, jeśli nie większość z tych inwestycji wykonano z funduszy unijnych, a projekty złożone zostały często wg osobistych aspiracji WueL’a, a nie są one często tym, czego oczekują mieszkańcy Kielc, no ale skoro nie podejmuje dialogu na ten temat, to wciąż chełpi się tym, że wbił łopatę nie swoimi rękoma. Stąd ten zrozumiały wkurw bezradności na to, jakie inwestycje w mieście są realizowane. Inną laurkę na zamówienie opublikowała gazeta „Pasażer” wydawana przez kieleckie MPK, a był to wywiad z radnym Borowcem, który wprost twierdzi, że organizatorom referendum  „nie uda się grać regułami demokracji”, bo demokracja ma na imię Wojciech i została ustanowiona w wyborach 2 lata temu.

    Ogromny niesmak aż do wyrzygu wywołuje to, co można wyczytać na forum „Echa dna” – ja wiem, że nie powinienem tam zaglądać, to samo mówili mi to moi rozsądni znajomi, gdy dzieliłem się z nimi swoimi wrażeniami, ale przy okazji artykułu o skazaniu M. Materny niestety się w to bagno zagłębiłem… To idealny, wręcz książkowy przykład i dowód tego, że istnieją ludzie, którzy dostają kasę za wylewanie pomyj na forach, za klepanie bzdur, za produkowanie i powielanie tak samo brzmiących wpisów, za bronienie Lubawskiego, za smarowanie gównem całej inicjatywy referendalnej i ludzi, którzy są z nią związani. Jakiej pokrętnej argumentacji trzeba użyć, by wyprowadzić tezę jednego z tematów tego forum – „Jesteś przeciwko lewakom – nie idź na ich referendum”, w sytuacji, gdy jednymi z jego inicjatorów byli też korwiniści, w obliczu tego, że Lubawski jest idealnym przykładem etatysty, który w socjalistyczny sposób czerpie pełnymi garściami z coraz wyższych podatków, gnębi przedsiębiorców i pielęgnuje urzędniczą pajęczynę powiązań? Można to zrobić chyba tylko za pieniądze, byle tylko naprodukować sztucznego smrodu.

    Całą postać i prezydenturę Lubawskiego dość dobrze charakteryzują 2 jego inicjatywy, o których jakoś rzadko wspomina: dość brutalna próba złamania strajku kierowców MPK przy pomocy wynajętych bandziorów z firmy ochroniarskiej w 2007 roku, pokazująca, że kompletnie nie interesuje go dialog i rozwiązywanie problemów, które psują jego wizję, by zresztą po latach cynicznie szczycić się tym, co osiągnęło kieleckie MPK (którego by pewnie nie było, gdyby udało mu się zrealizować jego ówczesne pomysły, a dziś woziłaby nas nie-kielecka Veolia). Drugim świetnym zobrazowaniem jego charakteru jest budżet obywatelski – inicjatywa, którą mocno zlewał przez pierwsze lata, gdy pojawił się ten temat. Czemu? Bo wymaga jakiegokolwiek dialogu z pospólstwem, zakłóca harmonię jego osobistej wizji, rozdaje inicjatywę anonimowym obywatelom. Teraz natomiast szczyci się tym sprawnie działającym mechanizmem jakby było to jego osobiste dzieło.

    Mam nadzieję, że to wszystko skończy się w niedzielę, że moimi sąsiadami i znajomymi nie są tylko „poplecznicy Lubawskiego”, którzy zostaną w domach by nie myśleć i nie mówić.



17:13, a_maciek
Link Komentarze (1) »
wtorek, 31 maja 2016
POLUBAWSKI REFLUKS

    POLUBAWSKI REFLUKS. Jestem zniesmaczony panem Lubawskim, czuję zwykły niesmak i zgagę, no i stąd mój refluks. Dla tych, którzy nie znają tej medycznej terminologii napiszę wprost – najzwyczajniej chce mi się rzygać od tego co ten pan mówi, jakie działania inicjuje, czym sam się zajmuje, czego zaniechuje, a może przede wszystkim jaką atmosferę wokół siebie generuje. Atmosferę poparcia dla głupoty, ignorancji, pyszałkowatości, krętactwa, solidarności etatów i odepchnięcia lub wręcz poniżenia mieszkańców Kielc, jako partnerów do dialogu. Nie będę rozwijał całej historii (od tego są organizatorzy referendum), zamieszam tylko lekko patykiem w tych owocach refluksu. I choć nie chciałem pisać elaboratu, to i tak jest tego w cholerę. Problemem bowiem jest poza obrzucaniem się zarzutami, brak spojrzenia na głębokie dno (właśnie, dno) prezydentury i osoby WueL’a.

    BĘDZIE REFERENDUM! Po raz kolejny zainicjowano próbę odwołania p. Lubawskiego ze stanowiska prezydenta Kielc, z etatu, który zgodnie ze swoim budowlanym doświadczeniem obetonował w sposób niemal doskonały. Uczestniczą w tej inicjatywie różni ludzie i środowiska, dla których WueL nie jest ideologicznym wrogiem, bo akurat trudno mu przypisać nawet jakąś ideologię (gdyż popieranie postulatów pewnych partii politycznych nie będących samych w sobie czymś takim, nie jest dowodem na wyznawanie jakiejkolwiek linii ideologicznej), jest tylko osobą, której podległy etatystyczny aparat więcej szkodzi niż pomaga Kielcom. Zgodni w swym sprzeciwie wobec tej persony są ludzie, którzy również są zawodowymi i ideowymi etatystami (np. związani z SLD), sprzeciw dotyczy polityki miasta, jako formatu zarządzanego zbyt personalnie przez pana WueL; jest sprzeciwem wobec stylu zarządzania. Próba zorganizowania referendum się udała, odbędzie się w Kielcach 12 czerwca. Fantastycznie, fajerwerki, fala meksykańska!

    ODBIŁO MI SIĘ TERAZ TYGODNIKIEM „EM KIELCE”. W ostatnim numerze z 26 maja przeczytałem felieton p. P. Michalca, w którym próbuje udowodnić, że referendum nie ma sensu, podobnie zresztą jak sam Lubawski. Główną osią rozumowania jest umocowanie polityczne Wojciecha L. : „Po dojściu do władzy PiS, jako społeczność Kielc mielibyśmy odwołać Lubawskiego, który ma poparcie tej partii?”. Potem jest o braku wyobraźni autora felietonu, który sobie nie wyobraża nikogo innego współpracującego z ministerstwami PiSu i  z obecną Radą Miasta (zapominając o tym, że W.L. właśnie raczej słabo współpracuje z RM). I być może to najbardziej boli u popleczników prezydenta – ślepa wiara, brak wyobraźni, bezmyślna dyscyplina partyjna/samorządowa, zupełny brak przyswajania argumentów, które mówią o tym, jak Lubawski szkodzi Kielcom i jego mieszkańcom.

    IDEA REFERENDUM MA REALNE POPARCIE. To jest najwspanialsze, że jest to zapowiedź tego, że ludzie chcą wypowiedzieć się w swoim własnym imieniu w konkretnej sprawie, nie tak jak na wyborach - przekazać dość płynne, mało skonkretyzowane poparcie dla ugrupowań, które po uzyskaniu mandatów są tylko umownymi, lub wręcz mitycznymi „przedstawicielami”. Zorganizowanie takiego ruchu inicjatywnego, zrealizowanie oddolnych działań, poświęcenie swojego prywatnego czasu nie dla władzy, nie dla pieniędzy, to jest coś, czego Lubawski nigdy nie zrobił.

    REFERENDUM JEST TYLKO W SPRAWIE ODWOŁANIA LUBAWSKIEGO. Nie dotyczy wyboru innego prezydenta, wyłonienia nowego kandydata, jest działaniem mającym zwalczyć chorobę, a nie zaproponować inną w zamian. Lokalni politycy, dla których normalna jest praca z budżetem partyjnym, z mediami, ze wsparciem znanych person, z rzeszą wolontariuszy jako niemal  darmowych pracowników odwalających czarną robotę przy każdych wyborach, dla tych polityków jest niezrozumiałe, że ktoś chce skasować pionka na szachownicy, nie wskakując na jego pole. Mentalność gangów, które nigdy nie potrafią zostawić rewirów bez jakichkolwiek wpływów.

    LUBAWSKI NIE ZEBRAŁ ŻADNEGO GŁOSU POPARCIA, zrobili to za niego ci, którzy zbierali podpisy dla komitetów, z których startował. Porównywanie ilości głosów z wyborów w 2014 roku z tymi, które się znalazły na listach poparcia referendum jest najzwyczajniej idiotyczne - ogromna ilość błędów na nich wynikała z tego choćby, że trzeba tam podać dane (a wiem, że ludzie się tego najzwyczajniej boją, gdyż listy poparcia – inaczej niż głosy na wyborach, nie są anonimowe), a nie tylko postawić krzyżyk. W ogóle natomiast nie trzeba zbierać podpisów pod kandydaturą na prezydenta miasta, bowiem ten jest zgłaszany przez komitet wyborczy, który zarejestruje swoje listy w co najmniej połowie okręgów wyborczych. Za Lubawskiego robotę odwalili więc ci, którzy walczyli o stołek radnego, ci którzy są scementowani tym wieloletnim układem, etatystycznym perpetuum mobile, pracownicy urzędów, ich rodziny, ludzie związani ze spółkami samorządowymi lub z nimi współpracującymi. Z kolei dla mnie głos oddany w wyborach nie jest poparciem dla danej osoby: gdybym na przykład poszedł z jakimś osłabieniem umysłowym na ostatnie wybory prezydenta RP i zagłosował na Komorowskiego/Dudę i ktoś by mi później powiedział, że poparłem personalnie tego… kogoś, to bym musiał mu zwyczajnie strzelić w ryj. Głos w wyborach przekazywany jest układowi, jest wyrazem niemocy, jest bezradnym poddaniem się temu przedstawicielskiemu wynaturzeniu. Głosy oddane w wyborach są niemal równe za, co i przeciw. W przypadku Lubawskiego – były to po części głosy przeciw wszystkim pozostałym kandydatom; był to lęk przeciw zmianom, przeciw partyjnym rządom w mieście (niestety sporo ludzi „docenia” bezpartyjność WueL’a); były to głosy za status quo, za zachowaniem etatów; były to głosy za finansowaniem tych wszystkich nieistotnych dla rozwoju miasta bzdur, w których w końcu pracuje sporo ludzi; być może były to głosy kibiców Korony, obawiających się upadku klubu. Były to też głosy oddane „z przyzwoitości” przez tych, którzy dla „obywatelskiego obowiązku” chodzą na wybory. Ilu z nich rzeczywiście i świadomie wybrało „program” Wojciecha L. , ilu wybrało akurat jego na najważniejszego urzędnika w mieście? Być może mniej niż ci, którzy poparli ideę referendum. Sam głosowałem wtedy na przypadkowego kandydata, tylko po to, by ilością ważnych głosów dać szansę na zrównoważenie proporcji „Lubawski vs reszta”, by nastąpiła druga tura, poparłem więc tylko ewentualność odrzucenia WueL’a właśnie w drugiej turze. Nie udało się.

    DLACZEGO WARTO ODWOŁAĆ LUBAWSKIEGO? Choćby po to, by pokazać, że przedstawiciele w tej wersji demokracji jednak są odwoływalni – jako przestroga dla wszystkich pozostałych. Ale być może ważniejsze jest, by pokazać tym, którzy uwierzą w ideę referendum, że część władzy da się przejąć jednak w taki sposób, że nie jesteśmy tylko maszynkami do oddawanie swojego głosu raz na cztery lata, że można odzywać się także wtedy, gdy nas nikt nie pyta i gdy narasta jakiś problem, którego władza nie chce, nie umie rozwiązać lub robi to partykularnie. I w końcu odwołać po to, by poszukać innej drogi, gorzej już naprawdę być nie może.

    ŚRODKI PUBLICZNE SĄ WYKORZYSTYWANE DO CELÓW PRYWATNYCH PRZEZ LUBAWSKIEGO. Nie są to co prawda cele tak oczywiste jak wczasy czy nowy dom lub samochód, ale jego osoba na tym stanowisku realizuje prywatne pomysły, marzenia i wizje za publiczne pieniądze. Zysk nie jest materialny, ale czyż nie tak buduje się do dziś świątynie, plebanie i kaplice? One nie są w końcowym efekcie własnością proboszczów, nie są dziedziczone, ale większość z nich buduje je „pod siebie”, zgodnie tylko ze swoją wizją. Świecka, urbanistyczna świątynia p. Lubawskiego nie wygląda wcale bardziej ubogo, choć jej twórca nie pozłaca (na szczęście) dosłownie „swoich” dzieł. Widzimy jak kierunkowany jest „rozwój” Kielc, dokąd zmierzają osobiste ingerencje prezydenta, lub też czego nie dotyczą – stawia na wizerunkowość, budowanie marki Kielc (tu choćby „Korona”) i ich estetycznego oblicza (i w tym zakresie, a nie funkcjonalności może trzeba szukać fenomenu przystanków), pewne kierunki kultury, pomijając niemal całkowicie rozwój gospodarczy miasta i regionu (np. lotnisko jest wizją, nie mającą wpływu na realne miejsca pracy i dochody). Stąd mam czelność twierdzić, że WueL jednak wykorzystuje stanowisko do celów prywatnych, do zaspokajania własnych ambicji. To, że środki (np. unijne) są wykorzystywane zgodnie z prawem, że procedury są zachowane, nie zmienia faktu, że kierunek jest spersonalizowany, jest realizacją osobistych aspiracji.

