|
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
DLA CZYTAJąCYCH
DLA POSZUKUJąCYCH
HISTORIE
INFO
Street+ART
WOLNOśCIOWO
_____ZAMEJLUJ:______
wolnekielce@gmail.com
|
piątek, 11 września 2009
Kompania Piwowarska? NIE, dziękuję!
![]() Skojarzenia z próbą przejęcia kieleckiego MPK przez inną firmę nie jest zbyt dobre, strajk pracowników transportu miejskiego był bardzo zauważalny dla mieszkańców i urzędników, ale to nie znaczy, że nie można zrobić niczego. W obecnych czasach, gdy wszystkie „przemysłowe piwa” [niczym „buraki pastewne”] smakują tak samo bez wyrazu, poddane przyspieszonemu procesowi wytwórczemu, porzucenie produktów Kompanii Piwowarskiej nie jest żadnym trudnym wyzwaniem. Słyszałem już podobne głosy z różnych stron, by bojkotować K.P. i ich piwa i uważam, że tak, warto to zrobić. Odwrócili się od naszego miasta, to można bez żalu i kłopotu odwrócić się od nich. Przy okazji ludzie zaczną się uczyć odmawiać, nauczą się może nieuczestnictwa w procesach, które nam się nie podobają. Ja więc zaczynam publicznie odmawiać wspierania Kompanii Piwowarskiej kupowaniem ich produktów. Mówienie o tym w sklepie, knajpie, znajomym, nieznajomym, rodzinie, pisanie na forach, w blogach to niby niewiele znaczące działania, ale przekonanie kilkudziesięciu ludzi tworzy już tendencję, tendencja gdy wzrasta zaczyna się ruch, a z tego to już wiele innych rzeczy może wyniknąć. Żal mi będzie nieco „Dębowego mocnego”, ale cóż, odstawię go tak jak i „Tyskie”, „Lecha”, „Wojaka”, „Żubra” jak i te, których nie pijałem: „Gingersa”, „Redds”, „Pilsner Urquell”, „Grolsch”, „Miller” i „Peroni”. Koniec. Wybór innych piw wbrew pozorom jest spory, wystarczy poszukać, a dla koneserów naprawdę smacznych piw można polecić sklep „Aga” na ul. Śniadeckich. Przy okazji sobotnich relaksów okazało się, że jest sporo knajp, które mają tylko i wyłącznie produkty z Kompanii Piwowarskiej, więc automatycznie wypadają z mojej listy biesiadnej, jak np. "Odjazzd", choć i tak za nim nie przepadałem. Mi nie jest przykro.
sobota, 29 sierpnia 2009
POLITYCZNE WAKACJE
![]() Błąkając się wakacyjnie po Kielcach czy po ich historii, odkrywane są różne rzeczy, nie tylko te poważne i ważne, tak więc gdy kolega serdeczny odkrył fajowy sklep, w którym trudno się otrząsnąć z nadmiaru smakowitości piwnych, to musiałem tam wstąpić. I wpadłem w tą sektę, a dla koneserów albo chociaż poszukiwaczy wrzucam link do tej jaskini piwnej rozpusty gdzie i adres się znajdzie w dwóch lokalizacjach: KLIKNIJ A ostatnimi dniami Kielcami zawładnęła fobia na temat Knuta Hamsuna, jako przedłużenie wielu kieleckich lęków, ale nawet nie zdążyłem wczytać się w różne wątki tej sprawy, gdy całościową analizę Aleii Sław na kieleckim skwerze im. Szarych Szeregów wrzucił u siebie na bloga mój serdeczny kolega: Afera głowy Knuta. Najlepszym pobocznym wątkiem tej sprawy jest to, że ja, podobnie jak wiele innych osób, będę musiał przeczytać jakąś książkę tego pisarza, bo opis jego twórczości jest naprawdę intrygujący. Na historiachkieleckich wrzuciłem jakiś czas temu min. artykuł „Plugawy cień” z kieleckiej czerwono-kulturalnej gadzinówki „Przemiany” z 1984 roku (!!!) o kieleckich punkowcach, mroczna i dołująca historia [mogła by się wręcz stać protobiblią kieleckiej emomłodzieży], co też koniecznie trzeba przeczytać.
niedziela, 14 czerwca 2009
Dzień Wolności Podatkowej
PO wyborach… bla ble bla ble bla. Jak zwykle. Demokracja oligarchiczna wygrała z większością, która nie wyraziła zainteresowania udziałem w tym europarlamentarnym procederze [inaczej niż w referendum: gdy nie ma 50% i 1 obywatela, to referendum robi się nieważne. Ciekawe… gdy ludzie rzeczywiście podejmują decyzję, to ilość jest ważna, zaś gdy chodzi jedynie o „jakieś twarze”, to mogliby zagłosować na siebie sami kandydaci i będzie okej. Na pewno jest na to jakaś łacińska nazwa w psychiatrii.]
A dziś, 14 czerwca, jest dniem wolności podatkowej, czyli dopiero od jutra w tym roku zaczynam zarabiać na siebie, na swoją rodzinę, emeryturę, wakacje, wódkę… Nie pozostaje nic innego jak powtarzać jako mantrę: „Podatki to KRA-KRA-KRA-dzież!”. Niektórzy mając swoich osobistych szamanów księgowych dostają porady, jak uniknąć tej dżumy lokując swoje walory finansowe w podatkowych rajach, ale my… nie mamy nic do lokowania. Państwo nam zabiera i już, po krzyku. Przy pensji, w sklepie, na stacji benzynowej, w banku. To nawet nie boli. Jak przysłowiowy kieszonkowiec, który po czasie powoduje refleksję: „Kurwa, miałbym więcej kasy, ale przez zaniedbanie ktoś mi je zajebał”. Chodzenie na wybory jest głosowaniem za formą kradzieży, nie-chodzenie jest zaledwie unikaniem miejsc, w których bywają złodzieje. I tak źle, i tak niedobrze. Pozostaje tylko marna satysfakcja z odmowy współudziału, a tu i teraz wciąż potrzebna jest dyskusja lingwistów, językoznawców, polonistów i pozostałych obywateli nad definicją kradzieży. Państwo [rząd] nie przejmuje się definicją słownikową, lub traktuje definicje z iście stalinowską [dla oczytanych: orwellowską] swobodą – wojna jest pokojem, kradzież jest pomocą, kłamstwo jest prawdą, władza jest przedstawicielska.
niedziela, 31 maja 2009
DEPTAM PO TWARZACH POLITYKÓW
To wspaniały czas, te ostatnie tygodnie i dni przed tym przerażającym wydarzeniem, jakim będą euro wybory, gdy wchodzę po schodach u siebie w bloku i deptam po twarzach wszystkich polityków, którzy próbują usilnie zostać moimi przedstawicielami, by zgarniać swoją poselską europensję. Nawet jeżeli taka ulotka leży metr od schodów to nadkładam drogi, by przydepnąć ją z błogą, aczkolwiek krótkotrwałą satysfakcją. Czuję się osaczony, niemal jakbym przeniósł się w czasie o kilkadziesiąt lat wstecz w czasu PRL-u, kiedy głosowanie [nie – „wybory”, bo to nie były wybory] było obywatelskim obowiązkiem pod milicyjnym nadzorem, bowiem wszystkie media bombardują mnie komunikatami, bym oddał swój głos w tych nieszczęsnych wyborach. Podstawowym argumentem jest wciąż ta sama mantra: „jak nie oddasz głosu, nie będziesz mógł współdecydować”. Swoją niechęć wyrażałem już we wrześniu, październiku i listopadzie 2007, oraz w październiku 2006.Robiąc tą wlepę użyłem takiej samej dialektyki, jakiej używają w mediach, by nakłonić ludzi do udziału w tych wyborach. Kiedy mówię „nie zgadzam się na taką Europę”, to nie znaczy, że chciałbym aby ktoś w moim imieniu próbował ją zmienić, bo nie wierzę w rozwiązanie takiej scentralizowanej instytucji lub jej radykalną modyfikację, a tylko takie rozwiązania by mnie satysfakcjonowały. Chciałbym by upadła jak sklepik osiedlowy, do którego przestali przychodzić klienci, albo jak niektóre kluby sportowe po utracie strategicznego sponsora [tu są nim podatnicy, ale pośrednio, bo do kasy UE przelewa się z kasy poszczególnych rządów]. Powtarzanie banałów, że to Unia Biurokratów a nie dobrowolna federacja ludzi, miast, gmin i regionów, nic nie da, to narkotyk, który przyciąga wszelakie biurokratyczne sępy, hieny, szakale i inne ścierwojady, a jednocześnie pobudza marzenia milionów, którzy marzą o ciepłej, urzędowej karierze, przypominającej do złudzenia taką, jaką można było się delektować w przywoływanym przeze mnie PRL-u. A dialog z ludźmi nawołującymi do głosowania może wyglądać tak [rozmowa jest o wódce, bo to doskonały przkład]: - Zrzućmy się na wódkę - Ale mnie nie interesuje picie wódki - Ale picie wódki czy picie z nami? - Ani wódki, ani teraz, ani z wami - Dobra, najpierw zrzuć się na tą wódkę, a jak będziemy pić to pogadamy o tym czy następnym razem będziesz się musiał na nią zrzucać - Ale ja nie chcę z wami gadać - Noooo, to my pogadamy bez ciebie, ale na wódkę daj - Tylko ten jeden raz? - Nie, my pijemy regularnie, więc będziesz musiał się dorzucać regularnie. Nie chcesz pić, to nie, my i tak będziemy pić za twoje. A pogadać możemy i bez ciebie, a nawet jakbyś chciał gadać to nie wiem czy my chcemy, bo to my zaproponowaliśmy picie wódki i to my zbieramy na nią kasę, więc nie sądzę byś się załapał. Wiesz, nie każdy ma predyspozycje.
