|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
DLA CZYTAJąCYCH
DLA POSZUKUJąCYCH
HISTORIE
INFO
MIEJSCA-INICJATYWY
RUCH/IDEA/KONTRA
Street+ART
_____ZAMEJLUJ:______
wolnekielce@gmail.com
|
sobota, 21 stycznia 2012
Panie prezydencie Lubawski, może jakieś drzewo by pan posadził?
czwartek, 17 listopada 2011
Petycja w sprawie ratowania CRK
Co dalej z CRK?
Więcej o działalności wrocławskiego Centrum Reanimacji Kultury można znaleźć oczywiście na ich stronie czyli TUTAJ
niedziela, 06 listopada 2011
LOKOMOTYWA #3
Oto z zaskoczenia nieco pojawił się nowy, trzeci numer LOKOMOTYWY – kieleckiego pisma, które jest obecnie jedynym papierowym wydawnictwem niezależnym w Kielcach, orbitującym na dodatek mocno w anarchistycznych klimatach. Niby nie powinno mnie zaskoczyć ukazanie się tego numeru, bo są tam dwa moje teksty, ale jednak stało się to trochę bezwiednie i fajnie, bo to, że się wciąż ukazuje to jednak niespodzianka. W środku jak zwykle to i owo z regionu i ogólnie, ideowo i muzycznie, najlepiej zobaczyć samemu i jak zwykle udostępniam to wydawnictwo w dwóch wersjach:
piątek, 04 listopada 2011
Koncert w Tunelu: DUMBS, ADHD SYNDROM, GARAŻ
To ewidentne zaproszenie na koncert i to do Tunelu. Tak, tak, tam zdarzają się najsmaczniejsze eventy w Kielcach. Jeden z organizatorów zapewnił mnie, że mój zdemoralizowany gust muzyczny zostanie zaspokojony w czasie oglądania koncertu ADHD Syndrom. No to sprawdzę…
niedziela, 16 października 2011
Banksy i jego filmowy dokument o współczesnych tricksterach
[jest już w końcu po wyborach i można napisać o czymś zupełnie innym, z czym czekałem trochę za długo, bo opisywany poniżej film znikał po kolei z YouTube, potem z Vimeo, ale jest na razie dostępny na Wrzucie] Sztuka ulicy to nie tylko graffiti, to szereg zdarzeń, które są inicjowane w przestrzeni publicznej – tak można by zacząć notkę o „The Antics Roadshow”, bo Banksy przygotował tym razem film dokumentalny, będący swego rodzaju panoramą publicznej drwiny. Po pierwszym obejrzeniu tego dokumentu na myśl mi przyszło skojarzenie z książeczką Hakim Beya „Tymczasowa Strefa Autonomiczna”, która wg mnie stanowiła pewien zalążek mitologii utopistycznej, pozbawionej powagi i nadęcia, gdzie autor genealogii zaistniałych utopii doszukiwał się choćby w pirackich siedzibach. Nie było w tym ani krzty zachwytu nad dokonaniami Fouriera, wizjami Owena czy Wellsa, tylko proste przykłady chwilowych - tytułowych tymczasowych - wcieleń tych idei. A Banksy pokazał coś bardzo podobnego – ludzi, którzy zaatakowali wyobraźnię ludzką i choć te ataki trwały chwilę zaledwie to zaistniały jako właśnie tymczasowa rewolta wyobraźni. W niektórych przypadkach to były dosyć groźne ataki – jak pokazała historia o kobietach, „zwykłych angielskich gospodyniach domowych”, które w czasie wojny z Irakiem wdarły się nocą na teren bazy wojskowej i młotkami rozwaliły samolot wojskowy stojący w hangarze – by nikogo już więcej nie zabił. Inne historie zawarte w tym filmie opowiadają o zdarzeniach zdecydowanie mniej poważnych – malowanie monstrualnych kutasów na moście w Rosji naprzeciwko siedziby FSB, człowiek-kangur czy człowiek-motyl, łapiący policjantów w siatkę na motyle, żartownisie znajdujący się na zdjęciach wśród znanych sportowców, włamywacz, który ukradł butelkę wina z sypialni brytyjskiej królowej, twórca zielonego irokeza na głowie pomnika Churchila, ludzie biegający nago na imprezach sportowych, całowanie z zaskoczenia milicjantek na rosyjskich ulicach, szalone kolorowe rozbryzgnięcie na ruchliwym skrzyżowaniu i inne dziwne zdarzenia. To naprawdę niezły, widowiskowy i inspirujący zaczyn do przeglądu współczesnych tricksterów. Polecam i nakłaniam do obejrzenia filmu, póki nie zostanie usunięty:
Pełniejszy opis filmu TUTAJ.