    CZY LUBAWSKI NAPRAWDĘ NIE MOŻE SPRZEDAĆ „KORONY”? Ależ nie musi, bo już dawno ją sprzedał, nam, podatnikom. Staliśmy się jej niechcianymi właścicielami nie posiadającymi oficjalnych udziałów i nie mającymi głosu w radzie nadzorczej. Gdy ten pośrednik, zwany prezydentem miasta, odsprzeda komuś innemu ten klub sportowy, dostaniemy nawet za to pieniądze – w postaci kwot, których nie dołożymy w latach następnych. Gorzej niestety, gdyż z powrotem zabierze je nam Lubawski i zainwestuje w swoje kolejne projekty.

    CZY LUBAWSKI JEST CYNIKIEM? Te wszystkie niesamowite wykręty, wymyki, uniki i zaciemnienia związane ze sprzedażą „Korony” pokazują, że WueL świetnie wpisuje się w paradoks Epimenidesa, o tym, że zawsze kłamie – o tym, że czegoś nie może ujawnić, że niedługo, że rozmawia, że są inwestorzy, że jak się sezon skończy… On nie kłamie, obiecując sobie, że będzie zawsze trochę kłamał, mataczył dopóki tylko będzie mógł, byle tylko jak najdłużej trwała instytucja miejskiego klubu sportowego – on jest zwykłym cynikiem, który musi korzystać z narzędzia obłudy, by bronić wartości, których my, ciemny lud, nie jesteśmy w stanie docenić. Więc ja, ciemny lud, odmawiam współpracy z tym… wąsatym cynikiem.



22:53, a_maciek
Link Komentarze (3) »
niedziela, 03 stycznia 2016
Kęsy władzy - władza kusi - władza kąsa

   Dzieje się wiele w mediach od wyborów, oj dzieje niesamowicie wiele i sprawia to wrażenie, jakoby i w strukturach państwa tyleż się działo, ale to już jest tylko wrażenie. Miewam czasem ogromną ochotę usiąść przed klawiaturą i wysysać z tych awantur swoje toksyczne wnioski i spluwać równo po wszystkich, ale przechodzi mi zazwyczaj dość szybko, bo za każdym razem po chwilowym już tylko zastanowieniu dochodziłem zawsze do podobnej konkluzji – to nie jest wojna o moją sprawę, to jałowa bitwa o definicje, ale wciąż przeciwko mnie, wciąż przeciwko każdemu i naszej wolności, nie czuję się więc broniony przez „obrońców demokracji”. Innym wątkiem mogłaby być siła przekazu mediów różnych nurtów, co muszę przyznać ma duże znaczenie. I nie o siłę tylko chodzi, ale i o jakość – media prawicowe w zdecydowanej większości są po prostu kiepskie, ich publicyści mało przekonujący, styl przekazu – nijaki, choć przecież mają równie wiele do powiedzenia, równie wiele racji, co „media głównego nurtu”. Ale nie o tym.

   Przede wszystkim zupełnie poza mną rozgrywa się idiotyczny spór, czy raczej pyskówka o „państwo prawa”, a jest to dyskusja podobnego lotu jak rozważanie o tym, jaki hamburger jest wzorcowy, idealny lub kiedy powinien przestać być tak nazywany, gdy jest zwykłą bułką z mięsem – a hamburger objawiony jest jako oczywiste danie nowoczesnego obywatela/patrioty, bez refleksji nad tym, czemu to nie mogą być kopytka lub pierogi. Kto jak kto, ale entuzjaści poprzedniej władzy o smaku, higienie rządzenia lub tym bardziej o braku zepsucia nie wiedzą chyba za wiele. Żenujące jest krzyżowanie argumentacji, kiedy się skończyło, albo kiedy zaczęło się odradzać to mityczne „państwo prawa”, ta niesmaczna batalia o zawłaszczenie terminologii. Dyskurs ten popłynął w kierunku tak fałszywym, że zastanawia mnie przede wszystkim fakt jak bardzo ludzie, media i politycy dali się wciągnąć w tą międzypartyjną rozgrywkę o słowa, o duperele, o plasterek sera w bułce z mięsem. Zamiast pluć sobie w brodę, że mało kto, oprócz „prawdziwych antysystemowców” (żart – chodzi mi tylko o trzeźwo myślących), w 1997 roku głosował w referendum przeciw obecnej konstytucji, by odrzucić tak niedopracowany i wieloznaczny dokument, to większość teraz zastanawia się jakim sosem go doprawić. A unijny komisarz do spraw gospodarki cyfrowej i społeczeństwa Günther Oettinger mówi obecnie tak: "Wiele przemawia za tym, że będziemy musieli uruchomić kontrolę mechanizmu państwa prawa i postawić Polskę pod nadzorem" i kto wie, czy zapisy konstytucyjne nie obligują nas do pozwolenia na takie procedury.

[instalacja artystyczna na jednej z kieleckich uliczek]

   Bo tak właściwie dlaczego wzorcem, wokół którego toczy się batalia jest hamburger, jest owo „państwo prawa”? Dla mnie ten twór słowny to nic innego jak określenie pewnego rodzaju prawa własności, formy posiadania charakterystycznej dla „demokracji przedstawicielskiej” – to jest państwo w czystej postaci, państwo prawa (do) dominacji, struktura przejęta przez pewną grupę polityczną i wykorzystująca prawo do realizacji swoich założeń. Więc o co ten krzyk? O to, że PiS (mówiący przynajmniej o tym wprost) , który tworzy rząd de facto został poparty tylko przez 18% dorosłych obywateli i budzi to niesmak? Naprawdę to właśnie budzi niesmak, podobnie jak to, że poprzednia ekipa zajadała się ośmiorniczkami? A nie budzi obrzydzenia fakt, że cała ta struktura, niezależnie od przywództwa, jest czysto bandyckim zagarnięciem wolności i własności każdego „obywatela”? Obrzydzenie budzi fakt wpierdalania ośmiorniczek, a uzurpacja bycia „przedstawicielem”, pasożytowanie jako urzędnik regulacyjny, jako zawodowy polityk, wymuszanie, haracze, kradzieże, kontrola i indoktrynacja, czyli to co jest zwyczajną procedurą każdego państwa, każdej demokracji przedstawicielskiej, już tego obrzydzenia nie budzi?

   Fascynującą kwestią jest samo „posiadanie” władzy – jak można przejąć ją na własność, kto jest jej posiadaczem, dlaczego jest zbywalna albo raczej czy może wrócić na wolny rynek wymiany, by każdy mógł stać się jej „udziałowcem”. Gdyby wg ordynarnej terminologii parlamentarzyści faktycznie byli naszymi przedstawicielami, to wybory byłyby zwykłym terminowym zbyciem akcji władzy na giełdzie polityki, a posłowie radą nadzorczą wybierającą (za-)rząd. Co się dzieje w takim razie z połową akcji, które są własnością tych, którzy nie biorą udziału w podziale władzy nie głosując na wyborach? Ktoś zarządza tym dobrem wbrew właścicielom? K. Wyszkowski, prawicowy celebryta, wypowiedział na dniach znamienne zdanie: „nowa władza wbrew jękom właścicieli III RP i tego starego układu będzie kontynuowała marsz na rzecz odbudowy Polski i realizowała patriotyczne marzenia” – potwierdza po pierwsze, że operuje się w tym dyskursie pojęciem własności, po drugie podpowiada coś niepokojącego, a mianowicie, że przejęcie władzy nie służy obywatelom, usprawnianiu im życia, realizacji obietnic wyborczych, a jedynie spełnianiu marzeń „patriotów u władzy” (poprzednia ekipa zapewne spełniała marzenia „nowoczesnych Europejczyków”). Ohyda.

   Prawo własności w kontekście władzy jest bardzo rozbudowanym wątkiem, można go ciągnąć w nieskończoność, w nawiązaniu do powyższego można zadawać niezliczone pytania, np. czy korumpowanie urzędnika jest wersją VIP, w przypadku, gdy i tak pracuje w urzędzie, który jest naszą współwłasnością? Albo dalej i już całkiem na poważnie: czy instrumenty władzy są własnością udziałowców/wyborców czy też już tylko ich przedstawicieli? Praktyka pokazuje, że tylko to drugie. Ale mi po głowie chodzi jeszcze jedna rzecz. Od razu po urodzeniu rodzice dowiadują się, że ich dziecko zostało przejęte na własność przez państwo – zostaje mu nadany PESEL, zostaje zameldowane, przypisane do obowiązków szczepień, później do obowiązku szkolnego, w międzyczasie rodzicom grozi z różnych przyczyn odebranie praw do opieki i dzieje się to całkowicie automatycznie. O pomoc, zasiłki lub ulgi ze strony państwa trzeba już walczyć, składać wnioski, deklaracje, nic nie dzieje się automatycznie i na stałe. Analogiczną aktywnością przywłaszczana wydaje się być chrzest – uległość rodziców sprawia, że dziecko zostaje statystycznym katolikiem, tu jednak pewna skomplikowana procedura apostazji może to anulować, bez tego jednak stajemy się na zawsze obywatelem kościoła. Niestety nie daje nam to paszportu Watykanu, a szkoda, bo to wg pewnych interpretacji jedyna współczesna bezpaństwowa społeczność – LINK.

   To jest właśnie chyba to, o czym ponad 100 lat temu pisał Sorel – „siła publiczna”, władza w użyciu, w działaniu. To przeciw temu próbował nakierować tworzony przez siebie mit „strajku generalnego”, powszechnej odmowy współpracy, ale mit ten do dziś pozostał utopią. Dziś, jak i przed wiekiem, „siła publiczna” jest przedmiotem zmieniającym tylko właściciela, nikomu nie przychodzi do głowy, by ją po prostu zneutralizować.



12:25, a_maciek
Link Komentarze (3) »
wtorek, 17 listopada 2015
Jestem fundamentalistą

    Rozprawianie o wyniku wyborów czy o nowym rządzie nie ma wg mnie większego sensu, bo wbrew pohukiwaniom i aktywnemu pozorowaniu nic się nie zmieni. Wzruszam ramionami, chyba inaczej niż zwykle, nihilistycznie, na te pojękiwania ludzi załamanych tym, że PiS doszedł do władzy. Naprawdę robi to wam różnicę? „Nic” jest oczywiście słowem-kluczem, skrótem myślowym – nic istotnego się nie zmieni, nic systemowego, zasadniczego, fundamentalnego. I nie sądzę, by stało się to nawet w hipotetycznej sytuacji, gdyby w sejmie znalazło się więcej tzw. „antysystemowców”, np. z ugrupowania p. Kukiza. Nie zmienią się przecież żadne zasady, zaczyna się jedynie nieistotny proces „porządkowania”, dokładnie tak jak w tytule jednego z „prawicowych” mediów – „Zaczynamy nasze porządki…”. Trochę dużo tu cudzysłowów, ale mam duże wątpliwości, by pisać o politycznych kręgach władzy jako o prawicowych bez tego cudzysłowu, coraz trudniej bowiem uporządkować definicje nurtów politycznych. Ale wracając do nadchodzących porządków, zdają mi się one być sprawą jedynie wizerunkową, dokładnie jak to ma miejsce w sprzątaniu, czyli odkurzanie, układanie lub raczej przekładanie, chowanie (chwilowo) zbędnych rzeczy. To nie będzie nawet krótki remont. I kolejny raz zdałem sobie sprawę, że jestem wolnościowym fundamentalistą, któremu nigdy nie przypasują kosmetyczne zmiany w systemie niewolnictwa, bowiem państwo nie zmienia swej istoty po żadnych wyborach, wciąż jest monumentalnym narzędziem ucisku, przemocy, kontroli, zawłaszczania i wymuszenia. Wybory okazały się po raz kolejny formą gry planszowej, w której tym razem to PiS wyrzucił same szóstki kostką do gry i żadnej większej filozofii nie ma co do tego przypisywać [wielu ludzi mówiło wprost o głosowaniu na nich dla umocowania zasady skuteczności – razem z prezydentem i większością w parlamencie mają po prostu działać i przestać pierdolić].

    To „nic się nie zmieni” jest niezależne od przemijających rządów i ma o wiele głębsze podłoże, ukazane ostatnio w dosyć oczywisty sposób przy okazji wyroku Trybunału Konstytucyjnego w sprawie OFE. Główną tezą uzasadnienia było to, że pieniądze przekazywane na nasze indywidualne konta emerytalne do OFE w ramach II filara nigdy nie były nasze, bowiem zawsze były „publiczne” jako podatek celowy. Wszelkie składki ściągane przymusowo są  traktowane jako środki do regulowania obecnych zobowiązań państwa i nie mają nic wspólnego z własnością prywatną. Co jeszcze w takim razie jest nasze, a co w każdej chwili możemy stracić? Oczywiście – kolejne fragmenty wolności. To tworzy obraz zapożyczony niemal dosłownie z „Matrixa”, gdzie ludzie pokazani są w ponurej scenie jako wielka elektrownia, monumentalny zestaw baterii służący jedynie do zasilania systemu. Pieprzenie o tych mało istotnych przesunięciach w wieku przechodzenia na emeryturę czy innych drobnych korektach nie zmienia przecież zupełnie nic w podejściu do tego, co jest naszą własnością i na ile my jesteśmy własnością państwa czy też jego biologiczną kartą kredytową.