poniedziałek, 20 kwietnia 2009
POLICYJNY TERROR kontra AMATORZY I SPOŻYWCY
Ta gra trwa już od wielu lat. Pisałem onegdaj o niej np. tutaj. Największe emocje zaczęły się w 1995 roku, kiedy to w Kielcach zaczęła obowiązywać uchwała o zakazie picia alkoholu w miejscach publicznych. Od tego momentu Amatorzy sączenia alko na świeżym powietrzu i Spożywcy ogólnie, których nie stać/nie lubią/nie mają czasu na sączenie w knajpach i nie chcący psuć atmosfery w domu owym spożywaniem, zostali w tym momencie postawieni w opozycji do przepisów prawnych. Anarchiści kieleccy sprawdzili to już tydzień po wejściu w życie tejże uchwały organizując happening, gdy ubrani w garnitury przechadzali się po mieście i sączyli niealkoholowe płyny z butelek po winach; nikt się nimi nie interesował do momentu zorganizowania sielskiego pikniku na schodach Urzędu Miasta, w którym jest posterunek Straży Miejskiej, co w końcu spowodowało ospałą interwencję. Podzielono happenerów na dwie grupy, jednych zawieziono na komisariat na Wesołą, resztę do Izby Wytrzeźwień, ale ponieważ żaden nie był pod wpływem, to wszyscy zostali wypuszczeni bez konsekwencji. 1995: gra zaczęła się na dobre.
Grupa uczestnicząca w tej grze RPG, nazwana przeze mnie roboczo „Policyjnym terrorem”, zdobywała z czasem nowe atrybuty: monitoring miejski, który dzięki sporej ilości kamer jest w stanie dostrzec skradającego się Amatora lub Spożywcę z otwartą puszką piwa; coraz większą ilość patroli pieszych, rowerowych, na skuterach i samochodowych, zdolnych wypatrzeć wrogów dokonujących nielegalnej konsumpcji; nowe mundury nocnych patroli, które swoim czarnym kolorem pozwalają podejść Amatorów i Spożywców bez zwracania na siebie uwagi; i najgorsza broń, jako ostateczny cios w walce: Mandat, który niejednego Amatora i Spożywcę odstraszył od dalszego udziału w grze. Zasady gry nie pozwalają nam używać broni czy zastraszania przeciw „P. T.”, jako Amatorzy nie możemy zachowywać się jak zawodowcy, naszymi atrybutami są jedynie Spryt, Mimikra i Fantazja. Wynajdujemy kryjówki, do których nie zaglądają funkcjonariusze z drużyny przeciwnej, znajdujemy miejsca, z których możemy zaobserwować nadciągające wrogie siły, używamy imitatorów, czyli pojemników, które choć zawierają zabroniony trunek, to wyglądają jak dozwolony, jesteśmy w ruchu, by nie zostać zbyt łatwo namierzonym. Są techniki i wybiegi przeróżne, każda zgnieciona puszka po piwie, która bezpiecznie ląduje w koszu, każda opróżniona butelka wina, jest punktem zapisywanym na konto drużyny „Amatorów i Spożywców”. Ostatnimi czasy jednak wróg coraz częściej używa dwóch podstępnych broni: Interpretacji, która np. przy braku owej puszki z piwem czy oryginalnej butelki z winem pozwala groźbą np. badania alkomatem i wywiezienia na Izbę Wytrzeźwieniową, zakończyć potyczkę Mandatem; oraz Mimikrę, która pozwala im w perfidny sposób podchodzić bez uniformów rozpoznawczych, udając nieszkodliwych zwyczajnych przechodniów, którzy marzą o podobnej błogiej chwili. Stajemy przed bolesnym dylematem: ulec lękom i obawom i z dyshonorem udać się do knajpy czy z podniesioną puszką grać dalej? Jak zwykle kolejne wieczory pokażą… A na Historiekieleckie wrzuciłem ostatnio dwie notki po wygrzebanych książkowych historiach: o kieleckich wątkach początku ruchu hipisowskiego w Polsce przełomu lat 60’/’70 i o spektakularnym zamachu na rosyjskiego urzędnika w 1908 roku, który zdarzył się w Kielcach, a jakże… Za to w księgarniach dla koneserów dobrych liter dostępna jest nowa książka Chucka Palahniuka "Opętani". Czy raczej dla smakoszy opowieści przewrotnych i nieco wywrotowych?
niedziela, 12 kwietnia 2009
Miasto nie jest firmą! Squaty nie na sprzedaż!
![]() W obecnej chwili dwa polskie squaty zagrożone są ewikcją, czyli wyrzuceniem z zagospodarowanych przez siebie miejsc. Żeby nie było wątpliwości – miejsc opuszczonych, nie służących nikomu. Ta prawdopodobna eksmisja to konsekwencje procesu, który komercjalizuje miasta, nie zważając na kwestię użyteczności publicznej, gdyż jedynym wskaźnikiem wartości miejsca staje się jego cena rynkowa. A zarówno squat „Rozbrat” w Poznaniu, jak i squat „Elba” w Warszawie [jak i kilka innych w Polsce, warto wspomnieć jeszcze o podobnych miejscu, jakimi są „Tektura” w Lublinie, "CRK" we Wrocławiu, Elektromadonna” w Częstochowie czy „DeCentrum” w Białymstoku] to miejsca łączące w sobie funkcje mieszkaniowe [na które urząd miasta ani inne instytucje pomocowe nie wyłożyły ani złotówki], jak i centra społeczne, w których na zasadach non profit dzieje się bardzo wiele zdarzeń związanych z kulturą [koncerty, wystawy, projekcje filmów, teatry, biblioteka, wydawnictwa] i działaniami społeczno-politycznymi [rozdawanie potrzebującym jedzenia w okresie zimowym w ramach inicjatywy „Food Not Bombs”, miejsce spotkań dla środowisk anarchistycznych, feministycznych, lewicowych, lokatorskich, pracowniczych]. To wszystko dzieje się bez dotacji, bez mecenasów, tylko i wyłącznie dzięki zaangażowaniu ludzi związanych z tymi środowiskami, wbrew wszelkim utrudnieniom, jakimi są przeróżne procedury administracyjne. Porównując tą sytuację do miejskich centrów kultury, o których często trudno nawet nam powiedzieć, co się w nich dzieje, co robią dla mieszkańców miasta, którzy finansują je ze swoich podatków, to dziwi nieco postawa władz miasta, które ignorują miejsca i inicjatywy, które tak pozytywnie wpisują się w przestrzeń. Może to lekka demagogia, ale z jakich form działalności kulturalnej organizowanych przez miejskie instytucje w swoim mieście korzystaliście ostatnio? Może oglądanie nowych pomników, których w Kielcach wciąż przybywa? Czy do tego można zaliczyć koncert w KCK, na który bilet kosztuje krocie, a sama jego papierowa forma pokryta jest niemal w całości listą sponsorów? Z kursów tańca, za które i tak trzeba płacić? Czy znacie jakiś zespół muzyczny, który ma próby w którymś z miejskich domów kultury w Kielcach? Większość z nich chyba działa w „Bazie Zbożowej”, która co prawda funkcjonuje przy pomocy miasta, ale tylko dzięki fundacji „Wici”, która ogarnia sporą część kulturalnej przestrzeni w naszym mieście. A jeżeli chodzi o lokalne, oddolne inicjatywy społeczne, które funkcjonują przy tych squatach, to wystarczy przypomnieć niedawną parlamentarną dyskusję o [nieudanym de facto] obcięciu dofinansowania z budżetu dla partii politycznych [oprócz których każdy parlamentarzysta i tak dostaje pieniądze na prowadzenie swojego biura, które wielokrotnie stają się partyjnym lokalem], by sobie uświadomić, że polityka jest zwykłą komercyjną działalnością*, w której w zamian za dotacje [także te w czasie kampanii wyborczych, od ludzi, którzy oczekują później wdzięczności od polityków] prowadzi jedynie do zachowania status quo, czyli jak najmniej konfliktowej współpracy na rzecz cementowania państwowych i samorządowych fundamentów/układów, której efektem jest dzielenie się posadami w urzędach czy spółkach, lub kontraktami finansowanymi z publicznych pieniędzy. Te squaty, jako centra kultury, radzą sobie nieźle bez układów i dotacji; smutne natomiast jest to, że większość koncertów w Kielcach odbywa się w knajpach, gdyż są to obecnie jedyne miejsca, które bez dotacji jakoś są w stanie finansowo ogarnąć taką działalność [Mundo, Mehehe, Tunel], a np. kluby studenckie, które z założenia są takimi instytucjami zajmują się… sam nie wiem czym [a nie chodzi tu tylko o „Wspak” czy „Pod Krechą”, jest przecież w Kielcach jeszcze kilka innych uczelni, które najwyraźniej są kolejnymi instytucjami, które tylko zarabiają na swojej działalności, nie oddając nic w zamian lokalnym społecznościom]. Coroczne