    Wielki medialny spór o techniki edukacyjne, czyli o kształt szkół, o istnienie gimnazjum, wiek dzieci posyłanych w szpony państwowej edukacji nie wnosi nic do zasadniczej dyskusji – dlaczego w ogóle państwo ma tak wielki wpływ na edukację, na kontrolę życia dzieci i ich rodziców, dlaczego opór przeciw tym praktykom może być wręcz kryminalizowany. Już zupełnym absurdem już jest to, że państwo zajmuje się produkcją podręczników, jakby mało było tego, że zajmuje się dostawą usług edukacyjnych, które nie mają niemal żadnej alternatywy, niemal tak, jakby monopol na edukację był priorytetem państwa podobnym do produkcji bezpieczeństwa. Zapomina się w tych kłótniach i rozpaczliwych zawołaniach związków zawodowych nauczycieli (ostatnio przy okazji zapowiedzi likwidacji gimnazjów) o czymś tak ważnym jak prawo rodziców do decydowania o swoich dzieciach. Monopol państwa czyni ze szkół publicznych szkoły de facto pro-katolickie, z dodatkową wizją wprowadzenia nowego przedmiotu jakim miało by być „wychowanie patriotyczne”, który mógłby się stać kolejnym indoktrynacyjnym narzędziem i nie mam zamiaru słuchać o powinnościach wychowawczych państwa wobec „małych obywateli”, bo to w ogóle nie spełnia swojej roli. Swoją wychowawczą rolę system ukazuje w zbyt wielu dziedzinach życia, począwszy od koncesjonowania związków małżeńskich (gdyby nie miało na nie monopolu nie byłoby zbędnych dyskusji kto z kim jaką umowę chce podpisać na wspólne zobowiązania życiowe), nadzoru technik leczenia, kontroli i penalizacji używek, zakazu sprzedaży pewnych kategorii napojów i przekąsek w szkołach, ingerencji karnej w wolność wypowiedzi, nieustannego monitoringu policyjnymi kamerami i prewencyjnego monitorowania sieci internetowej, dotowania mediów państwowych, aż po cały zestaw przepisów regulacyjnych w sferze pracowniczej, budowlanej, biznesowej, kończąc na reglamentacji prawa do samoobrony.

    Ciężko nawet napisać kilka zdań o niemocy wobec nieskończonej ilości regulacji prawnych, narzucanych nie tylko przez państwo polskie, ale i przez szereg instytucji europejskich lub międzynarodowych, które jakimiś mało upublicznionymi traktatami zobowiązują nas do ich przestrzegania. Dlatego entuzjastom nadchodzących jakoby zmian po ostatnich wyborach parlamentarnych i prezydenckich mówię zdecydowanie nieprzekonany – nie zmieni się nic fundamentalnego, dopóki system będzie opierał się na wszechobecnym przymusie i nieustannej kontroli.



19:26, a_maciek
Link Komentarze (3) »
niedziela, 18 października 2015
„Twój żołądek zawsze jest wypełniony ciepłymi wymiocinami”

    „Twój żołądek zawsze jest wypełniony ciepłymi wymiocinami” - a potem przychodzą wybory i pozbywasz się tego (tym razem nie użyłem cytatu zaczerpniętego z Foucault tylko z znalezionego w idiotycznej części internetu) Następuje zwykły rzyg parlamentarny, reakcja na skutki uboczne przy „otwieraniu trupów”.

    Zadałem sobie temat wyborczy, który miał zaowocować ciekawymi odkryciami, ale nic z tego nie wyszło. Zaczęło się od tego, że zajrzałem na stronę jednego z kandydatów na posłów, gdzie odkryłem, że rajcują go… „transmisje bezprzewodowe”. Oho, nieźle się zaczyna, pomyślałem i zacząłem śledzić, którzy kandydaci na swoich reklamach zostawiają adresy do osobistych stron internetowych. Usiadłem któregoś deszczowego wieczora i przejrzałem te odnalezione strony. Pierwsza konstatacja była taka, że kilka stron, które odwiedziłem to ewidentnie robota zlecona jakimś profesjonalistom – zresztą ktoś kto jest posłem wie, że warto zainwestować co miesiąc parę groszy na profesjonalne prowadzenie takiej strony, by potem znów tym posłem zostać i mieć znowu parę groszy na prowadzenie tej strony i tak w kółko. I na takich stronach żadnych miodów się nie znajdzie, są nudne i przewidywalne – linki do interpelacji, sprawozdania, wystąpienia, aktywność poselska, pierdu-pierdu… Nie ma w tym za grosz człowieka, jest jakieś pierdolone biuro sprawozdawcze, po zobaczeniu tego mam wrażenie, że głos oddany na takiego kandydata to jak wrzucenie monety do automatu – dostajesz jakieś gówno, ale w tej chwili właśnie tego potrzebowałeś. Inni, których strony są amatorskie mają z kolei tak mało materiału, że ciężko tam znaleźć cokolwiek, co może być przyczynkiem do dyskusji, same okrągłe frazesy – „zmienię to”, „będę walczył”, „obiecuję”. Jedyne co znalazłem ciekawego to informacja o tym, że p. Szczekota  był w latach 80-tych milicjantem. Z kolei większość kandydatów z PiSu w zdyscyplinowany sposób promuje centralną stronę propagandową partii i mówi tym samym „jesteśmy tylko żołnierzami na froncie ideologicznym”…

    Stale powtarzającą się obietnicą, którą odnajduje się w materiałach kandydatów, jest ta dotycząca tworzenia nowych miejsc pracy i „sprowadzania inwestorów”. Pan Tarczyński popełnił nawet taki skrót myślowy, że on będzie tworzył miejsca pracy walcząc z nepotyzmem, który powoduje, że ludzie zatrudniani są z klucza partyjnego czy rodzinnego – wg mnie gdyby z tym walczyć to tych miejsc pracy w takim przypadku ubyłoby, sporo stanowisk urzędniczych jest przecież specjalnie tworzonych wg tej zasady (pomijając fakt, że CAŁA administracja państwowa i samorządowa to zbędny aparat i nie są to „miejsca pracy”, lecz „aparat nadzoru”), a tym bardziej PiS nie wyróżnia się niczym jeżeli chodzi o betonowanie struktur administracji. Z kolei pewien kandydat od Kukiza udostępnił (nie wiem czy jest jego autorem) dobre stwierdzenie – „inwestorzy to nie są banany, by ich sprowadzać”, a właśnie na takiej durnej mitologii opiera się wizjonerstwo większości tych kandydatów. Któryś z PiSu chwalił się, że jego kolegą jest europoseł i dzięki niemu tych inwestorów załatwi, choć nie widzę tu żadnego związku. Mam wrażenie, że ci którzy obiecują te farmazony są obecnie urzędnikami i taka jest ich płytka wizja gospodarki i biznesu zarządzanego z poziomu administracyjnego. Gdyby założyli firmę i co miesiąc musieli oddawać prawie 1100 zł samych zusowskich składek może by zrozumieli, że konieczne jest pierdolnięcie w ten chory system państwowych haraczy, by ludzie nie musieli czekać na mitycznych inwestorów i sami próbowali organizować sobie pracę poza szarą strefą i korupcjogennymi tzw. „biurami pośrednictwa pracy”.

    Jak pokazuje samo życie, jego prozaiczny rdzeń, wybory miewają jednak też swoje dobre strony. Mój kolega z każdych wyborów jest zadowolony, gdyż od swojego sąsiada, który jest zwykłą prostytutką partyjną i wiesza karnie na swoim ogrodzeniu przeróżne słuszne banery, owe banery po wyborach zabiera, dzięki czemu ma czym w zimę przykrywać drewno na opał. Co prawda z wyborów na wybory jakość banerów jest coraz gorsza, ale te mordy i tak się przynajmniej do czegoś przydają.



15:07, a_maciek
Link Komentarze (1) »
sobota, 17 października 2015
PUNXPERYMENT #11
12:47, a_maciek
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 września 2015
Za imigrantami podąża państwo totalne

    W takim zalewie dyskursu o uchodźstwie i imigracji włącza się chęć dociekania o różne źródła tej rzeki, czyli o przyczyny, jak i o prawdopodobne cele, które mają zostać osiągnięte, niejako przy okazji tej fali. Stało się, tak po prostu się stało? Od czasu arabskiej wiosny to dzieje się dopiero teraz? Tym bardziej, że mieliśmy już podobną sytuację niedawno, bo przez Polskę przewinęło się ok. 90 tys. czeczeńskich uchodźców, z czego kilkadziesiąt tysięcy zostało u nas w kraju. Muzułmanie z kraju, w którym w pewnym momencie każdy mężczyzna trzymał broń w ręce, potencjalni terroryści… Ach, no tak, ci, którzy teraz tu się kierują są z Afryki. Ale nie ma sensu rozprawiać tutaj o islamie, rzecz która mnie dotyka, to państwa, które mienią się cywilizowanymi  i ich działania. Nie da się w tej sytuacji nie próbować dociec jakichś geopolitycznych powiązań na szeroką skalę, zadawania pytań w stylu „Komu na tym zależy? Kto zyska na destabilizacji sytuacji w UE?” czy też obserwowania tego co dzieje się w samej Afryce. Oprócz oczywistych śladów USA w tamtym rejonie, jest jeszcze od niedawna wojskowa obecność Rosji, ale to nie jest ostatni ślad, wszakże w Dżibuti, obok Erytrei, skąd także jest ogromna liczba uchodźców, powstaje pierwsza chińska zamorska baza wojskowa, w strategicznym miejscu przy cieśninie prowadzącej do Morza Czerwonego. Nie będę się wymądrzał na te tematy, nie znam się po prostu, różne wątki porusza np. ten blog. Tak naprawdę interesuje mnie sytuacja tutaj, w naszym kraju i Europie, a mam nieodparte wrażenie, że zmierza ona w coraz gorszym kierunku.

    Jakie mogą być cele, które są możliwe do ugrania przy tej okazji? Kto odgrywa w tym spektaklu rolę „pożytecznego idioty”? Dla unijnej polityki oczywiście ci, którzy nie będąc zmuszeni do jakichkolwiek działań ogłaszają (werbalną tylko) deklarację pomocy dla uchodźców i to na nich z kolei spadają gromy od oportunistów i izolacjonistów (ja wiem, to brzmi jak bolszewickie epitety, hehe). Mówią w imieniu państwa, które uzurpuje sobie prawo do podejmowania decyzji w imieniu całego społeczeństwa. Pełnią funkcję socjalistów-internacjonalistów, są podporą dla idei takiej Unii Europejskiej, która z poszczególnych krajów tworzy republiki zależne, a z instytucji centralnych faktyczne ośrodki decyzyjne i prawodawcze. Ten socjalizm, nawet w oparciu o liberalny bełkot, jest faktem, ale nie trzeba być fanem Korwina, by to zauważyć. To problem poważny, pokazujący całkowity niemal brak lokalnej autonomii.

    Obok tego nurtu coraz silniejszy staje się socjalizm narodowy. Nikt oczywiście w swej antylewackości nie przyzna się do tego, ale z tego umiłowania do centralizacji, chęci nacjonalizacji banków czy różnych gałęzi przemysłu, wizji wyrzucania obcych podmiotów gospodarczych lub ich odwetowego opodatkowania, silnej, policyjnej władzy wynika dokładnie to: dążenie do jakiejś odmiany socjalizmu, patriotyczno-narodowego (i religia tego nie uratuje, Ameryka Płd. pokazuje jak godzić komunizm i katolicyzm). To drugi „pożyteczny idiota” w tym spektaklu, bowiem kilka tygodni przed wyborami cała „antysystemowa” opozycja miota się nerwowo w sprytnie podsycanym zastępczym temacie, a tacy ludzie jak Kukiz sami już nie wiedzą co o tym mówić, by dobrze wypaść w tej trudnej koniunkturze politycznej. Tak „atrakcyjnej” sytuacji dawno w Polsce nie było, sytuacji, która udaje „zagrożenie zewnętrzne” mogące usprawiedliwić kolejne kroki prowadzące w stronę państwa totalnego. Nawet wojna na Ukrainie tego nie zrobiła, ani te dziesiątki tysięcy czeczeńskich uchodźców. Państwo mundurowe demontowane powoli ze zwykłych przyczyn ekonomicznych nagle ma doskonałą sytuację by móc się odrodzić: ABW i Agencja Wywiadu dostały teraz wielomilionowe celowe dotacje, podejrzewam, że ich budżety wzrosną już planowo w przyszłym roku, jak i struktury Straży Granicznej. Kto się przemieszcza teraz po Polsce drogami ten wie – samochód może być skontrolowany obecnie przez patrole SG w jakiejkolwiek części kraju, to się teraz po prostu dzieje, widziałem to. I w takiej nakręconej spirali strachu przez ciągłe mówienie o terrorystach poparcie dla takich działań rośnie w sposób całkiem naturalny, państwo totalne rośnie bez specjalnych oburzeń i wątpliwości, z przyzwoleniem a nawet wytęsknieniem. A co czytamy w gazetach? To, co „pożyteczni idioci” już nakręcili, pojawia się w pierwszej lepszej gazecie - w ramach komórki do walki z cyberprzestępczością funkcjonariusze monitorują strony internetowe i jeśli znajdą podobne („rasistowskie” – przy. mój) opinie, wszczynają czynności. I tak już zostanie, raz uruchomione mechanizmy nie zostaną zatrzymane i nie łudźmy się, że będą dotyczyć tylko „rasistów”, już przykład Kelthuza pokazał, że z każdego niemal można przygotować wroga systemu z dowolnie przyprawioną gębą. Mechanizm kontroli działa na rzecz państwa bezideowego. „Uchodźcy” raczej nie będą chcieli zostać u nas w kraju, bo są to w większości imigranci socjalni odbywający pielgrzymkę po zachodnioeuropejskie, a nie polskie zasiłki, ale my zostaniemy w kraju, który zamienia się powoli właśnie w państwo totalne. A wielu z tych, którzy mienią się „antysystemowcami” z chęcią zostałoby cywilnymi choćby funkcjonariuszami Nowego Systemu.



16:10, a_maciek
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 21 września 2015
Projekt wydawniczy - biografia Rothbarda

    Ciekawy projekt wydawniczy Stowarzyszenia Libertariańskiego, który warto wesprzeć – jest to projekt zbiórki pieniędzy na wydanie biografii Murraya Rothbarda w języku polskim. Dla mnie, jako osoby, która przed laty angażowała się w różne inicjatywy wydawnicze, pomysł, by nie czekać na zainteresowanie (które i tak zazwyczaj się nie pojawia) jakiegokolwiek wydawnictwa i samemu wydać to na co ma się piekielną ochotę – jest naprawdę rewelacyjny. Dlatego wsparłem i namawiam przy okazji wszystkich:

polakpotrafi.pl - wydanie biografii Rothbarda

    A przy takiej okazji warto przypomnieć, że w 1991 roku kieleccy anarchiści byli współwydawcami broszury Murraya N. Rothbarda „Społeczność bez państwa”, czyli wtedy, gdy większość obecnych libertarian kucała jeszcze w piaskownicy;)





18:29, a_maciek
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 września 2015
„Otwórzcie kilka trupów” – dziś otworzyłem lokalną gazetę…

    Jak wygląda kampania wyborcza w naszym lokalnym dzienniku „Echo dna”? Biorę do ręki skalpel i otwieram tego trupa, przyglądam się uważnie - jego trzewia wypełniają mordy, ryje, pyski. Zupełny zanik obietnic, nie wspominając już o programie wyborczym. Istny gabinet osobliwości, monster-salon. Dobrze ubrane potwory.

    Na pierwszej stronie wita nas nieśmiało pan, charyzmatyk, który usiłuje wmówić, że głosując na jego 35-letnią osobę idziemy za hasłem „Czas na młodość”. Hm… a wszyscy śmiali się z czerwonych studentów i działaczy „młodzieżowych”, którym wiek 35 lat pozwalał na bycie „młodzieżą” w ZMP. Pan powtarza się w pełnym formacie na stronie nr. 3. Zaczynam się go bać. Tym bardziej, że kojarzy się z egzorcyzmami.

    Ze strony 5-ej spoziera przyjaciel chińskiego biznesu, pan, który grozi nam tym, że jest „Świętokrzyskie na oczach Świata”. Nie wiem kim ani czym jest Świat. Może pan z PO grozi nam najzwyczajniej inwigilacją? To prawdopodobne.

    Za to na stronie 6 wreszcie coś, co mnie przekonuje: pan, który na co dzień zawodowo leje wodę z kranów, tym razem jako członek  SLD, ujawnia, że tak naprawdę jest anarchistą, może nawet anarchoindywidualistą! Jego hasło „Najważniejszy jest człowiek” mówi nam o tym, że w końcu czas zacząć pierdolić rząd, władzę, kościół, partie, podatki, wybory, finansowanie wojen i pomników. Ja jestem najważniejszy, ja jestem swoim właścicielem, „Oto człowiek!”, jak zakrzyknął kiedyś Nietzsche.  No, no, odważna zagrywka, nie sądziłem, że ktoś w końcu się postawi tej bestii, Lewiatanowi!

    Na kolejnej stronie, po sąsiedzku, widnieje pan, któremu chyba nie pozwoliłbym nawet pilnować wycieraczki pod swoimi drzwiami. Nie ufam tej partii wyjątkowo, tym bardziej, że miesza się do mojego życia, grożąc, że jest „blisko ludzkich spraw”. No i ten żałosny tekst początkującego tresera pekińczyków: „proszę o twój głos”. Proszę pana – ja swojego głosu nie oddam nikomu i będę go używał kiedy będę chciał.

    Kilka stron dalej pani, „od urodzenia związana z Mazowszem”, chce związać się mandatem z naszym regionem. Że coś „Dla Ziemi Świętokrzyskiej”, ale nie wiem co, bo nie dopowiedziała. Może w następnej reklamie. Na razie za nią inne rzeczy dopowiada jej osobisty prezes, mentor, przewodnik, palec wskazujący pewnej socjalistycznej partii, która nie wiem czemu, ale twierdzi, że jest prawicowa, może dlatego, że ma w nazwie „prawo”, ale to zwykłe niezrozumienie i przejęzyczenie, nie każdy prawnik jest w końcu prawicowcem, bo program tej partii prawicowy na pewno nie jest.

    Na stronie obok wyluzowany „kandydat z zasadami”, lekko wstydzący się chyba swojej partii, bo jej zielone logo na tej reklamie wyborczej jest białe, dla niepoznaki, umieszczone na odpierdol, z obowiązku. Niestety, nie dowiadujemy się jakież to zasady są, ale może spróbuję zgadnąć: Partia, Stanowisko, Lenistwo?

    Dalej znajduję nekrologi, niestety brak w nich dobrych wieści o śmierci jakiejś partii czy ogólnie demokracji parlamentarnej. Z kolei w imprezowym dodatku weekendowym oprócz postaci, które już wcześniej się objawiły w głównym wydaniu, odnajduję też pana, który mieni się „obrońcą ludzkich spraw”, a któremu już kilka dni temu poświęciłem więcej uwagi. Ale w końcu jest i reklama, która ma tekst! Tytuł głosi „Zawsze PSL”, kilkadziesiąt zdań, no proszę, musieli komuś to zlecić, aż czytam zaciekawiony. Hm, no chwalą się: „zbudowaliśmy”, „pełnimy funkcję”, „wygraliśmy”, „rządzimy”, „dźwigamy”, „stabilizujemy”, partia pyszałków i narcyzów… I po tym wymasturbowaniu się tą wysmakowaną wizją stabilizacji politycznej pada w końcu jedna jedyna sugestia, która nawet nie jest namiastką obietnicy wyborczej: „należy przyciągać inwestorów i tworzyć nowe miejsca pracy”. Czy oni naprawdę liczą na to, że nikt tego nie czyta? Do stu tysięcy trygławów, dlaczego nikt z tych pyszałków nie spróbuje tworzyć miejsc pracy przez obniżanie podatków, likwidację barier administracyjnych i obciążeń kosztowych dla firm, tylko pie*dolą o mitycznych inwestorach, funduszach unijnych i pobudzaniu gospodarki? O tym, na co nie mają praktycznie żadnego wpływu. A ów inwestor z bajki zastanowi się 4 razy, zanim zainwestuje w tym przefiskalizowanym środowisku.

    To nie koniec, są następni. I tu jest smaczek – jest pani znana z mediów jako Małgorzata S., oskarżona o to, co kojarzy się generalnie z partią, w której jeszcze przed chwilą była (choć nie wiem, czy się ostatecznie rozstali), czyli z korupcją i nepotyzmem, tutaj z wymuszonym uśmiechem reklamuje się jako „Kandydatka do Senatu”, zero znaku o tym z jakiej partii przystępowała do tego wyścigu, kto zebrał dla niej podpisy. Wstydzi się być może, tak jak jeden z jej kolegów kilka reklam wcześniej? Poza tym, że poznajemy jej płeć, jako „kandydatkę”, nie dowiadujemy się znowu kompletnie nic. Nawet nie obiecuje, że coś nam „załatwi”.

    Obok pan, który nie wiem czemu, ale już tytułuje się jako „Twój senator” (nie wiem, może twój). Jakoś przed wyborami trudno to stwierdzić, ale jak już nim zostanie to na pewno będzie mój, bo na moim utrzymaniu, pełny serwilizm i gotowość do służenia. I od razu zaglądam na youtube, by przypomnieć sobie kawałek Iggy Pop’a „I wanna be your dog”, no przepysznie.  Na swoją obronę pan z reklamy ma jedynie to, że jest „bezpartyjny i niezależny”. Tak, poważnie, za to ma plusa.

    Na samym końcu gazety pojawia się za to mężczyzna, który umieszcza na swojej reklamie aż trzy zdania i czytam je zszokowany. Pan jest z tej samej listy, z której startuje „Czerwony mecenas” i ma dokładnie taki sam dizajn graficzny reklamy, czyli jako tło lub ozdobę linie, które zazwyczaj widujemy na banknotach. Zdania, które zamieścił prezentuję w całości, jako wyjątek od reguły: „Nie godzę się na to, aby wmawiano młodym ludziom, że nie czeka ich żadna przyszłość w Polsce. Widzę potencjał w każdym człowieku. Potrzeba ideałów, aby zmienić świat.” Nie słucha w takim razie punk rocka, jest w nim coś pozytywnego, no i jako ostatni w tym szmatławcu zamieścił cokolwiek. I to cokolwiek jest smutnym podsumowaniem tej ogólnej wyborczej żałości, ziarenkiem sezamu na talerzu żenady.



11:41, a_maciek
Link Komentarze (1) »
środa, 09 września 2015
„Otwórzcie kilka trupów” – czyli kielecki baner czerwonego mecenasa

     „Otwórzcie kilka trupów” to tytuł jednego z rozdziałów książki M. Foucault „Narodziny kliniki” i nijak ma się w temacie do tego o czym napiszę. Ale tytuł mi się podoba, bo mam nadzieję, że rozpocznie krótki przedwyborczy cykl klinicznej analizy lokalnych politycznych trupów. Dzisiaj na stół do wiwisekcji zaprosiłem baner wyborczy p. Andrzeja Szejny z kieleckiego SLD i jego czerwone ciało.

     Baner byłby banalny, gdyby nie to w jaki sposób z offu do nas przemawia. Zaczyna się od akcentu, kim jest ów pan: „mecenas”. To o wiele rzadszy tytuł niż byle jaki dr czy inż., takich są na pęczki, ma budzić więc zaufanie, szacunek, szczególnie w trójkącie znaczeń z innymi słowami: mecenas – obrońca – sprawy. Nie jest mi jednak znana żadna sprawa, w której broniłby „naszych spraw”, zdecydowanie bardziej kojarzy mi się z mało sympatyczną partią, partyjną ideologią i festynami z kiełbaskami. Jest jeszcze jeden szczegół na banerze, mający chyba działać na naszą podświadomość – przez kilka chwil nie wiedziałem o co chodzi, dopiero w sklepie płacąc banknotem skojarzyłem. Otóż tłem baneru są linie biegnące łukami, przecinające się prostopadle, nawiązujące do tych, które znajdują się na banknotach, sam bohater baneru kojarzyć się powinien zatem z bogactwem i sukcesem. Sprytne i żenujące. Szkoda tylko, że nie broni „naszych potrzeb”, może byłoby więcej szaletów publicznych.

     Dorobek pana „Mecenasa”? Kojarzę niejednoznaczną postawę wobec budowy w Dolinie Rospudy, która wskazywała raczej na popieranie rozwiązań budowlanych, a nie ochrony przyrody, kojarzę też zarzucanie Gruzji rozpoczęcie militarnego konfliktu z Rosją. Wszyscy powinni za to pamiętać zaproszenie jakie wystosował p. Szejna dla rosyjskich motocyklistów z Nocnych Wilków, by w drodze do Berlina przejechali przez ziemię świętokrzyską. Ale już cała Polska zapamiętała zapewne pana „Mecenasa” z pewnego momentu w trakcie kandydowania w zeszłym roku do Parlamentu Europejskiego, gdy wykonał performance o zapachu śmierci. Postanowił wykorzystać taktykę Komitetu Obywatelskiego z 1989 roku, gdy kandydatom sukces zapewniało zdjęcie z Lechem Wałęsą, takoż i Andrzej „Mecenas” postanowił sobie zrobić zdjęcie z umierającym Wojciechem Jaruzelskim. Zrobił, pochwalił się i w chwilę potem zebrał na siebie wiadro pełne pomyj. Zapach został do dzisiaj, nie pomaga zmiana garniturów.

     Jakiś program? Znam jedno hasło - „Szkoły budować, księży opodatkować” i  boję się takiej retoryki, typowo komunistycznej, by nie rzec wręcz, że leninowskiej. Zniszczyć kułaków (czyli księży) i wybudować kolejne architektoniczne pomniki obecnej władzy, jakby nieco w nawiązaniu do akcji z lat 60-tych, gdy budowano 1000 szkół na tysiąclecie „państwa polskiego” (tak wtedy obowiązywało nazewnictwo, ani słowa o chrzcie Polski), już nie wspominając o tym, że tkwimy w lekkim dołku demograficznym, skąd więc pomysł na te szkoły? Niepokoi mnie w tym haśle jednak bardziej to: „opodatkować księży”. To brzmi jak „opodatkować każdego, kto nie płaci podatków”, wykorzystać aparat represyjny państwa do uciśnięcia fiskalnie każdego, kto nie budzi sympatii p. „Mecenasa”, równie naturalnie w jego ustach brzmiałoby „opodatkować myśliwych i żonglerów”. A, nie, myśliwi to jego koledzy, to nie bardzo, więc trzeba opodatkować księży, żebraków, żonglerów, zbieraczy jagód i korepetytorów. Czyż nie wystarczyłoby po prostu nie finansować z budżetu takich prywatnych przedsięwzięć jakim jest stowarzyszenie religijne zwane kościołem?  Zostawić ich, by razem z wiernymi walczyli o przetrwanie bez dotacji na takich zasadach rynkowych, na jakich funkcjonują kluby muzyczne, teatry czy muzea prywatne, szkoły tańca, szkoły językowe, galerie sztuki etc. - to dla mnie podobny sort. No chyba, że mecenasowi chodzi o podatek od nieruchomości, bo tego kościół faktycznie i niesłusznie nie płaci, natomiast duchowni płacą normalnie podatek zryczałtowany, lub pracując na etacie podatek dochodowy (niestety w szkołach i szpitalach publicznych czy też w państwowym więzieniu i wojsku, a to już ból). Tak czy inaczej mecenas i jego baner są nudni jak te kiełbasiane festyny, na których się namiętnie fotografuje.



19:02, a_maciek
Link Komentarze (1) »
sobota, 05 września 2015
Nie zachęcam, nie zniechęcam

    Jak napisać o referendum dzisiaj nie łamiąc prawa, skoro nie można zachęcać ani zniechęcać do jego udziału? Pytania są znane, interpretacje ich znaczenia wielu ludziom również są znane, choć nie są tak oczywiste. Mniej znane są konsekwencje zależne od wyników. Mi chodzi po głowie taka formuła napisania o tym teraz – pytania niekoniecznie z odpowiedziami.