juwenalia, tylko umacniają żałosny wizerunek nie-współtworzenia kultury przez uczelnie i ich studentów, z roku na rok wyglądają natomiast coraz bardziej jak przymus wykorzystania przeznaczonych na to funduszy [w bezpieczny, a co za tym idzie, nudny sposób], a nie zorganizowanie festy, która ma na kilka dni wnieść młodzieńczą radość do miasta. A na „Rozbracie” i „Elbie”[i wokół nich, i dzięki nim] dzieje się dużo różnych rzeczy, o którym kieleckim komisarzom kultury może się tylko marzyć… „Rządzenie miastem zaczyna przypominać zarządzanie firmą”, „Na naszych oczach miasto staje się towarem, marką na sprzedaż” to cytaty z notki „Miasto nie jest firmą” ze strony squatu „Rozbrat” i ich analiza jest niestety trafna. Zastanawiamy się czy w jakikolwiek sposób zwraca nam się urzędnicza inwestycja marketingowa, jaką są przeróżne formy promowania miasta, akcje bilboardowe, konkursy wizerunkowe, etc.; czy w sporcie chodzi jeszcze o same emocje sportowe, czy przejęcie piłkarskiego klubu „Korona” przez miasto, nie było takim samym zabiegiem rynkowym, jak miało to miejsce kilka lat wcześniej, gdy przejmował go Klicki z „Kolporterem” w celu promowania marki swojej firmy? Z ust urzędników na ten temat więcej słyszy się o wizerunku miasta w obliczu spektakularnych zdarzeń sportowych w mieście [jak np. mecz reprezentacji Polski], niż o samym sporcie dla mieszkańców. Wobec tych ponurych przemian jakie dotykają miasta i ich mieszkańców likwidacja tych dwóch [bo oficjalnie tylko one są zagrożone] squatów, „Rozbrat” i „Elba”, pokazałoby, że urzędnicy [a i wyborcy ze swoim przyzwoleniem na to] za nic mają autentyczną i niezależną [także od urzędniczych pieniędzy] aktywność ludzką; że miejsca, przez które przewijają się setki, w przeciągu miesiąca nawet tysiące ludzi, mogą po prostu przestać istnieć; że kultura i życie ludzkie [mieszkających tam squatersów] są tylko epizodem nie uwzględnionym w planie zagospodarowania przestrzennego miasta. To nic, że są to miejsca i inicjatywy, które nie dotyczą Kielc, ale ich porażka świadczyłaby o przegranej społecznej walce zwykłych ludzi z bezdusznymi urzędnikami i rynkowymi wymuszeniami. Na stronie Elby jest formularz petycji w jego obronie, a ogólnie warto co jakiś czas zaglądać na strony obydwu squatów, bo w krytycznej chwili może być potrzebna pomoc każdego, komu bliska jest wizja miasta, w którym są pewne wartości ważniejsze niż „rynkowa cena gruntu” czy „priorytet handlu”. *Jeden z kandydatów do Parlamentu Europejskiego wprost zadał pytanie jednocześnie na nie odpowiadając: "Jak zarobić milion euro w ciągu 5 lat? Trzeba zostać eurodeputowanym!". Diety europosłów z wszelkimi dodatkami pozwalają naprawdę to uczynić.
wtorek, 31 marca 2009
WC[h]ZUJ SIĘ W EURO
![]() Ten tekst z wlepki to oczywiście zapożyczenie, tym razem z D. A. F. de Sade'a, który w swoich nerwowych, rewolucyjnych czasach napisał rozprawę-odezwę [nie będę udawał – nie czytałem jej, ale sam tytuł potrafi zaintrygować:] „Francuzi, jeszcze jeden wysiłek, jeżeli chcecie stać się republikanami”. I w momencie obecnej, równie nerwowej jak i jałowej dywagacji o przyjęciu euro jako waluty w naszym kraju to samo z siebie mi się wrzuciło jako temat na wlepkę [a grafiki użyczył mi mój ulubieniec Jose Guadelupe Posada]. Jeszcze tylko ten wysiłek, kurwa, a będziemy mogli płacić w euro, mieszkać w euro i czuć się w euro.
Magiczne zaklęcia ostatnich miesięcy to „kryteria konwergencji nominalnej” i szczególna klątwa rzucana na ekonomicznych laików czyli „ERM II”. Próbuję czytać jakieś okruchy dyskusji pojawiających się w gospodarczych działach portali czy gazet, by to zrozumieć, ale to jakaś blaga, nerwowe rozmowy na ucho w autobusie, przerzucanie się jakimiś zabobonami czy branżowy slang, który brzmi o tyle groźnie, że nawiązuje do jakichś tajemniczych danych i definicji. Bardziej mi to się kojarzy nie z jakąś normalną dyskusją o potrzebie i konsekwencji działań w sferze walutowej czy ogólnie gospodarczej, a z wymyślanymi wynikami badań pseudonaukowych publikowanych w tygodnikach dla gospodyń domowych czy cotygodniowych dodatkach do opiniotwórczych dzienników. Bo w jednym publikują np. wnioski z badań „amerykańskich naukowców” nad wpływem picia kawy na próchnicę zębów, z którego wynika, że umiarkowane spożycie powstrzymuje jej rozwój; ale inny periodyk publikuje za jakiś czas już wyniki badań „francuskich naukowców”, którzy opisują jak to związki zawarte w kawie spowodowały narastanie próchnicy u zdecydowanie przeważającej grupy wśród badanych pacjentów. Może jedne badania prowadzili stomatolodzy, a drugie biolodzy, jedni na zlecenie producenta kawy, a drudzy na zlecenie producenta pasty do zębów, albo na odwrót, albo na krzyż? Tak zapewne jest i z euro i z opiniami tajemniczych, aczkolwiek utytułowanych ekspertów. Owi eksperci, albo czasem zwykli gazetowi uzurpatorzy, cisną argumenty, by nie zwlekać, by wprowadzać, które jednak mają w sobie więcej szantażu niż zachęty, więcej zastraszenia niż euforii – że we wspólnej Europie bez wspólnej waluty narobimy sobie problemów, że bez niej nie będzie stabilizacji, mechanizmów, udziału w rynku, stymulacji gospodarki, blebleble. Z ta stymulacją to jednak chyba jest jak w życiu: jednym sprawia rozkosz, ale innym może sprawić ból. Jedynym uczciwym rozwiązaniem byłoby według mnie referendum, bo oprócz możliwości współdecydowania bez pośrednictwa wcale nie bardziej kompetentnych posłów, byłaby to szansa na bardziej konstruktywną dyskusję, której zdecydowanie teraz brakuje. A nuż ktoś by mnie przekonał? Nie jestem przecież z betonu. A forma wlepy w swej wymowie na pierwszy rzut oka jako wezwanie do narodu, pomaga jej przetrwać w różnych miejscach, bo choć kleiłem ją już kilka tygodni temu, to wielu Polaków ma chyba wyrzuty sumienia, by je zrywać, hehehe. Trafiłem ostatnimi dniami do kina [jak zwykle, nie w Kielcach…] na film „Baader Mainhoff”. I cieszę się, że poszedłem do kina, że nie obejrzałem tego na komputerze, bo dźwiękowo to było momentami niezłe doznanie. Już pierwsza scena batalistyczna [bo śmiało mogę ją tak nazwać] wcisnęła mnie w fotel i podkręciła adrenalinę, dając mi jako widzowi jednocześnie niezły zastrzyk akceptacji dla tego, co RAF wyprawiał potem. Film jest niezły, choć nierówny i lakoniczny, dla kogoś, kto nie zna tych wszystkich nazwisk i wydarzeń jawi się jako chaotyczny i niespójny, ale dla koneserów może być jednak miejscami smaczny. Jest poza tym dosyć brutalny, ale ma tempo i nieźle przekazaną wizję tych czasów. Tyle, że uczciwie pokazuje, że to co oni sobą reprezentowali to mizeria intelektualna, ich ideologia to bełkot, a wizjonerstwo polityczne płytkie i trochę XIX wieczne. Brakuje w tym filmie jeszcze jednej ważnej rzeczy: uświadomienia widzom skąd ci romantyczni buntownicy mieli pieniądze, pomoc logistyczną, w jaki sposób mogli pozwolić sobie na takie życie i walkę; ich palestyńscy koledzy finansowani byli przecież chyba z tego samego czerwonego portfela… Czy to była więc rewolucja lewackich studentów czy enerdowski sabotaż? Ani słowa o tym w filmie… A na osłodę ostatnich dni w księgarniach jest od niedawna wyśmienita książka F. Vaillanta „Roland Topor. Zduszony śmiech” czyli biografia mistrza czarnego humoru, nonsensu i mrocznego kontynuatora surrealizmu. Przepyszna lektura wprost, jak i wszystkie dania jakie zaserwował nam za życia, nawet jeżeli to były kanibalistyczne kęsy. Pełno smaczków, cytatów, opowieści, które tworzą niezwykły obraz tego twórcy. Gdyby nie ta książka, to np. skąd bym wiedział co to było Święto Dupy? Podstawowe info o Toporze, wraz z bibliografią, wywiadami, rysunkami i recenzjami tutaj.