    - Czym różni się referendum od wyborów przedstawicielskich? Eliminuje przede wszystkim pośrednictwo władzy ustawodawczej, to oczywiste. Dla jednych to zaleta, dla innych to wada, stąd jedni pójdą na referendum, inni nie. Wady pośrednictwa są chyba oczywiste, niestety dość smutną jego zaletą jest zwolnienie z myślenia jak i złuda bezpieczeństwa w przypadku posiadania kogoś, kto jest „reprezentantem”.

    - Czemu referendum staje się wiążące dopiero przy osiągnięciu 50% wymaganej frekwencji? Nie wiem, przy wyborach wszelkiego rodzaju wystarczy, że zagłosują na siebie sami kandydaci i już staje się ważne, no chyba, że odbywa się to np. we Francji, gdzie jest wymóg zdobycia określonego procentu głosów osób uprawnionych, a nie głosujących (ciekawa i prosta prezentacja nt. różnego rodzaju odmian ordynacji TUTAJ). Co z tego wynika? Czy państwo zachęca do udziału w referendum czy zniechęca do ich organizowania?

    - Czy pomysł rzucony przez pewnego pana nazywanego przez wielu „naszym prezydentem”, by referendum było organizowane obligatoryjnie, gdy zostanie zebrane milion podpisów to dobry pomysł? Zdecydowanie tak, przynajmniej powstałaby jakaś jasna zasada jego organizacji, a nie tak jak teraz, gdy jest to uzależnione od widzimisię Sejmu, który jak by nie było jest beneficjentem układu przedstawicielskiego. Bo co by było, gdyby w referendum padło pytanie np. o rozwiązanie Senatu? Nasz kielecki przykład pokazuje, że referendum nie działa w kwestiach niewygodnych dla urzędującej władzy, jak to było przy okazji próby likwidacji Straży Miejskiej w Kielcach przez grupę inicjatywną ze Stowarzyszenia Kielce Nasz Dom, gdy listy z podpisami w sprawie organizacji takiego referendum zostały niemal dosłownie spłukane w kiblu decyzyjnym przez panów Lubawskiego i Boguckiego.

    - Jaka jutro będzie pogoda? I tak wyjdę z domu. Dowód noszę z przyzwyczajenia, jak wytresowany pies Pawłowa, z bólem przyznaję, to chyba jeszcze pozostałości po latach 90-tych i tych czasach, gdy bywałem intensywniej częstowany mandatami za usiłowanie lub spożywanie alkoholu w miejscach publicznych. Gdy posiada się przy sobie dowód mniej się traci czasu na potwierdzanie tożsamości, szczególnie gdy próbują to robić niezbyt ogarnięci strażnicy miejscy.



14:40, a_maciek
Link Dodaj komentarz »
piątek, 04 września 2015
SYNDROM MIASTA, KTÓRE UCISKA

    Ominął mnie perwersyjny zaszczyt opisywania na gorąco tych wszystkich smacznych zdarzeń, wypowiedzi i uniesień, które można było tutaj, w Kielcach, zaobserwować w ciągu ostatnich miesięcy. Odbyła się choćby krwawa werbalna batalia o zapewnienie bytu socjalistycznemu klubowi piłkarskiemu „Korona”, wraz z przekomarzaniem się, unikami, przekłamaniami i ukrywaniem dokumentów - to naprawdę jest  mrożąca krew w żyłach historia i ona wciąż trwa za kulisami innych bitew (sesja poświęcona sprzedaży udziałów w „Koronie” ma się odbyć 10 września). Nie doczekała się żadnego zakończenia, przedłużono tylko byt tej quasi-sportowej instytucji kolejną kilkumilionową dotacją z kieszeni podatników- bo dla mnie, skoro grają tam zawodowcy, jest to raczej forma widowiska niż sportu, jako fizycznej rywalizacji; jedyną motywacją, choć faktycznie opartą na sukcesach, jest kasa, a o formie fizycznej klubu i dyspozycji piłkarzy decyduje budżet klubu.  Jedna z takich bitew, z której nie mieliśmy żadnej rzetelnej relacji, rozegrała się w Chinach – kieleccy włodarze i lobbyści polecieli tam walczyć (kolejny raz) o chiński kapitał. Wraz z żonami, na przykład. Czy w takim razie język chiński po kilku latach nieobecności (jeżeli ktoś nie zwrócił na to onegdaj uwagi, to zmarnował życie – była taka wersja strony Urzędu Miasta), wróci na oficjalną stronę UM Kielce jako trzeci, po polskim i angielskim? Kto wie. Tylko czy w obliczu ostatniego blamażu, gdy okazało się na spotkaniu z chińskimi biznesmenami, które odbyło się w Kielcach, że nie znaleziono wspólnego języka, gdyż ani tłumaczenia z polskiego na chiński, ani z polskiego na angielski, a potem na chiński, nie udawały się, to czy w takim razie nasi potencjalni mandaryńscy partnerzy biznesowi zrozumieją co mamy do powiedzenia na temat własnego miasta?

    Inna cicha wojna toczy się w Obicach, gdzie walczą separatyści lotniczy, o swoje własne lotnisko, a celem walki jest wcale nie to lotnisko, a kilkaset milionów PLN, którymi można by zarządzać, zanim się je zbuduje! Tematyczna spółka miejska wciąż działa, po cichu, niemal w konspiracji, trwoniąc nasze pieniądze - wciąż zlecane są ekspertyzy, wciąż trwają badania rynku – ofensywa idzie powoli, ale trwale. Możemy tylko zazdrościć pracownikom tej spółki, ech, sielskie życie…

    Gorzej zdecydowanie mają ci, którzy handlują na kameralnych bazarach na ul. Mielczarskiego  - nie mając ciepłych etatów ani nie mając umocowania rodzinnego w instytucjach samorządowych zostali postawieni przed groźbą eksmisji z ich miejsca pracy. Na razie zgodzili się wstępnie na warunki narzucone przez miasto i na gwarancję możliwości handlu do końca roku. Urzędnicy mają gwarancję pracy aż do swojej emerytury, potem ich miejsca będą mogli zająć członkowie ich rodzin, dziedzicznie.

    W międzyczasie okazało się, że pomnik Wielkiego Józefa i Jego Konia, który został usadowiony na pl. Wolności, nie do końca był finansowany z dobrowolnych datków obywateli i firm. Współfinansowały go bowiem spółki i instytucje samorządowe i to w kwocie po kilkadziesiąt tysięcy każda – Targi Kielce, MPEC, PUK, Wodociągi Kieleckie, kieleckie starostwo powiatowe i urząd marszałkowski. Poniekąd więc każdy mieszkaniec miasta, powiatu a nawet i województwa przyczynił się do chwały komitetu, który zainicjował budowę pomnika. Bo kogo obchodzi pomnik? Promile społeczności. Prawdziwym beneficjentem jest ów komitet, którego członkowie mogą sobie to teraz dopisać do zasług, upubliczniając to przed kolejnymi wyborami.

    Popłynął też temat niefunkcjonującej w praktyce autobusowej pętli przesiadkowej na Bukówce, która podobnie jak kontrowersyjna budowa najdroższych przystanków świata, jest współfinansowana z dotacji unijnych. I to chyba jest największy ból systemu – największą i najdroższą głupotę można sfinansować z „niczyich” pieniędzy; trudno napiętnować kierownictwo MZD czy kogokolwiek za to, że korzystają z tego, co podsuwają im rozwiązania systemowe, no chyba, że za paserstwo, przejadanie kasy zagrabionej podatnikom. Kto jest bowiem właścicielem tych już odebranych podatnikom pieniędzy lub ich docelowym odbiorcą? „Nikt” czy ten kto je pierwszy „zagospodaruje”?

    Przy okazji tego, że Lubawskiemu popsuło się słynne służbowe audi w Szwajcarii (!) dowiedzieliśmy się ile kilometrów pokonują kieleccy urzędnicy służbowymi samochodami i ile nas (!) kosztuje paliwo do nich. I nie są to małe wydatki. To kwestia, która staje się zaczynem na większe dywagacje, wynurza się bowiem pytanie kto jest właścicielem tych samochodów? Na pewno nie plenipotent Lubawski, nasz bohater z betonu. Ale o tym kiedy indziej.

    Plenipotent Lubawski stał się bowiem właśnie bohaterem betonu, obrońcą jego relaksacyjnych i wypoczynkowych właściwości. Stał się zbrojeniem tej konstrukcji decyzyjnej, która kilka tygodni miastu narzuciła podstawę  do zakazu siadania na trawie w parku Letniemu Klubowi Śniadaniowemu, a która zaraz potem nasłała patrole tej słynnej, bezwzględnej i posłusznej miastu, a nie obywatelom, Straży Miejskiej na ludzi siedzących przed kinem letnim klubu „Bohomass Lab”, by zmusić ich do zejścia z trawników. Wielka historia, inspirujące protesty mające potencjał, podobny niemal do tego, który poruszył Paryż w maju ’68. Cóż, zbyt wiele tu szczegółów i detali, jak choćby kuriozalne wypowiedzi p. Lubawskiego i jego prawej ręki p. Gruszewskiego, by móc to ogarnąć w kliku zdaniach – przez internety zostało już wylane tyle na ten temat, że chyba cokolwiek na temat bym wspomniał byłoby powtórzeniem.

    W każdym bądź razie miasto nie przestaje dociskać swoich obywateli do betonu, nie zamierza odpuścić kuriozalnych inwestycji, nie zakończyło wycinania drzew, nie zaczęło się przejmować tym, co mówią nie tylko obywatele, ale i radni, jak p. Wojda na którejś z sesji. Nikt nie wyszedł z politycznego kręgu zależności, który został scementowany swego czasu po przejęciu władzy przez Porozumienie Samorządowe p. Lubawskiego, ten przypadek jest coraz bardziej kliniczny i w nawiązaniu do tego jedną z najbardziej rozczarowujących wiadomości ostatnich tygodni była ta, że Świętokrzyskie Regionalne Centrum Analiz i Studiów Strategicznych jako inicjator referendum o odwołanie prezydenta Lubawskiego, został zmuszony przez PKW do zaniechania realizacji tego pomysłu przy okazji październikowych wyborów parlamentarnych. Ale inicjatywa przechodzi na pierwszą połowę 2016 roku. Niech się w końcu stanie!



21:32, a_maciek
Link Komentarze (2) »
czwartek, 04 czerwca 2015
"Antysystemowe" nadużycie

    Po pierwszej turze wyborów zostałem zapytany „czemu nie głosowałem”, z takim lekkim rozczarowaniem, że „było na kogo w końcu oddać głos”, że mój głos i inne, od ludzi, którzy olali te wybory, mimo chęci „zmiany systemu”, mogłyby przeważyć szale i przełamać układ. Było kilku kandydatów promowanych jako „antysystemowych”, a wśród nich Kukiz jako postać, która, trzeba przyznać, przełamała polską politykę w dość nieszablonowy, antypartyjny sposób. Tyle, że ja wciąż za układ uważam także te działania, które go stabilizują czy uwiarygodniają, a więc i same wybory, demokrację przedstawicielską w całości. Chadzam jedynie (bo nie jestem aż tak ortodoksyjny) na wybory samorządowe, tam są niejakie szanse na wpływ na wynik jak i na obserwowanie tego, co dzieje potem się z wybranymi „przedstawicielami”. Chodziłbym zdecydowanie na referenda, gdyby były organizowane.  A wciąż powtarzam przy okazji każdych wyborów, jak mantrę, swoje niemal wytatuowane przesłanie wyborcze: „Nie biorę współudziału”. Czy głosowanie na „antysystemowych” kandydatów nie jest dokładnie takim samym sposobem na rozwalenie systemu od środka, jak ten, który Kukiz w młodości chciał zrealizować, chcąc wstąpić do milicji? I wbrew tym obiegowym nazwom, narzuconym przez zbuntowanych, niepogodzonych i oburzonych wyborców, chyba jedynym antysystemowym kandydatem paradoksalnie był ten z ramienia Demokracji Bezpośredniej.

    Tak, sam uległem tej chwilowej emocji, jaką wywołała fala dyskusji o JOW-ach, zostałem zakręcony przez falę wywołaną przez tajfun Kukiza, myślałem przez chwilę o tym w kategoriach zaintrygowania, trzymając kciuki za wywołanie szerszej dyskusji, a skończyło się na wzruszeniu ramionami po przyjrzeniu się tejże fali. To wzburzenie w polityce, w ideologii demokracji porównuję do wywołania fali na Gangesie:  wyobraźcie sobie, co przyniesie fala z rzeki, do której wpadają ścieki i śmieci z kilkudziesięciu hinduskich miast – to samo, co przewrócenie na bok kosza ze śmieciami polskiej polityki. Widzieliśmy to już kilka razy, obserwując menażerię z partii Tymińskiego, AWS, „Samoobrony” czy Twojego Ruchu. Wystarczy popatrzeć teraz na to, kto chce zawłaszczać Kukizowe błogosławieństwo, kto chce zmonopolizować ideę JOW-ów, w jakim kierunku zmierzają te oddolne inicjatywy. Nie znaczy to, że ludzie nie umoczeni w dotychczasowej zawodowej polityce są gorsi, znaczy to tylko tyle, że w tym szambie odławiać perły chce więcej zdesperowanych fanów etatyzmu.

    Co mogą zmienić JOW-y w praktyce politycznej? Nie są w swej idei w ogóle antysystemowe, są restauracją systemu, jego pozytywistyczną wizją i to nawet nie antypartyjną. Partie w erze jednomandatowych okręgów zmienią jedynie formułę marketingu, zreformują taktykę walki o mandaty, a i tak zostaną najpoważniejszym graczem w tej walce. Nie zmieni się w żaden rewolucyjny sposób funkcjonowanie całego „systemu” przedstawicielskiego, gdyż wysiłek nie idzie w tą stronę, w kierunku jego ograniczenia, a jedynie do usprawnienia zarządzaniem państwem i jego zasobami ludzkimi. Chyba, że nie rozumiem pojęcia „antysystemowe”, stworzonego pod jakąś tezę, której nie ogarniam, bo dla mnie nawet radykałowie z ONR, jakichś ugrupowań lewicowo-narodowych promujących Trzecią Drogę, maoiści, KPP czy inne grupki lewicowe są pro-systemowi. Istnieje jeszcze jedna wersja pochodzenia epitetu „antysystemowy” – być może nie tyle stworzony, co wypromowany sporym wysiłkiem został przez mainstreamowe media w stosunku do kandydatów i ugrupowań niewygodnych dla wizerunku poukładanej polityki parlamentarnej i z pełną wiarą przechwycony przez większość zainteresowanych tym tematem. Bo brzmi to groźnie, pozbawia ich pewnej praworządnej wiarygodności, odsuwając jednocześnie od „odpowiedzialnej” polityki. Być może.

    Zupełnie inną sprawą jest czas przed referendum, w którym będziemy mogli wyrazić swoje zdanie na temat JOW-ów i finansowania partii politycznych i to też jest dla mnie bardzo ważne wydarzenie, popieram jakąkolwiek formę organizacji się przed tym głosowaniem, by wynik był „ZA” i „PRZECIW”. Nawet jeżeli w tym chaosie i licytowaniu się, kto jest bardziej uprawniony do reprezentowania idei poparcia JOW-ów albo startowaniu w jesiennych wyborach z namaszczenia samego Kukiza, znaleźli się moi szanowni koledzy libertarianie. A może i dobrze, jest szansa, że w tym środowisku oburzonych na partyjne państwo znajdą się tacy, którzy zastanowią się czy w ogóle jakiekolwiek państwo jest im potrzebne. 

(edit): Dostałem od serdecznego kolegi linki do bardzo ciekawej lektury, zbiegiem okoliczności akurat na czasie tego wpisu. Słynny po Owsiakowym procesie Matka Kurka publikuje 2 teksty dotyczące Kukiza i jego towarzystwa, nieco demaskując pewnego rodzaju zaplecze sceny na której obraca się Paweł Kukiz i nawet jeżeli część z tego jest naciągana lub jest osobistą interpretacją to naprawdę warto przeczytać: 'Zacznijcie się śmiać z „antysystemowego” Kukiza, bo za chwilę będziecie płakać!' oraz '„Ja Wam wszystko wyśpiewam” – Pawełek Kukiz, czyli Jurek Owsiak i „róbta co chceta” II'

14:57, a_maciek
Link Komentarze (2) »
niedziela, 10 maja 2015
Libs.tv

W końcu jest dostępna strona, która jest efektem pracy kilku osób z Kielc zainteresowanych wolnościowymi ideami. Warto zaglądać, bo projekt internetowej, publicystycznej telewizji promującej taką ideologię jest ciekawy i w dodatku wolny jest od ciśnienia znanego z wielu forum dyskusyjnych. Zapraszam:

17:10, a_maciek
Link Dodaj komentarz »
sobota, 02 maja 2015
Straż Miejska nigdy nie znika, znika tylko nazwa

   Media lokalne przenoszą różne śmieci, niczym komary malarię, ale wśród nich są i ciekawe informacje nie wypływające na szersze morza medialnej kloaki. Tym razem, na przestrzeni zaledwie dwóch tygodni, pojawiły się dwie informacje o tej samej tematyce, będące niejako pokłosiem zeszłorocznych wyborów samorządowych. W dwóch miastach województwa świętokrzyskiego podjęto decyzję o likwidacji Straży Miejskiej, formacje te zniknęły bowiem z ulic Pińczowa i Skarżyska Kamiennej. Szok - władza rezygnuje z bardzo widowiskowego atrybutu, z mundurowego symbolu władzy samej w sobie, jej czystej formy. I przy okazji niedowierzanie, bo czy na pewno? W tych miastach były to instytucje, które zatrudniały kilkanaście osób, wydawałoby się, że jest to decyzja ukazująca jakąś reformę władzy, poważne cięcie i przełamanie struktur. Władze samorządowe bez swoich etatowych mundurowych funkcjonariuszy zyskują pozytywnie w oczach wielu ludzi, bo znika skojarzenie z represjami – ściganie mandatami z fotoradarów, za handel owocami na chodniku czy za parkowanie. Znika niekompetencja i przerost formy nad treścią, jaką dla władzy jest pomoc ludziom, a nie ich nękanie.

   Niestety, gdy przyjrzymy się bliżej tej sytuacji, to w obydwu miastach znikają tylko formacje mundurowe, najprawdopodobniej nie zniknie natomiast sama zasada represyjnej taktyki władz lokalnych. Zresztą odwołując się do definicji funkcjonariuszami są wszyscy urzędnicy, Straż Miejska jest tylko mundurową formacją urzędniczą wyposażoną w radiowozy, pałki i bloczki mandatowe. W Pińczowie zostało oficjalnie zapowiedziane, że etaty nie znikną, zmienią tylko przynależność, bo i funkcje, jakie będą mieli wypełniać te zostaną bez mian. Będą wiec wciąż kontrolować i wystawiać mandaty jako urzędnicy – „Zadania straży przejmą inspektorzy z urzędu”. W Skarżysku rozwiązania są jeszcze bardziej ukryte – „dotychczasowe zadania SM przejąć ma Biuro Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego Urzędu Miasta w Skarżysku-Kamiennej.” Pracownicy tegoż będą się zajmowali „egzekwowaniem prawa miejscowego”. Poza tym inna część planu wygląda tak: „władze chcą wprowadzić  leasing pracowniczy i planują zatrudnienie w Starachowicach kilku strażników ze Skarżyska.  Byliby oni oddelegowani do  pracy w Skarżysku. W każdej kontroli ze strażnikiem miejskim uczestniczyłby urzędnik z Wydziału Gospodarki Komunalnej. Strażnik zabezpieczałby pewne czynności, do których uprawnień nie ma urzędnik”. Czyli – Straż Miejska nie znika z ulic Skarżyska!

   W Kielcach wciąż pamiętamy arogancję, jaką wykazały się ówczesne władze Kielc z panem Boguckim jako wyrazicielem woli także p. Lubawskiego, odrzucając pomysł zorganizowania referendum nt likwidacji Straży Miejskiej w Kielcach, mimo złożonych kilkunastu tysięcy podpisów. Wniosek nie został nawet przedłożony na obradach Rady Miasta. [pisałem o tym wtedy TUTAJ] A co się dzieje w innych rejonach Polski? W Stalowej Woli zlikwidowano SM 6 lat temu - Nie ma żadnej różnicy porównując okres przed i po likwidacji. Nie ma problemów z kwestiami, którymi zajmowała się Straż Miejska, bo te obowiązki po prostu przejął Miejski Zakład Komunalny - wyjaśnia burmistrz Stalowej Woli Andrzej Szlęzak. - Przykładowo, jednym z obowiązków Straży Miejskiej było wystawianie mandatów osobom nielegalnie handlującym na ulicach. Niestety, korzyści płynące z wpływów z mandatów były zupełnie niewspółmierne do kosztów utrzymania funkcjonariuszy. Z kolei w Przemyślu inicjatywa referendalna została zahamowana proceduralnie – zakwestionowano ponad 20% złożonych podpisów. W Jaśle w lutym tego roku udało się doprowadzić do referendum, w którym 92% oddanych głosów było za likwidacją, niestety frekwencja była zbyt mała i referendum stało się nieważne.

   EDIT (10.05.2015): Jest już dalszy ciąg serialu o Straży Miejskiej – kolejny odcinek jest o tym, że 30 kwietnia podjęto decyzję o likwidacji tej instytucji w Szydłowcu w woj. Mazowieckim. Powód – finansowy. Okazało się, że jako instytucja prestiżowa kosztuje po prostu zbyt wiele, a „bezpieczeństwo”, które oferuje będzie się dało zapewnić przerzucając jej kompetencje na zwykłych urzędników czy policję.  O wiele łatwiej będzie też się dało ukryć koszty przerzucając je w kilka miejsc, do różnych wydziałów urzędu miasta czy przez świetnie zakamuflowany outsourcing. Być może jest to też decyzja polityczna, ale to już nieistotne – jak widać da się żyć bez straży miejskiej.

   A bardzo dobrym komentarzem ostatnich dni jest artykuł o tym, jak w Kielcach Straż Miejska przegrała sprawę w sądzie przeciw kierowcy, a na dodatek nabawiła się problemów, gdy okazało się, że nagminnie łamią prawo używając nielegalnych przyrządów pomiarowych, czyli „kroków’! CZYTAJ



18:17, a_maciek
Link Dodaj komentarz »
sobota, 10 stycznia 2015
Satyra jako wróg. Słowo jako wróg.

   Reakcje całego cywilizowanego łacińskiego świata (nie spotkałem się z żadną np. z Azji, więc nie wiem jak oni to komentują) na atak islamskich terrorystów na paryską redakcję satyrycznego pisma "Charlie Hebdo" są jednoznaczne, pełne zrozumiałego oburzenia i gniewu. Niewielu próbuje wnikać w twórczość tej gazety czy poziom jej satyry, być może porównywalnej do polskiego Urbanowego „NIE”, bo nie ma to nic wspólnego z samym bestialskim aktem. Dziennikarze tego czasopisma dla atakujących byli zapewne uosobieniem funkcjonariuszy antyislamskiego systemu wartości, zostali zresztą na równi potraktowani jak żołnierze NATO w Afganistanie czy krajach Bliskiego Wschodu czy też policjanci, jak choćby ci z Francji, zabijani z zimną krwią. Używanie tego zwrotu „funkcjonariusz” w stosunku do osób nie noszących munduru jest dość powszechne, sam to robię, używam tego jako epitetu. W Polsce za „funkcjonariuszy” uważa się np. dziennikarzy TVN czy „Wyborczej”.

   Wielokrotne morderstwo spowodowane były tylko i wyłącznie tym, że na karykaturach obrażano religię islamu, szydzono z burek, hidżabów i samego Mahometa, z tego tez powodu toczyły się przeciw nim sprawy o propagowanie rasizmu, zakończone wygraną przez gazetę. Szyderstwo, kpina, satyra – ci dziennikarze stali się ofiarami swojej ekspresji, a przede wszystkim braku dystansu i poszanowania dla wolności wśród islamordystów. Przenieśmy  się teraz z Paryża o 1600 km na wschód, do Kielc. W sierpniu 2014 roku zapadł w tym mieście wyrok skazujący na Kelthuza, artystę, śpiewającego publicystę, człowieka prowadzącego od lat krucjatę przeciwko zamordyzmowi i totalitarnym zapędom różnych środowisk. Wyrok jest drastyczny – to wyrok pozbawienia wolności, choć jest to 240 godzin prac społecznych przez 6 miesięcy, to może być bardziej uciążliwy niż jednorazowe, 10-cio dniowe uwięzienie. Sąd nie zgodził się na karę finansową, chodziło zdecydowanie o upokorzenie oskarżonego, zmaltretowanie go, stłamszenie i w efekcie, jak napisano w uzasadnieniu wyroku, „przewartościowanie swojego sposobu myślenia”.

   Co to ma wspólnego z paryską masakrą? Satyra jako wróg. Słowo jako wróg, wolność wypowiedzi jako wróg. Nie zajmujemy się analizą poziomu satyry prezentowanego przez Kelthuza, ani na przesłanie, nikt też nie próbował takiej analizy robić wobec francuskich rysowników. Ale słowa z wyroku sądu są niepokojące: „Niepodobna w którejkolwiek części tych utworów odnaleźć elementów satyry, choćby cienia przytyku zakończonego, zabawną, celną pointą. (…) Sąd w żaden sposób nie może uznać, (…) że te teksty zawierają choć jeden element, który pozwalałby uznać je satyrę aktualnej rzeczywistości a już na pewno nie sposób dostrzec takiego celu w tych utworach.”  - Sędzia K. Czyżewski, uzasadnienie wyroku ws. Kelthuza, [pisownia oryginalna]

   Rozprawa apelacyjna Kelthuza odbędzie się 3 lutego 2015, g. 11:00, sala XXVI, Sąd Okręgowy w Kielcach, ul. Seminaryjska 12A.



12:47, a_maciek
Link Komentarze (3) »
niedziela, 28 września 2014
Latem obrodziły kamery w mieście…

   To było oczywiście do przewidzenia, że wraz z pomnikiem Józka „Wielki wąs” Na Koniu pojawi się czujne elektroniczne oko, które będzie pilnować, czy przypadkiem ktoś nie profanuje wizerunku tego bezzębnego rewolwerowca. Plac Wolności był dotąd jednym z ostatnich miejsc w centrum miasta wolnym od inwigilacji miejskiego monitoringu, niestety ironia nazwy tego miejsca nabrała teraz nowego wymiaru. Kiedyś to miejsce zwane było Placem Obrońców (a rzadko ktoś wymawiał pełną nazwę, czego bronili owi obrońcy) i dziś to miejsce ma z wolnością jeszcze mniej wspólnego, a raczej właśnie z obrońcami mundurowego porządku. Oprócz kamer stacjonarnych skierowanych na pomnik jest także kamera obrotowa, która sprawia, że już nikt stojący z piwem przed wejściem do „Woora” nie może czuć się zrelaksowany.

   Poruszając się dalej po mieście odkryć można kolejną kamerę (bardzo gustowną zresztą) monitorującą przestrzeń miejską, tym razem pozbawieni intymności zostaliśmy na pl. NMP pod Katedrą. To wydawało się być przesądzone, a wręcz dziwne było, że żadna kamera nie pojawiała się tam tak długo po spektakularnym zabetonowaniu tego placu.