niedziela, 01 marca 2009
NIEDZIELNY SENTYMENTALIZM
Na przetrwanie zimy wrzuciłem w miasto symboliczną ilość wlepy, którą zrobiłem kilka lat temu, ale mam do niej ogromny sentyment, bo grafika na niej umieszczona, nieznanego autora, smakuje mi już od wielu lat, a stwierdzenie, że „miasto jest we mnie” to motto wszelkich czynów, które w to miasto ingerują czy go opisują, które popycha do tego dryfu miejskiego, włóczęgi, ciekawości, picia alkoholu w zakamarkach i plenerach, zawieszenia się w jego przestrzeni i sentymentalnych powrotów. Ten sentymentalizm nie był na tyle silną motywacją bym zmusił się do obecności na koncercie w Mundo "Winter Punk fest 2009", mimo tego, że z masochistycznym uwielbieniem obejrzałbym WKG’89. Z drugiej strony wystarczy mi to, że byłem kilka razy na koncertach Dezertera [nie w Kielcach] i mój sentyment do nich na tych koncertach zamieniał się w lekkie znudzenie, choć nie dotyczy to słuchania ich niektórych płyt. Ale tenże sentymentalizm wciąga za to w grzebanie po książkach, które ostatnio były wydane, a których motywem przewodnim są właśnie ckliwe wspomnienia. Pierwszą książką, która wpadła w moje ręce już jakiś czas temu, to „Nie będę wisiał ukrzyżowany” Jakuba Michalaka z wiele wyjaśniającym podtytułem: „30 lat punk rocka na Dolnym Śląsku. Ludzie- teksty – inspiracje – kapele”. Jest to świetnie udokumentowane opracowanie, zawierające zdjęcia, teksty, opowieści i rozmowy z ludźmi, którzy w ciągu tych 30 lat przyłożyli rękę do punk rocka tamże, co daje temu wydawnictwu wręcz status opracowania historycznego, a nie tylko sentymentalnej wycieczki w otchłanie czasu.
Udało mi się też na Allegro zdobyć album z materiałami udostępnionymi przez IPN „Jarocin w obiektywie bezpieki”, ale poza tym miejscem chyba trudno zdobyć to wydawnictwo [ale W PDF-ie można ściągnąć tutaj].Fajnie się to ogląda, można się nawet pośmiać, brakuje mi jednak w nim choćby jednej rozmowy z jakimkolwiek funkcjonariuszem SB, który zajmował się zbieraniem tychże materiałów o subkulturowych historiach na tym festiwalu, a mogłaby być bardzo ciekawa, bo poza tym większość tych materiałów jest po prostu kuriozalna [jeżeli się ogląda zdjęcie razem z podpisem i traktuje to jako całość], ale jako ciekawostka konieczna do obejrzenia. Ale o wiele ciekawszym dla mnie jest albumowe wydawnictwo Kamila Sipowicza „Hipisi w PRL-u”, które zaskoczyło mnie bogactwem udokumentowania tego zjawiska, bo oprócz rozmów jest tam też sporo ciekawych zdjęć [i nie chodzi o półnagą Korę…], a zdaję sobie sprawę, że nie istnieją prawie żadne materiały źródłowe z lat 60 i 70-tych, bo w PRL po prostu nie mogły zaistnieć. Inaczej niż z punk rockiem nie było prawie żadnych wydawnictw spoza oficjalnego obiegu, nie istniała scena muzyczna, a jedynie okazyjne, zazwyczaj letnie spotkania, a i prasa oficjalna nie poświęcała tak marginalnej grupie, jaką byli hipisi, zbyt wiele miejsca. Nie przeczytałem tego jeszcze, bo nie kupiłem, ale jestem zapisany w kolejce do pożyczenia, na razie wystarczyło mi tylko przejrzeć tą książkę, by wiedzieć, że będę ją musiał przeczytać.
Kolejną laurką historii ludzi i działań jest spory album „Pomarańczowa Alternatywa. Rewolucja krasnoludków”, nie wiem czemu, ale w Kielcach go nie dostrzegłem go w księgarniach. Tym razem opisu jest stosunkowo mało, wydawnictwo niemal w całości wypełnione jest zdjęciami z akcji, ulotkami, plakatami i krótkimi historiami poszczególnych wydarzeń, nie tylko z Wrocławia, ale i z Warszawy, Łodzi i Lublina. Trudno coś więcej dodać do tego, brakuje może tylko wydawnictw z tamtego okresu [jak chociażby doskonałe łódzkie „Przegięcie pały”], ale poza tym to jest substytut spiżowej płyty w hołdzie bohaterom-krasnoludkom, którzy za nic mieli nadętą władzę komuny i ponure oblicze martyrologicznej opozycji. A jeżeli chodzi o samą Pomarańczową Alternatywę to bez wiedzy o niej nie można mówić o polskim surrealizmie, o opozycji antysystemowej, elementarzu demonstranta i ulicznym świętowaniu, bo była syntezą tego wszystkiego.
Innym wydawnictwem, które opowiada o przeszłości i warte było przeczytania jest książka „Rewolucje 1968”, w którym zamieszczono sporo materiałów z tamtego okresu [zdjęcia, przedruki ulotek, wydawnictw] i to stanowi najważniejszy plus tego wydawnictwa, bo zgromadzenie ich w jednym wydawnictwie jest świetnym pomysłem, choć jest tam też kilka ciekawych rozmów przeprowadzonych w późniejszym okresie [np. z Abbie Hoffmanem], z których sporo można się dowiedzieć o specyfice tamtych wydarzeń w różnych zakątkach świata. 1968 rok po tej lekturze nie będzie się kojarzył tylko z paryskimi barykadami, czy polską gomułkowską zmorą, a znajomość takich tekstów jak program Czarnych Panter, sytuacjonistyczna analiza „O nędzy studenckiego życia” czy wiersz Pasoliniego „Nienawidzę was, drodzy studenci” powinna być nagrodą samą w sobie.