   Ale tak naprawdę sytuacja w inwigilacji miejskiej zmieniła się diametralnie po zamontowaniu kamer w autobusach kieleckiego MPK. W zasadzie nie zwróciłbym na to uwagi, gdyby nie dosyć przytomna wypowiedź funkcjonariusza którejś ze służb, że dzięki  tym kamerom praktycznie monitorowane będzie całe miasto. Każdy autobus ma bowiem zamontowaną kamerę także na zewnątrz, służy ona do obserwowania drzwi do pojazdu, ale w praktyce rejestruje też to co dzieje się tam, gdzie on się przemieszcza. Co prawda rejestrator znajduje się w autobusie i dostęp do danych nie jest ciągły, więc straż miejska, które obsługuje kamery stacjonarne nie jest w stanie zainterweniować „na gorąco”,  ale warto pamiętać o tym klejąc plakaty czy bawiąc się w graffiti – MPK w swojej gazetce „Pasażer” przyznaje, że policja często korzysta z tych nagrań.

   Następny wysyp kamer zapewne nastąpi na zdemolowanym placu przed WDK…

 

EDIT (1.10.2014): prezydent Lubawski, niestety wciąż i z nadzieją na kolejną kadencję, chwali się swoimi spełnionymi obietnicami sprzed 4 lat, które prezentuje "GazWyb", min. taką:


"6. Centrum monitoringu

Już w pierwszym roku kolejnej kadencji uruchomię nowe centrum monitoringu, które prowadzić będzie obserwację praktycznie całego miasta. Kielczanie poczują się tak bezpieczni jak nigdy dotąd."

Pamiętajcie - musimy się teraz poczuć bezpieczni jak nigdy dotąd.





17:35, a_maciek
Link Komentarze (5) »
środa, 10 września 2014
Oooo! Nowy podatek, który jest „usługą”!

    Proces wprowadzenia „opłaty audiowizualnej” zamiast abonamentu RTV trwa w najlepsze. Niestety nie jest to regulacja opłaty za usługę, czyli za dostęp do oferty programowej, lecz nowy podatek, powszechny, pogłówny, mający uregulować dopływ gotówki do pustawego skarbca KRRiT. [pisałem o tym TUTAJ] Skończy się więc zabawa w kotka i myszkę – nie zadziała wyprodukowanie odbiornika, który odbiera jedynie Radio Maryja, nie pomoże oglądanie telewizji przy pomocy komputera czy tabletu, nie wymsknie się przykremu obowiązkowi ten, kto dokonał apostazji medialnej wyrejestrowując odbiornik na poczcie – podatek dosięgnie niemal każdego. Wydawało się, że to koniec ścieżki wyciskania z portfela, ale KRRiT swoim „eksperckim” wizjonerstwem posunęli się krok poza gospodarstwa domowe wchodząc dalej - na pole biznesowe. 4 mln firm, które są zarejestrowane w Polsce będą musiały zapłacić przymusową opłatę audiowizualną, niezależnie czy są jednoosobowe, czy zatrudniają 1000 ludzi, zróżnicowana będzie jedynie opłata (a obecnie abonament płaci 200 tys. firm). Krocząca fiskalizacja zapewne przygniecie najbardziej tych, którzy w walce z o byt założyli firmy jednoosobowe – ci, którzy co miesiąc płacą 1,1 tys. PLN składki ZUS-owskiej, muszą zapłacić podatek VAT i dochodowy najczęściej zanim wpłynie do nich zafakturowana kwota od kontrahentów doskonale, aż do bólu, wiedzą co znaczy kolejny obowiązkowy, terminowy podatek. Ale liczby, kwoty, przewidywane wpływy, powiększający się przy okazji obszar kontroli (wobec zalegających z opłatą), wizja rosnącego rządowego medialnego imperium są tak podniecające, że Jan Dworak, prezes KRRiT niemal zaśliniony opowiada o mitycznej, a może raczej magicznej „usłudze powszechnej”, którą jest nadawanie atrakcyjnego programu mediów publicznych…  Zdziwieni? Ale czym, że „atrakcyjny”? Czy tak jak ja, że jest to „usługa powszechna”? Usługą jest działanie podejmowane w celu zaspokojenia określonej potrzeby (lub potrzeb) klienta i realizowane z udziałem klienta, jak ma się to wobec tego, że wielu obywateli-klientów, a przy obecnej propozycji Ministerstwa Kultury także przedsiębiorców-klientów, nie bierze w tym udziału, nie słucha publicznego radia i nie ogląda publicznej telewizji. Jak długo będą jeszcze ukrywać wszystkie podatki, haracze i wymuszenia administracyjne pod przykrywką „usług”, „inwestycji”, „bezpieczeństwa” czy „zbiorowej organizacji”? Aż do bólu, ściskając organizm społeczny nieustannie sprawdzając, gdzie jest jego granica bólu i efektywności finansowej.



19:23, a_maciek
Link Komentarze (1) »
czwartek, 24 lipca 2014
Sportowy socjalizm w mieście Kielce

   Socjalistyczny Klub Sportowy „Korona” – tak chyba powinien nazywać się ten twór, który miał zajmować się produkcją widowisk sportowych. Jako przedsiębiorstwo nasz kielecki klub postawił przede wszystkim na utrzymanie zawodowej (!) grupy piłkarzy, w większości nie pochodzących z Kielc, a w sporej części i spoza naszego kraju, nie jest to więc zadanie typu „promowanie sportu wśród mieszkańców miasta”, tylko produkcja wysokobudżetowych widowisk, jakimi są mecze ekstraklasy. Oczywiście są w klubie juniorzy, ale klub zlikwidował niemal wszystkie sekcje, które nie były związane z piłką nożną. Ta działalność, która pozostała najbardziej widoczna jest za to niesamowicie kosztowna. A nie bez powodu podkreślam to, że grają tam zawodowcy, bowiem pojawiają się głosy, że sport to nie jest dziedzina, która ma być dochodowa – niestety, nie w tym wypadku, tu sport uprawiają zawodowcy za naprawdę duże pieniądze i przestało być to niejako sportem, tylko dobrze płatną profesją nielicznych.

   Ostatni raport firmy doradczej EY był jak głośno wypowiedziana kwestia: „Król jest nagi!”. Od lat prowadzona przez miasto polityka utrzymania klubu za wszelką cenę w ekstraklasie spowodowała degenerację i zwyrodnienie tej struktury, jaką jest klub „Korona”. Ten podmiot działa poza jakimkolwiek rachunkiem ekonomicznym, typowo dla socjalistycznych przedsiębiorstw, bo jak inaczej zinterpretować jego działania i kalkulacje? Samo wynagrodzenie dla piłkarzy stanowi niemal 90% przychodów klubu, a przecież nie może to być zaskoczeniem dla zarządu, który choć ostatnio nieco się zmienił, to działa w ścisłym porozumieniu z miastem. Koszty operacyjne niemal dwukrotnie przewyższają przychody, a straty pokrywa się zobowiązaniami krótkoterminowymi. Raport nie uwzględnił jednak właśnie tego, że to miasto co roku (a nawet po dwa razy w roku) pokrywa dziurę w budżecie klubu, że budżet miasta jest budżetem „Korony”. Planowanie polityki finansowej klubu wydaje się być poza racjonalnością, od lat nie udaje mu się znaleźć tytularnego sponsora, a mimo to wszelkie podejmowane kroki są na takim poziomie, jakby klub miał niebawem odzyskać płynność finansową. Na razie i z głupawym uśmiechem robi to przy pomocy miejskich dotacji.

   Same struktury administracyjne w klubie po tym, jak rozstał się z „Kolporterem” jako właścicielem, mocno napęczniały, co uwidacznia różnicę właśnie w sposobie zarządzania – gdy był to prywatny klub pod nadzorem p. Klickiego, właściciela „Kolportera”, posiadał jedną księgową, gdy „ewoluował” w socjalistyczne przedsiębiorstwo zarządzane de facto przez miasto, tych stanowisk jest już kilka. I nikt się tym nie przejmuje, bo te środki, których zabraknie na administrację zostaną przekazane przez kieleckich podatników. To spółka podobna do innej, miejskiej paranoi  - Port Lotniczy Kielce S.A, ale to nieco inny temat.

   Aż chciałoby się z przekąsem zapytać środowiska kikolskie, epatujące swoim anty-lewactwem, jak to jest możliwe, że kibicują socjalistycznie zarządzanemu klubowi? Cóż, to chyba pewnego rodzaju symbioza, w końcu klub płacił dotąd za nich kary, czyli znowu odkrywamy coś, co jest „za darmo”…

20:27, a_maciek
Link Komentarze (1) »
niedziela, 06 lipca 2014
Libertarianizm w Kielcach

    Wszystko wskazuje na to, że w Kielcach libertarianizm zagości w nieco bardziej zorganizowanej formie. Pojawiła się bowiem inicjatywa, która być może doprowadzi do zaistnienia w naszym mieście lokalnych struktur Stowarzyszenia Libertariańskiego lub też Partii Libertariańskiej, która całkiem niedawno została sądownie sformalizowana. Nie są to struktury tożsame, więc obawy, że jest to krok wyłącznie ku temu, by jako partia wkroczyć na tą obrzuconą zgniłymi owocami i warzywami scenę polityczną, są mam nadzieję bezpodstawne. Z zainteresowaniem będę się przyglądał tej inicjatywie, być może od środka. Zainteresowanych odsyłam do oficjalnego kontaktu PL w regionie świętokrzyskim: KLIK



14:02, a_maciek
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 czerwca 2014
Taśmy mówią, o tym, że coś mówią, lud myśli, że myśli.

    Taśmy [tak, te taśmy, w których gadające głowy siorbią i ciamkają, opowiadają dowcipy i deliberują o żywocie państwa polskiego i jego kulisach] są o tyle ciekawe, że wiatr roznosi ich nasiona w różne dziwne miejsca. Najbardziej zaskoczyło mnie, jak ludzie odbierali słowa Sienkiewicza, czyli MinSpraWew, o tym, że państwo nie działa – potakiwanie, rozkładanie rąk i wzdychanie „niestety tak jest”, tak, „wystarczy spojrzeć na kolejki do lekarza”  i te wszystkie zwyczajowe narzekania. Szkoda, że wielu ludzi tak uważa, bo nie zauważa, że państwo działa doskonale. Oczywiście gdy nie wierzy się w jego dobroczynnego ducha, w jakąś mityczną umowę społeczną, w rozdawnictwo „darmowych usług” to się wie, że państwo nie działa po to, by np. zapewnić dostęp do lekarza. Działa po to by zmonopolizować takie działania, odebrać przestrzeń wszystkim, którzy chcieliby sami sobie lub innym coś zaoferować. Państwo nie oferuje szczęścia, a wręcz dosłownie je odbiera [choćby reglamentując lub penalizując używki], nie zapewnia dostępu do lekarza, a jedynie zapewnia funkcjonowanie monopolistycznego systemu rozdzielania uprawnień do czerpania z zasobów NFZ, zapewnia żywot temu biurokratycznemu molochowi. Państwo działa doskonale, ma się świetnie, choć mogłoby lepiej, gdyby tylko udało się wyłapać wszystkich obracających się w szarych strefach i czarnych rynkach. Wystarczy zadać sobie kilka pytań idąc do knajpy na piwo – dlaczego nie mogę go wypić na ławce przed blokiem? Dlaczego w knajpie jest tak drogo? Dlaczego większość obsługi nie ujawnia że nie jest legalnie zatrudniona? Dlaczego nie każdy może sprzedawać i produkować piwo? Dlaczego knajpa nie może przyjąć ode mnie wina domowej roboty do sprzedaży? Dlaczego na alkohole tam sprzedawane nałożony jest dodatkowy podatek - akcyza? Dlaczego knajpa płaci za koncesję na sprzedaż alkoholu, za puszczanie muzyki? Dlaczego muszą płacić abonament na TVP, choć leci tam tylko MTV Rock? Dlaczego mogą dostać mandaty od kilku służb kontrolujących? Dlaczego tam nie wolno palić a papierosy i alkohol są sprzedawane tylko pełnoletnim? Dlaczego powinienem wziąć paragon i dlaczego musi tam być kasa fiskalna? Dlaczego, dlaczego, dlaczego… choć to przecież tak banalny kawałek prozy życia, a poza nim jest tyle poważniejszych rozdziałów  życia. Pytań niby wiele, a odpowiedź tylko jedna – bo państwo działa w każdej z tych dziedzin. Nawet higiena [w takich miejscach] jest pod jego kontrolą.

    Czy po zaakceptowaniu tej traumatycznej tezy Sienkiewicza [byłego WiPowca, antysystemowego pacyfisty, hehehe], nie wzrośnie przypadkiem społeczne zapotrzebowanie na „silniejsze państwo” ? Podkręcane aż do następnych wyborów?

    Inne nasiona z tej afery zakiełkowały na przykład w nacjonalistycznych głowach. Ich reakcja jest o tyle ciekawa, że już nie kryją się niemal ze swoimi inspiracjami, gdy inicjują oburzeniową demonstrację pn. „Rząd na bruk, bruk na rząd”, wykorzystując to hasło z anarchistycznej kopalni cytatów, podobnie zresztą jak kolor czarno-czerwony na flagach. No ale co? Chcą obalić ten rząd, czy każdy rząd? Czy ewentualny inny będzie lepszy w działaniu, w czystości intencji czy tylko w odbiorze emocjonalnym? Chcą destrukcji czy restauracji państwa? Ponoć  są „antysystemowi”… Hm, udzieliło im się to nasączenie myśleniem o władzy, o czym Freud powiedział, że państwa wyemanowały instynkt śmierci. To działa właśnie na Ukrainie. Ba, nawet w Watykanie trwają walki polityczne i frakcyjne niemal na śmierć i życie. Jutro zadziała (?) w Kielcach za sprawą demonstracji NOP-u. Ostatnio ONR mówił o dokonywaniu wyborów kastetem, a nie przy urnie wyborczej. A o tym, że mówili o tym z wyraźnym rozdwojeniem, jakąś dezintegracją pragnień i  zachwianiem oczekiwań świadczy fakt, że byli w koalicji tworzącej Ruch Narodowy startujący do europarlamentu. Nie oni jedyni – większość „rewolucjonistów”, „radykałów” [zarówno tych z lewej, jak z prawej strony] stawia kroki w kierunku betoniarni, by podlać jeszcze czegoś , utwardzić fundamenty państwa; wielu z nich mówi o tym, co tym fundamentem powinno być, które fundamenty powinno się zburzyć, lub zasłonić jakimiś chwalebnymi sztandarami idei, ale dla mnie wszyscy, którzy w imieniu państwa będą ludzi do czegoś zmuszali, czegoś im zabraniali, coś im zabierali to będą zwykli dranie. Tfu!