Lada chwila ukaże się natomiast książka, na którą czekam już od dłuższego czasu, a mianowicie „The story of CRASS”, bo uważam ten zespół za jedno z ciekawszych wydarzeń w kulturze niezależnej na przestrzeni kilkudziesięciu lat, a w czasie jego istnienia powodował ferment nie tylko na niezależnej scenie punkowej, ale swoimi prowokacjami politycznymi doprowadził do tego, że mówiono o nim na posiedzeniu brytyjskiej Izby Gmin. Książka ma być wydana przez wydawnictwo Jirafa Roja, które ma w swoje ofercie kilka ciekawych książek, np. dla tych którzy z sentymentu dla punk rocka zdecydują się na czytanie powieści czy opowiadań orbitujących wokół tego tematu [ja się nie zdecydowałem…], tak czy inaczej warto zobaczyć ich ofertę.
Te wszystkie wydawnictwa mają ten plus, że nie są wynikami „badań nad kontrkulturą” lub socjologicznych dociekań o „roli subkultur wśród młodzieży”, a takich książek pojawia się w księgarniach coraz więcej. Zapewne gdyby nie było subkultur, trzeba by było je wymyślić, by móc sprzedawać młodzieży muzykę z jej gadżetową ofertą, choć właściwie to się już dzieje, jeżeli subkulturą jakiś „badacz społeczny” nazwie np. zjawisko „emo”. Ale nie ma co zwracać na to uwagi, w naturalnym łańcuchu pokarmowym hieny i szakale są też potrzebne.
niedziela, 11 stycznia 2009
11 ROK WLEPIANIA!
W czasie noworocznych porządków natrafiłem w stercie papierów na jedną z pierwszych wlepek zrobionych przeze mnie. Sądząc po datach na niej umieszczonych pochodzi z 1998 roku, a więc ma już 11 lat! Jest to więc kolejny z powodów do świętowania, a czemu by nie. Innym powodem jest to, że na szczęście się już zdezaktualizowała, gdyż w naszym kraju nareszcie zrezygnowano z przymusowej służby wojskowej, określanej słusznie „nowoczesną formą niewolnictwa” i że niejako tekst tej wlepki wreszcie przestaje mieć tak dramatyczny wydźwięk, bo w wojsku zostają tylko ochotnicy i żołnierze zawodowi. Zbiegiem okoliczności trafiłem też w międzyczasie na informacje dotyczące kieleckich więźniów sumienia w latach 80-tych ubiegłego wieku, czyli ludzi, którzy siedzieli w więzieniu odmawiając służby w wojsku, co skrzętnie wrzuciłem na historiekieleckie.
![]()
niedziela, 28 grudnia 2008
2009 rokiem dla usatysfakcjonowanych
Nadchodzący rok jeszcze bardziej usatysfakcjonuje już usatysfakcjonowanych, bo w Kielcach poczują się zapewne jeszcze bardziej bezpiecznie, oczywiście, jeżeli bezpieczeństwo określimy jako „subiektywny stan względnego poczucia braku stanu zagrożenia i/lub sprawnego systemu ochrony”. Dają nam ku temu powód pojawiające się mediach informacje o zbliżającym się otwarciu nowoczesnego centrum monitoringu w Kielcach, w którym funkcjonariusze będą obserwować miasto korzystając z kamer rozmieszczonych w wielu punktach całych Kielc. A kamer będzie przybywać, a społeczność miasta będzie czuć się bezpieczniej… Samo miasto w przyszłym roku odsłoni kilka nowych ścian w centrum miasta, równie dużo zburzy, podobną ilość zasłoni nowymi elewacjami, zdezorganizuje ruch w śródmieściu, nasyci prezydenta Lubawskiego samozadowoleniem i zakwitnie bluszczem jakiejś nowej afery. Już kilka tygodni temu pojawił się artykuł będący dalszym ciągiem historii kieleckiej camorry, gdzie wyjaśniono kilka wątków tej niesmacznej sytuacji, w której Kielce okazują się miejscem oplecionym już nawet nie czerwoną, ale wielobarwną pajęczyną polityczno-urzędniczo-przestępczo-ubeckiej małej republiki kolesiów [link do artykułu wrzucałem wcześniej].
Na historiachkieleckich wrzuciłem zaś historię młodego Stefana Żeromskiego, które są kolejnym krokiem w wędrówkach po historii naszego uroczego miasta. Warto przeczytać, bo Stefan odsłania nieco inne oblicze, jakże normalne, bez spiżowej skorupy, bo jego Dzienniki okazały się całkiem niezłą lekturą pełną smaczków i pikantnych kawałków. A tak w ogóle to wydaje mi się, że o nadchodzącym roku pisał już w 1978 Anthony Burgess [ten od „Mechanicznej pomarańczy”] w swojej książce „1985” i choć to niby kilka lat różnicy, to jego ówczesna diagnoza misji TV jest jak najbardziej trafna: „Płacimy, to chcemy to rozumieć, trawić. Ma być proste. Nie możemy płacić za coś, co nas będzie złościć.” To motto panującej już zresztą kulturalnej dyktatury proli [podobnie jak u Orwella, jest to klasa pracująca, która po powrocie z pracy do domu chce w spokoju obejrzeć telewizję], dyktatury tandety. A naturalnym odruchem na kłamstwo jakim jest ubieranie codziennej nędzy w reklamową utopię jest greckie kopnięcie jako element ulicznego kroku tanecznego, tworzącego zbiorowe układy choreograficzne, w których biorą udział po jednej stronie policjanci broniący dyrygentów, a po drugiej ludzie, którzy mają dość narzucania rytmu przez głuchych szalbierzy i nic-nie-widzących polityków. No i wszystko to zaczęło się od nadmiaru nieuzasadnionego bezpieczeństwa, czyli policyjnego strzału prewencyjnego oddanego do 15-letniego chłopaka właśnie na greckiej ulicy.
sobota, 29 listopada 2008
przemysł uspokajania
![]()
„O kryzysie napiszemy, że to promocja ubóstwa” równie dobrze mogłoby brzmieć inaczej, np. „O tych kilku kilometrach autostrad napiszemy, że sukcesem było oddanie ich do użytku 2 tygodnie przed czasem”. Nie, to złe, zbyt pisotuskowe. Albo raczej, że „przygotowania do wprowadzenia eurowaluty postępują zgodnie z oczekiwaniami”. O i to lepsze, bo od razu mi się włącza „Kurwa, z jakimi oczekiwaniami?”. Już nie tylko gazety, ale cała polityka i gospodarka wraz z kulturą trwają w tyranii tytułów. Ideologia, programy gospodarcze, manifesty artystyczne ograniczają się do tabloidalnego przedstawienia: duży tytuł, ładny obrazek, skąpy, prosto napisany tekst; amerykańskie historyjki obrazkowe dla półanalfabetów. Rysunkowe instrukcje dla samodzielnie składających meble. Bardziej rozbudowane epistoły są wyłącznie dla specjalistów, to zbyt skomplikowane historie, by każdy mógł ogarnąć więcej niż tytuł gazetowy z każdej dziedziny życia, wystarczy więc wiedzieć, że jest kryzys, że wojna w Iraku się kończy, że ma być euro, że będzie nowy Batman w kinach, że wciąż między nami żyją jacyś ubecy. Świat kina żyje np. premierą nowego Bonda [„ech, już nie jest taki jak kiedyś…” i lista istotnych różnic, która każdy powinien znać], a w Kielcach świat kina się wali, bo jest groźba zamknięcia ostatniego kina w tym mieście! [Multipleks jest tylko hipermarketem, gdzie wyświetlają filmy] A dla tytułów gazetowych to zaledwie jedno z wielu wydarzeń z życia w tym 200-tysięcznym mieście, kolejna informacja przed niusem o przebudowie kolejnego skrzyżowania czy onanistyczno-manierycznym zachwytem nad nową wizją Rynku. W Tesco na półkach eksponowana jest nowa książka Naomi Klein i zamiast wzbudzać skojarzenia ze sprzedażą pornografii w kościele, jest symbolem uniwersalizmu tego familijnego marketu, który gadżety z wizerunkiem Che Guevary czy płyty Rage Against The Machine też traktuje jako sposób na zysk z ataku na swój wizerunek, ale traktuje też jak grę, w której wygrywa ten, co zbuduje silniejszą markę [a TESCO uspokaja klientów: u nas jest wszystko]. Gdy niezależna internetowa gazeta publikuje artykuł o tym, że odradza się kielecka camorra z byłym baronem SLD w jednej z ról głównych, to „GW” publikuje laurkę o nim, jaki to był z niego przedsiębiorczy bohater lokalnej gospodarki, a potem jako ofiara politycznej zemsty - wzorowy więzień.
Tytuł w gazecie, jedno zdanie z konferencji ministra czy krótka i przystępna recenzja z wydarzenia kulturalnego powinny wystarczyć do ukojenia ewentualnych lęków czy objawów zagubienia w dzisiejszym świecie. Tabloidalna kultura to część czy gałąź przemysłu uspokajania [nie mając całościowej oferty na zaspokojenie, nie mogąc zniwelować wszystkich zagrożeń czy lęków pozostaje jedynie wyprodukować uspokojenie], a wszystkie efekty kryzysu i bolączki permanentnej transformacji gospodarczej wymagają jej zaangażowania. Cieszymy się, że nasze wojska opuściły Irak, gorzej by było gdybyśmy zrozumieli ile kosztował nas ten pobyt. Cieszymy się, że wiele mądrych głów i instytucji finansowych robi tak wiele, by zatamować fale kryzysu, gorzej by było, gdybyśmy sobie uświadomili ile szkody dla gospodarki przyniesie ten wielopaństwowy interwencjonizm. O 1% obniżce podatku dochodowego w przyszłym roku piszą entuzjastycznie , że skorzystają z tego wszyscy, gorzej by było, gdyby wciąż pytali, dlaczego kradzież, jaką są podatki, wciąż jest usankcjonowana prawnie. Nawet „Fakt” i inne gazety tego typu, ze swoją stylistyką oburzenia na podwyżki, polityczne i urzędnicze skandale, na zbrodnie i degeneracje, jest doskonałym produktem przemysłu uspokojenia: skoro oni czuwają, wyciągają wszystkie brudy, potknięcia, więc możemy być spokojni, że państwo i kultura nie stoczą się w bagno; brak tam jednak podstawowych pytań o sens państwa, kierunek rozwoju społecznego, ekonomię i własność, jakość kultury i nigdy tych pytań tam nie będzie, bo wymagają za długich odpowiedzi.
niedziela, 02 listopada 2008
KONIEC HISTORII!
Co prawda to Fukuyama najgłośniej obwieścił „Koniec historii”, ale zrobił to chyba zbyt entuzjastycznie. Nie docenił przede wszystkim czwartej władzy, bo kto jak kto, ale od wygłaszania zakończeń historii są właśnie media. Wielokrotnie przeżywaliśmy niesamowite, straszne czy bulwersujące historie razem z tytułami na pierwszych, a potem coraz dalszych stronach gazet, by nigdy nie poznać ich zakończenia. Historie trwają dotąd, dopóki są spisywane. Afery i polityczne kłamstwa są nimi aż do sądowych epilogów czy chociażby ostracyzmu wyborczego, ale gdy tylko materiał dowodowy lub ciśnienie na ukaranie sprawcy są zbyt małe nie ekscytujemy się w równym stopniu finałem ukarania „złej postaci” co sama aferą; a politycy mimo kłamstw, ściem, uników i żerowania na publicznej kasie są nimi cały czas, nie można ich niestety pozbawić prawa do wykonywania tego zawodu. Historia „kieleckiej camorry” pokazuje zaledwie ułamek całej afery – ukarano trzy postacie, które dziś brylują w politycznych kuluarach, ale po tym jak dwie z nich wylądowały w penitencjarnym [he, penitencjarny z łaciny znaczy tyle co skruszony, pokutujący, co nie pasuje zbytnio do bohaterów artykułu o kieleckiej polityczno-mafijnej hydrze] odosobnieniu historia się zakończyła, bowiem to zostało uznane za finał.
I ja zapragnąłem więc mieć taką moc ogłaszania kiedy nastąpi „koniec historii”, czy też „koniec świata”, choć nie wymaga to żadnej specjalnej wiedzy i władzy by ogłosić „środek spektaklu”. Wlepki to pozostaną aktualne zawsze, bo to „jutro” może być właśnie… jutro, a że nie dowiedzieliśmy się tego, że „koniec historii” nastąpił wczoraj to wina wyłącznie gazet!
sobota, 11 października 2008
kielecka camorra
Znajomy podesłał mi link do artykułu o tym jak znowu rozkwita „kielecka camorra” i w którym odkrywane są nasze ponure lokalne mechanizmy władzy, a choć nieco szokuje, to mnie nie zaskakuje aż tak bardzo, dla mnie politycy i państwowa administracja są bowiem niemal tą samą kastą, a różnice polityczne między działaczami różnych partii chyba tylko kwestią ambicjonalną [a nawet nie zadeklarowanym kierunkiem działań]. Jako, że nie jestem fanem państwa, wykorzystywanie politycznych i koleżeńskich układów do ręcznym sterowaniem działaniami agend państwowych [np. Urzędu Skarbowego] powoduje, że kiwam głową dając do zrozumienia, że „jednak mam rację”, nie wierząc w zdrowy system. Przeczytać jednak trzeba koniecznie! CZYTAJ!
niedziela, 21 września 2008
DZIECIĘCE UTOPIE
![]() Początek roku szkolnego oprócz powracających frustracji podsuwa tęsknoty za dziecięcymi utopiami w rodzaju opowieści o Pippi Langstrump czy Piotrusiu Panie, gdzie mali bohaterowie nie mają zamiaru dorosnąć i utknąć w powikłanym i nudnym świecie; nie chcą planować „kim będę jak dorosnę” [blokerskie dzieci już wiedzą kim nie będą: policjantami], ani realizować w życiu indoktrynujących programów szkolnych z religii, podstaw przedsiębiorczości, przysposobienia obronnego, przystosowania społecznego i innych nieprzydatnych w życiu przedmiotów…. Dziecięce utopie może i pojawiają się w wakacje niczym Tymczasowe Strefy Autonomiczne [opisywane w zalążku mitologii utopii przez Hakim Beya], ukrywane skrzętnie przed okiem dorosłych, przed umieszczeniem ich na mapie miejsc zakazanych. Zresztą kto tak naprawdę nie chciałby żyć w świecie pełnym zabaw, wędrówek bez celu i nieprawdopodobnych historii , a przecież nie tylko wakacje mogą być tym czasem „wolnym od”? ![]()
Gdy zmyślanie przystoi dzieciom, to dorosłym, którzy wszystko traktują na poważnie, już nie bardzo, dlatego wiem, że „Nigdy nie będziemy politykami”. Mocno mi zapadło w pamięć, jak kilka ładnych lat temu Kantzer wykładał z pogardą teorię o „młodych staruchach”, młodzieży, która robi się stara, zanim dopadnie ją dorosłość; o ludziach, którzy wpadają w zaplanowaną drogę kariery i zakupów stając się mentalnie starzy o wiele bardziej niż staruszkowie spacerujący po parku - i dlatego ja wierzę, że my „Nigdy nie będziemy starzy”. A wyczytując co ciekawsze kąski w książce H. Marcuse „Człowiek jednowymiarowy” [ja wiem, że marksizmem zaleciało… A przypomniał mi się jeszcze Lenin, który napisał kiedyś artykuł „Dziecięca choroba lewicowości” {co to za epitet w ogóle?}, w którym gnoił mało bolszewickich komunistów, ciekawe czy to nie przez nienawiść dla marzeń i romantycznych uniesień, które nie pasują do zawodowych rewolucjonistów] trafiam na {wątki o automatyzacji pracy} cytat z wypowiedzi robotnika: „My wszyscy we wszystkim jesteśmy w rytmie rzeczy…”, i wiem, że będziemy opierać się trwaniu w rytmie godzin rozpoczynania seriali, kolejnych długo oczekiwanych świąt i urlopów, i chciałbym móc powiedzieć, że my „Nigdy nie będziemy jednowymiarowi”. I pada tam jeszcze fundamentalne pytanie, niemal wyjęte z dziecięcej perspektywy: „Kto wychowuje wychowawców i gdzie jest dowód na to, że są oni w posiadaniu dobra?”. A by nie skończyć jako piewca banałów i banialuków następnym razem napiszę o radości z odkrywania swoich pierwszych siwych włosów;-)
niedziela, 14 września 2008
WRZEŚNIOWA LEKCJA HISTORII
Taka jednorazowa akcyjka, 6 części jednej lekcji historii nazwanej „Z historii amerykańskiego interwencjonizmu”, pewnie długo nie powiszą, bo lekcja jest zaskakująca dosyć. Pomysł przyszedł mi do głowy już dawno, ale teraz przy okazji dyskusji o tarczy antyrakietowej, która w jakichś elementach ma zawędrować do nas, wydał się dosyć aktualny. Muszę przyznać, że sąsiedztwo pomnika Homo Homini [upamiętniającego ofiary z 11IX 2001] ani data przedstawienia tej lekcji historii nie jest przypadkowa, choć zapewne według niektórych kontrowersyjna, ale w czasie zbierania tych dat sam byłem zaskoczony, jak wiele ekspedycji po całym świecie w obronie swojej wizji demokracji wykonały Stany Zjednoczone. Nie zawsze były to wyprawy w pełnym uzbrojeniu, ale rząd USA i jego przeróżne agendy potrafiły doskonale organizować logistycznie przywracanie oczekiwanego porządku w krajach, gdzie próbowano walczyć z waszyngtońskim uzależnieniem.
niedziela, 31 sierpnia 2008
Co zostało z „Solidarności” z 1980?