20:49, a_maciek
Link Komentarze (3) »
sobota, 14 czerwca 2014
Ufff… to już dzisiaj TEN dzień.

    Centrum im. Adama Smitha jak co roku ogłosiło, kiedy w tegorocznym kalendarzu następuje przełamanie podatkowe, symboliczne przecięcie czasu i oddzielenie tego, który poświęcamy na płacenie podatków i innych obciążeń fiskalnych, od tego, gdy zaczynamy zarabiać w końcu dla siebie. W tym roku właśnie dzisiaj, 14 czerwca wypada ten dzień, o tydzień wcześniej niż w roku ubiegłym. Warto mówić o tym symbolicznym punkcie, gdy w abstrakcyjny sposób uwalniamy się od chciwej ręki państwa. Oczywiście niemożliwe jest nakreślenie punktu, w którym człowiek, a raczej przeciętny (czy raczej: każdy) obywatel-podatnik mógłby powiedzieć, że takie praktyki przestają być uciążliwe, że godzi się na nie bez większych oporów, a więc gdy mógłby je niejako uprawomocnić, bo jest to zbyt subiektywne i indywidualne. Tak jak i granica bólu, udręki dla ludzi jest zmienna i przesuwanie jej do granicy tragicznego zerwania, czyli śmierci jest absurdalna i dokładnie tak samo jest z działalnością gospodarczą, która podlega opodatkowaniu – w którymś momencie po przedawkowaniu podatkowym przestaje się opłacać i ulega likwidacji. Lub raczej, co znamy doskonale z naszego polskiego rynku, ulega chorej „optymalizacji” – podjęcia ryzyka, balansowania na granicy przestępstw i wykroczeń przeciw przepisom podatkowym i kodeksowi pracy, przeciw zwykłej przyzwoitości, ograniczeniom bezpieczeństwa i zdrowego rozsądku.

    O ile jednak używając  matematyki, przy dostępie do danych statystycznych, wysokości podatków, składek i innych elementów polityki fiskalnej można wyznaczyć taką granicę, jaką jest Dzień Wolności Podatkowej, to nie da się chyba tego zrobić w innych dziedzinach życia. Jak określić granice wolności informacyjnej, która wciąż się przesuwa, dążąc do stanu z wizji podobnych do „1984” Orwella? Tu nie ma żadnego ograniczonego budżetu, ta dziedzina wciąż się tylko rozwija i chyba nigdy nie przestanie. Nawet jeżeli to nie tylko państwo, jego urzędy i funkcjonariusze zdobywają dane i informacje o obywatelach i konsumentach, to mogą je wyrwać, wykraść lub wymusić od innych instytucji, które zbierają te dane na własny użytek.  Od banków, portali społecznościowych, operatorów telefonicznych, wyszukiwarek internetowych. Liczba kamer nie maleje, a wręcz przeciwnie – wzrasta lawinowo, tak jak i pojemność urządzeń do przechowywania nagrań, nie wspominając o coraz lepszych programach identyfikujących – twarze czy tablice rejestracyjne. Podobnie jest z identyfikacją  elementów z nadajnikami RFID (karty bankowe, miejskie, dowody tożsamości, produkty konsumpcyjne; znakuje się tak nawet pracowników w przedsiębiorstwach) – są w wielu miejscach i nawet nie wiemy gdzie, w środkach komunikacji publicznej, w sklepach… [ciekawy artykuł: KLIK]

    Obecny świat polityki z iluzorycznie i kosmetycznie odróżnialnymi partiami politycznymi i serwowanymi pseudoideologiami prowadzą chyba tylko do stanu, w którym mielibyśmy się po prostu pogodzić z tym dyskomfortowym uciskiem w głowie, uciskiem władzy. Pogodzić na rzecz „ideologii”, wobec której moglibyśmy się wyrzec wolności, i to jest zupełnie nieistotne czy są to korwiniści, którzy nie wyrzekają się wcale silnego państwa, czy oportunistyczni nacjonaliści z „antysystemową”  wizją trzeciej drogi, czy też „antysystemowa” lewica.

    Dzień Wolności Podatkowej nie jest świętem, które od razu wywołuje odruch otwarcia szampana, ale jest to dzień jak każdy inny dobry do tego, by się go napić. I ja to dzisiaj pewnie uczynię;)



17:00, a_maciek
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 kwietnia 2014
Filip Springer w Kielcach

   Udało mi się zawitać wczoraj na spotkanie z Filipem Springerem, reporterem i pisarzem, ale przede wszystkim miejskim obserwatorem i krytykiem chaosu miejskiego. Większość ludzi na spotkaniu pojawiła się tam chyba z przyczyn „branżowych” – architekci, studenci architektury, ale i pan, którego określiłbym jako typ pn. „Inwestor budowlany”, dość krytycznie odnoszący się do opowieści bohatera spotkania. Z tego też powodu większość dyskusji po tym spotkaniu kręciła się wokół takich nieco branżowych dylematów, w stylu „Co architekt może zrobić, by zapobiec architektonicznym koszmarom”. Ja miałem jednak wrażenie, że p. Springer na początku swej opowieści nadmienił w jakimś pobocznym wątku o potrzebie „humanizacji miasta”, ale nie było dalszego ciągu tej myśli, może dlatego, że w dyskusji rozważano o kolorach osiedlowych, nadmiarze reklam i koszmarkach architektonicznych. A brak przyjazności dla ludzi to niestety bardzo istotny problem, gdy w mieście coraz więcej czasu, pieniędzy i energii poświęca się np. samochodom, a nie właśnie jego mieszkańcom, gdy najważniejszymi inwestycjami są drogi, obwodnice, wiadukty, parkingi, ekrany dźwiękochłonne i parkomaty. Humanizacja miasta to też, jak mi się wydaje, taki kierunek jego rozwoju, który służyłby ludziom niekoniecznie poprzez budowanie centrów handlowych w środku miasta [co zdecydowanie i raczej negatywnie wpływa na funkcjonowanie śródmieścia, które do niedawna było jeszcze miejscem pełnym życia], lub stadionów sportowych obok osiedla mieszkaniowego, ale uczynienie go bardziej przyjaznego i po prostu sympatycznego. Funkcjonalność nie musi też oznaczać pokrywania miasta połaciami betonu czy granitu, ale choć może o tym nie miało być to spotkanie to szkoda, że takie wątki tam się nie pojawiły.

   Wśród zdjęć będących ilustracją opowieści snutej przez Filipa Springera pojawiały się też fragmenty tekstu, podejrzewam, że były to cytaty z jego książki. Spośród nich jeden zapadł mi w pamięć szczególnie, był streszczeniem rozmowy z mieszkańcem osiedla zamkniętego, niestety nie umiem zacytować go dosłownie, ale kontekst był mniej więcej taki: „Wyjeżdżam co rano z tego osiedla do pracy samochodem, potem po pracy jadę samochodem po jakieś zakupy do centrum handlowego i wracam do domu, do tego zamkniętego osiedla. Nie widuję bezdomnych, czuję się tak, jakby ich nie było. Niedługo zacznę wierzyć, że naprawdę bezdomnych już nie ma.”



18:04, a_maciek
Link Komentarze (2) »
niedziela, 20 kwietnia 2014
Spektakl miasta, miejski dramat

    Prezydent Lubawski nie jest moim ulubionym tematem, ale trudno nie przyznać, że ciężko go teraz  przykryć innym wątkiem. Jest na wierzchu. Jest w centrum spektaklu.

    Wykonał ostatnio ciekawy ruch w trakcie rozgrywki szachowej „prezydent kontra radni”. Po niepokojących sygnałach dotyczących nieprawidłowości w spółce miejskiej, jaką jest klub „Korona”, radni postanowili walczyć o utworzenie komisji kontrolnej, w skład której by weszli, a gdy to się nie udało zagrozili skierowaniem sprawy do prokuratury. To był ruch przede wszystkim PO, partii, która jest tak nijaka w naszym mieście, że trudno nawet sobie uświadomić, że oni tu w ogóle istnieją. A jednak, przecież wybory się zbliżają, warto się czymkolwiek wykazać. Cóż, ich zagranie było bardzo ciekawe, ale Lubawski uprzedził ich, wysmykując się z okrążenia, które miało go zaszachować – sam skierował sprawę do prokuratury. Wybitne posunięcie, ograniczające jednocześnie zakres czynności sprawdzających, które będą prowadzone przez prokuraturę.

    Cała prezydentura Lubawskiego jest wręcz dosłownym przeniesieniem spektaklu z sytuacjonistycznych rozważań Deborda. Jest permanentną budową fasady, za którą nic nie ma, budową urojonego miasta, w którym wymiera życie. I to dosłownie – mój kolega, wyeksmitowany z mieszkania na placu Wolności, zapytał mnie kiedyś wieczorem pokazując na okna kamienic w tym miejscu, na wszystkich pierzejach placu – „Widzisz tu jakieś światła? Tu już nikt nie mieszka.”

    Spektakl miał czasem swoje dramatyczne chwile, które Lubawski po czasie potrafił dopisać w swojej roli jako zwycięstwa, choć to on sam trzymał młot by zadać ostateczny cios. Strajk w kieleckim MPK w sierpniu 2007 roku skończył się mocnym akcentem – Lubawski chciał go spacyfikować wynajmując prywatną firmę ochroniarską, co mu się nie udało, dziś jednak, gdy kielecka komunikacja zbiera laury za jakość to prezydent mówiąc o słusznej zmianie decyzji i końcowych dokonaniach staje się współtwórcą sukcesu. Obłęd.

    Podobnie było z budżetem obywatelskim – był zdecydowanie na NIE, długo nie dopuszczał tej inicjatywy do legislacji prawnej, ale po świetnej pierwszej edycji Lubawski brylował już ze swoim podwąsnym uśmiechem z przechwyconego sukcesu. Mokrym snem prezydenta było też zburzenie budynku przedszkola na ul. Kapitulnej – nie przeszkodziło mu to zachwycać się na wernisażu nowootwartą siedzibą BWA w tymże miejscu. Wykoszenie z centrum miasta zieleni też jest dla niego sukcesem, tyle, że mówi nie o likwidacji zieleni, a o „rewitalizacji centrum”, u „przywróceniu miastu funkcjonalności”. Jakkolwiek zakończy się sprawa „Korony”, to i tak używając politycznego translatora będzie mówił o tym jako o sukcesie miasta (choćby z perspektywy tego, że „Korona” jakoś się trzyma w ekstraklasie od kilku lat, ch*j, że za kasę z miasta); podobnie z dworcem PKS – na razie transakcja sprzedaży tej nieudacznej spółce PKS2 jest porażką, ale dzięki zdecydowanej postawie Hajdarowicza miasto wraz z Lubawskim może jeszcze na tym coś ugrać. Z kolei lotnisko w Obicach choćby nigdy nie doszło do skutku, to zawsze będzie niespełnionym potencjalnym sukcesem koncepcyjnym. Nie zdziwiłbym się więc wcale, gdyby w trakcie kampanii wyborczej zaczął mówić o likwidacji ekranów przy drogach.

    Najmocniejszym akcentem w jego prezydenckim spektaklu jest jednak co innego, a mianowicie jego ekstrakt, myśl przewodnia: Gdy zaczynaliśmy budować wizję tego miasta, to nigdy nie chcieliśmy budować fabryk, postanowiliśmy rozwijać usługi. (…) Postawiliśmy także na kulturę i przyszedł czas na modę. [LINK] Usługi, kultura i moda? Spektakl w czystym wydaniu - centra handlowe jako usługi, KTT z „Kotłownią”, Centrum Designu i filharmonią, pomnikowa galeria sław i pozostałe monumenty, z deserem w postaci „Off Fashion” -  jako rdzeń, istota miasta, źródło utrzymania mieszkańców? Wgniotło mnie w kanapę.

    Wisienką na torcie był materiał zamieszczony ostatnio w „Echu Dna”, ewidentnie zrobiony na zamówienie z potrzeby chwili, w momencie ostro rzucanych oskarżeń wobec Lubawskiego, a przygotowany w stylistyce tabloidowej, zabrakło w nim tylko ckliwych zdjęć. Prezydent mówi tam wszystko co potrzeba – jest przypowieść biblijna o b. prezesie „Korony” Chojnowskim jako Judaszu, jest o osobistym dramacie Wojciecha, o problemach ze zdrowiem, o ciągłych atakach, o oczywistej niewiedzy, dobrze skrywanym nałogu Chojnowskiego, ale jest i o miłosierdziu, o doskonałych relacjach z Niemcami, którzy mają kupić 51% „Korony”, o książce napisanej wspólnie z p. Natkańcem. Najważniejsza jest jednak niepokojąca deklaracja – mówi z cierpieniem, że nie wie, czy wystartuje w wyborach. To znaczy, że wciąż się do nich przygotowuje, że to wahanie jest bolesne, bo ta piramida budowana przez wiele lat mogłaby nieoczekiwanie się zacząć walić, gdyby tym prezydentem jednak nie został. I byłby koniec spektaklu.



12:46, a_maciek
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
Liczniki Popieram Anarchizm