Nic. Jest kolejna rocznica porozumień sierpniowych, pompa,laurki i uściski dłoni, 2 dni temu była imponująca manifestacja „S”
w Warszawie, ale gdy system już działa wg pewnego akceptowalnego [przez nich] schematu,
domagają się jedynie by lekko się ugiął.
Żądania tam wygłaszane były mało konkretne lub dotyczyły zaledwie
przestrzegania istniejącego prawa, bo tak naprawdę uznali już legitymację
władzy i sposobu jej sprawowania, zachowują się tylko tak, jakby brakowało im jej
przychylnego spojrzenia. W 1981 żądali konkretnej zamiany
systemu na inny, lepszy i sprawiedliwszy, ale dziś prawie nikt nie
pamięta ich rewolucyjnego [na tamten okres] programu
„Samorządna rzeczpospolita”;
ta niepamięć iście orwellowska dotarła nawet do
Wikipedii, gdzie autorzy notki o „S” nawet się nie zająknęli o tym
programie, który został uchwalony na I Krajowym Zjeździe "S" we IX i X
'81. Nic mi nie wiadomo, by kiedykolwiek oficjalnie się odżegnali
od niego, a bliski był on np. ideom głoszonym przez Edwarda
Abramowskiego*, myśliciela propagującego socjalizm bezpaństwowy i idee społecznego kooperatyzmu [miał swój ważny
udział w tworzeniu się polskiego ruchu spółdzielczego, istniejącego do dziś
jako „Społem”, był też inspiracją dla idei przemycanych w literaturze
Żeromskiego i Dąbrowskiej, z którymi się przyjaźnił], a jego
wpływ na program „S” z ’81 był na tyle silny i widoczny, że w 1986
ukazała się w II obiegu książka W. Giełżyńskiego „Edward Abramowski zwiastun Solidarności”. Ale nic nie pozostało z
tych idei w tym związku zawodowym, czy partiach które dzisiaj składają kwiaty i perorują o
chlubnej przeszłości, odwołując się do
ideałów, które sami zdradzali wielokrotnie i robią to zresztą udanie do
dziś.
niedziela, 18 maja 2008
JESTEŚ TYM CZEMU SIĘ ODDAJESZ
Dwa klasyczne przechwycenia: obrazek, którego pochodzenie jest mi nieznane, choć przewija się permanentnie przy okazji twórczości krytyków społecznych [np. jako ilustracja na okładce książki Vaneigema] i nawiązanie do nieco demagogicznego hasła wegetarian wytykających padlinożerną część społeczeństwa: „Jesteś tym co zjesz” [czyli człowiek jako grób dla zwierząt]. Jesteśmy zresztą jako potencjalni konsumenci poddani typowo przemysłowej obróbce, potrzeby i oczekiwania są przeanalizowane i przemielone przez specjalistów od sprzedaży doznań, to wygląda więc dokładnie tak jak rozbiórka krowy na skrawki mięsa i pozostałych resztek do maksymalnego wykorzystania. Każdy towar jest do kupienia, każde marzenie do spłacenia, granicą jest jedynie nasza możliwość poświęcenia się [czyli zdolności kredytowe]. Życie można zobrazować wręcz jako kolorowy śmietnik, przemielony kolaż reklam, przemówień i przecenionych towarów. A to wszystko jako przypomnienie o inspirujących do dziś efektach ulicznej i intelektualnej rewolty z 1968 [i nie wspominajmy tu o studentach, bo nijakie juwenalia pokazują jak żałosna, czy wręcz urojona jest tzw. kultura studencka]. To rocznicowy łyk wina na kanapie i szyderczy uśmiech przy czytaniu przemądrzałych artykułów w gazetach, gdzie wciąż doszukują się rewolucyjnych ikon wśród Ernesto Guevary czy Ulrike Meinhoff, nie zdając sobie sprawy, że to nie oni byli przyczyną, ale nędza autorytetów i niemożność skutecznego administrowania przez system radością i spełnieniem. A nam pozostaje odkrywać prostotę, doceniać niesprzedawalne, separować się i unikać [czy też pojawiać się i znikać jak greccy anarchiści w piątek 16 maja, którzy zorganizowali ognisty performance, na motocyklach przemykając koło posterunku policji w Atenach i zostawiając po sobie płonące radiowozy], dokonywać wyborów, a nie zakupów.
niedziela, 20 kwietnia 2008
podatki to KRA-KRA-KRAdzież!
Gdy stada bezmyślnych gawronów odlatują do przepodatkowanej Skandynawii, można wreszcie usłyszeć krakanie kruków, których indywidualistyczna natura i inteligencja jest godna podziwu [to mądrego kruka wysyłał Noe na poszukiwanie lądu, a dopiero potem gołębia]. Wykrakują co prawda banały, ale to naprawdę zastanawiające, że wciąż trwają zacięte dyskusje nad szczegółami w podatkach, drobnymi różnicami, detalami, a nikt niemal nie zająknie się nad faktem, że „podatki to KRAdzież KRAdzież KRAdzież”. Tak jak nikt nigdy nikogo nie pytał, czy chciałby podpisać się pod jakąś umową społeczną, której efektem będzie państwo, jako system dwukierunkowych zobowiązań i z jednokierunkowym narzędziem przymusu, tak nikt też od dawna nie zadaje pytań o to, czy chcemy płacić podatki. Być może państwo w jakiejś formie ma sens, płacenie podatków również, tylko warunkiem powinno być wyrażenie zgody na uczestnictwo w tym procederze.
„Kradzież” wg Słownika Języka Polskiego PWN to „potajemne zabranie cudzej własności” – jakże niewiele jest sytuacji, gdy zwykły człowiek w sposób świadomy [nie wspominając o dobrowolności!] wpłaca bezpośrednio podatek lub gdy ma okazję się dowiedzieć o tym, że w cenie produktu jest zawarty choćby np. podatek VAT [a gdzie inne podatki pośrednie?]. Tyle, że podatków i kosztów ponoszonych na rzecz państwa wciąż jest tyle, że niemal niemożliwe jest ustalenie czystej wartości towaru lub usługi. Reforma systemu podatkowego wciąż pozostaje ledwo reformą kradzieży, bo to państwo ma monopol na przymus i ani tego nie ukrywa, ani nie zamierza z tego monopolu zrezygnować. Mam wrażenie, że kradzież, jako utrata własności, traktowana jest jako subiektywne odczucie, rodzaj dyskomfortu, którego pewne odmiany nie podlegają kryminalizacji. Państwo, urzędy, autorytety, a nawet Kościół [niepłacenie podatków jest grzechem; kradzież pospolita też, widocznie traktują to jak okradanie państwa – co za potworność!] wykorzystują tą ludzką słabość, że podatki traktujemy właśnie w owej kategorii dyskomfortu, a nie napaści z użyciem przymusu. [Z księgarnianych nowości natknąłem się na nową książkę Ch. Palahniuka (to ten od Fight club) „Dziennik”; jak zwykle obrazoburczy, szyderczy, bezkompromisowy w formie i w treści, choć gdy czyta się jego 4 książkę, to nie zaskakuje tak jak kiedyś. Ale warto!]
środa, 26 marca 2008
oko magistratu
To wlepka zrobiona w przerwie między lekturą kolejnych rozdziałów książki Agnieszki Taborskiej „Spiskowcy wyobraźni. Surrealizm”, stąd też poszła iskra, która w połączeniu z moją fobią o narastającej kontroli wszystkich i wszędzie dała takiż szybki efekt. Wyemitowałem to w symbolicznej ilości, jako zapis chwili zauroczenia tą smakowitą lekturą. Ileż wrażeń dostarczają dzieła surrealistów, albo chociaż ich sny [skąd znakomity cytat, który mógłby być mottem każdej kampanii wyborczej: „Z królami nie staje się do pojedynku, królów się gilotynuje”]; warto sięgnąć po ich filmy czy książki, albo chociaż po książkę A. Taborskiej, by choć odrobinę odreagować masową pop-elinę.
niedziela, 23 marca 2008
REWOLUCJA W PROMOCJI
[dalej o promocji…] Nie tylko byle jaki towar nie jest się w stanie obejść bez promocji, bez niej nie jest też w stanie wygrać lub choćby przetrwać żadna rewolucja. I nie chodzi mi o „rewolucję w olejach silnikowych”, „rewolucję w praniu” czy „rewolucję w obrazie telewizyjnych”, bo o takich słyszymy najczęściej, tylko o zjawisko wywracania porządku społecznego, o wynicowaniu go i wypruciu podszewki, za którą lęgną się wciąż mole starego porządku. Młodzieży z rewolucją kojarzy się najczęściej Ernesto Guevara, którego wizerunek stał się bardziej mitologiczny, niż historyczny, bo choć swój pośmiertny etos ugruntował na przełomie lat 60/70 to w latach 90’tych został doskonale sprzedany w nowym opakowaniu. I jak zwykle bywa z promocjami rzeczywistość mija się mocno z reklamą, ale tego przystojnego Argentyńczyka pokochały miliony wierząc w jego krystaliczne czyny, albo z małymi wątpliwościami choćby przynajmniej w intencje. Ohyda, równa ohydzie mitu Trockiego, jako „jedynego sprawiedliwego” bolszewika, który sprzeciwił się dyktaturze Stalina – wypromowany przez niestalinowskich komunistów starających się o odbudowanie dobrego wizerunku tej ideologii, mocno umoczonej we krwi na całym świecie. Ale żaden Urząd Ochrony Ideologicznego Konsumenta nie mógł w obydwu przypadkach nic zarzucić tym kampaniom reklamowym, bo wszyscy milczeli konsumując tylko słowa, a ci którzy mieli nieszczęście być poddani działaniu obydwu produktów [czyli rządów Trockiego i Guevary] mówić nie mogli. To trochę przydługi wstęp do bardzo interesującej lektury, o robiącej naprawdę ogromne wrażenie rewolucyjnej kampanii reklamowej EZLN, meksykańskich zapatystów – „WIRTUALNA PARTYZANTKA” [klikasz i czytasz]. Nie chodzi mi bynajmniej o to, by formułować wobec nich jakieś zastrzeżenia, specyfika regionu i klimatu geopolitycznego zrodziła taką a nie inną formację, jednak warto przeczytać jak radzą sobie w nowoczesnej rzeczywistości. Nadali swym działaniom maksimum pozytywnych cech, nie dając się przebić medialnie propagandzie państwowej czy cywilizowanym piewcom kultury Zachodu i wrogom terroryzmu. Nie udało się tego uczynić Czeczenom zdławionym przez rosyjski kombinat medialny i czołgowy, islamiści zaś zakotwiczyli się jedynie nieznacząco w kulturze hip-hopu. Teraz Tybetańczycy muszą się zmierzyć nie tylko z siłami bezpieczeństwa Chin, ale i z jego mocarną propagandą [i blokadą informacji].
sobota, 22 marca 2008
Kielce po chińsku
Zamierzałem by ten projekt wrzucić też wlepkowo na ulicę, ale jakoś straciłem rozpęd, a poza tym nie byłbym w tej dyskusji o Tybecie zbyt przekonujący. Na jednym z forum kieleckich dotyczących właśnie Tybetu dorzuciłem swój punkt widzenia odnoszący się do Kielc, czyli uścisków dłoni prezydenta Kielc z przedstawicielami tychże złych Chin*, ale na wątek ten nikt nie zareagował, jako chyba zbyt mało spektakularny, nie wspominający o olimpiadzie, o prawach człowieka i o wyzyskiwaniu ludzi tamże, czy o wielkiej polityce. Tego nie ma w TV, są tylko mnisi i sportowcy ze swoimi dylematami. Zostało to więc tylko w formie projektu, no chyba, że mi się zachce to druknąć…
A 21III, jak w innych miastach Polski [niegdyś tego dnia odbywały się manifestacje antyfaszystowskie; mody się zmieniają…] odbył się w Kielcach wiec poparcia dla wolności Tybetu. To było dosyć kameralne zdarzenie, było ok. 20 osób, palenie zniczy, odczytanie poważnego epistołu itd. Tyle, że zorganizowali to Młodzi Demokraci, którzy kiedyś będą Starymi Demokratami [inaczej nie nazwali by się, z racji wieku, „młodymi”] i będą podawać rękę w imieniu wyborców innym chińczykom czy partnerom z „atrakcyjnym zapleczem finansowym”, jak dzisiejszy prezydent Kielc, demokrata co się zowie [w czasie strajku kieleckiego MPK zastosował chińską metodę prowadzenia dialogu]. *władze miasta Kielce zawiązały spółkę z Chińczykami, mającą prowadzić wspólne inwestycje komunalne i komercyjne. Tak się zagalopowały w promocji tego faktu, że strona internetowa kieleckiego urzędu miasta jest w 3 językach: polskim, angielskim i chińskim właśnie.
niedziela, 09 marca 2008
żYCIE W PROMOCJI
niedziela, 24 lutego 2008
znalezione w sieci
O wiele łatwiej jest wyszukiwać rzeczy warte uwagi, niż coś samemu zrobić, ale i na to nadejdzie czas. Tak więc i łatwiej podpierać się już opublikowaną krytyką, niż ją samemu artykułować. Niemniej jednak jest kilka rzeczy, na które warto zwrócić uwgę, a mianowicie: ALTERKINO
![]() To wiele mniej lub bardziej wartościowych i zaangażowanych społecznie filmów, do ściągnięcia bezpośrednio ze strony, do ich obejrzenia wymagany jest więc tylko czas na oczekiwanie zakończenia procesu zasysania kilobajtów i dobre łącze. Potem można już szczycić się tytułem znamienitego konesera kina krytycznego. Odnalazłem też zakamuflowane w sieci ARCHIWA PRZYSZŁOŚCI , które gromadzą i udostępniają teksty, których próżno szukać na serwerach zastanego porządku. Krytyczny internauta znajdzie tu pożywkę dla swojego krytycyzmu; internauta praktyczny zapozna się z ognistymi wizjami przekształcania rzeczywistości, internauta utopijny będzie się zaś mógł napawać pocztówkami z wyswobodzonego, ludzkiego świata. Dla internautów - muzealników przewidzieliśmy atrakcję szczególną: artykuły z czasopism już nieistniejących, lub tak wspaniale zakonspirowanych, że nawet ich redaktorzy stracili je z oczu ("Rewolta", "Monada", "Parada Krytyczna"). A z życia codziennego i tutejszego znalazłem artykuł o policyjnym panaceum na różne miejskie bolączki i lęki, czyli o perspektywie jeszcze nowoczesniejszego systemu monitoringu miejskiego, które swoimi oczami obejmie jeszcze kilka osiedli i jeszcze więcej zakamarków z centrum miasta: CZYTAJ
niedziela, 17 lutego 2008
Lutowe "TERAZ"
... a w nim krótka notka, okraszona kilkoma zdjęciami z byłej już wystawy streetartowej w "Lakierni", spisana przez Kinię. Stawiam flaszkę, że zostały dokonane redakcyjne cięcia. Poza tym odradzam lekturę tego czasopisma.
A gdy pisałem o nowowydanej książce Guy'a Deborda "Dzieła filmowe", to nie spodziewałem się, że uda mi się ściagnąć z netu jego film "La société du spectacle", a najzwyczajniej jest to możliwe [choć dzięki genialnemu przekładowi Mateusza Kwaterki obejrzenie filmu jest zaledwie dopełnieniem lektury]. Poza tym jakieś pokazy jego wszystkich filmów już się mają odbyć w Polsce.
poniedziałek, 04 lutego 2008
FOTKI Z WYSTAWY
Na Wici.info jest galeria zdjęć z wernisażu wystawy w "Lakierni", coś tam zawsze można zobaczyć: KLIKNIJ. Nawet w radiu BIS [tam słyszałem, bleblają podobno i gdzie indziej] nawołują by ją oglądać, niestety nie do tego, by samemu spróbować coś zrobić, zresztą jakże by inaczej, w końcu robią to tylko Artyści Uliczni i nikomu innemu nie wypada być chuliganem i wandalem. Bo każdy porządny obywatel swój głos już oddał w wyborach:-) A zaglądając na stronę Urzędu Miejskiego w Kielcach, by sprawdzić, czy rzeczywiście jest tam wersja chińskojęzyczna [JEST!] zabłąkałem się do kieleckiej telewizji internetowej, a tam znalazłem krótki nius: OGLĄDAJ |