poniedziałek, 10 października 2011
CAŁA POLSKA MA KACA…
sobota, 08 października 2011
9 X – jakiego jutro dokonam wyboru?
piątek, 23 września 2011
WYBORY CZY GŁOSOWANIE? Czyli o dokonywaniu prostych wyborów.
piątek, 16 września 2011
UCZCIWE PAŃSTWO – wyborczy oksymoron
„Uczciwe państwo” to niestety znowu hasło z bilboardu PiS – to nie wina programu partii, ich specjalistów od PR tylko sposobu myślenia, który sprawia, iż ludzie wierzą, że to hasło może być prawdziwe. Niestety „uczciwe państwo” jest tym samym co „uczciwy złodziej”, jest kiepską próbą nadania kradzieży, przemocy i przymusowi pozytywnego znaczenia. Wykreowanie wizji państwa, które podatki kradło by uczciwie, narzucało by przepisy i kary za ich nieprzestrzeganie w sposób pokojowy i ugodowy, uzasadniałoby opór przeciw opresywnej administracji i policyjnej kontroli jako nieracjonalny – to chyba niemożliwe. Oczywiście można wmówić ludziom, że wyrzeczenia są potrzebne, że Janosik, Robin Hood, Marks i Unia Europejska stworzyli jedynie słuszny system uczciwej redystrybucji, ale dla mnie definicja kradzieży wciąż jest na tyle oczywista, że państwowego przymusu nie da się sensownie rozgrzeszyć, jak i istnienia mitologicznej „umowy społecznej”. Przez chwilę myślałem, że jako ci „uczciwi i niezłomni” PiS w końcu powie wszystkim o co w tym chodzi i hasło „Uczciwe państwo” będzie raczej deklaracją „Szczera władza”. Że obwieszczą szczerze to, co mówili Lenin czy Trocki – musimy używać przemocy, budować aparat kontroli, zabierać wam pieniądze, by zbudować państwo, które jako organizm jest ważniejszy niż każda pojedyncza komórka z osobna; że ten organizm musi stosować dyscyplinę, wycinać i wypalać komórki, które wydają się być zarażone, zainfekowane, bo tylko tak możemy przetrwać, bo jednostka nic nie znaczy, bo nie wierzymy w indywidualizm, tylko w mrówcze królestwo – Państwo. Ale chyba ich nie stać na szczerość.PO przynajmniej nie próbuje udawać szczerości, nic nie mówi o uczciwości, tylko ewentualnie o „przyjaznym państwie”. Ale to nie dziwi, ze złym psem też można się zaprzyjaźnić, a przykład Breivika pokazuje, że naprawdę porządnych ludzi „do złego ciągnie” – dostaje mnóstwo listów miłosnych od kobiet, w jakiś tajemniczy sposób zafascynowanych tym diabłem w ciele anioła i w bluzie Lacoste. A wracając do PO, to Konstanty Miodowicz reklamuje się hasłem „Państwo sprawiedliwe”, ale przecież [znowu!] i Trocki, i Lenin i większość dyktatorów i masowych państwowych morderców powoływała się na jakąś „sprawiedliwość społeczną”, więc jego hasło nie burzy we mnie specjalnych emocji. „Państwo sprawiedliwe” to zresztą aparat, który w miarę sprawiedliwie okrada wszystkich, obciąża sprawiedliwie społeczeństwo finansowaniem swoich politycznych, partyjnych wizji i sprawiedliwie ignoruje prawo do odmowy współudziału i nieuczestnictwa w tym systemie.
niedziela, 11 września 2011
Szaro Czarnów
Polecam w ciemno wystawę, której wernisaż odbędzie się w Galerii „Lakiernia” 16.09.2011 o godz. 18 – „Szaro Czarnów” to fotograficzny obraz tej dzielnicy, która posiada od wielu lat swój nietypowy charakter. Charakter ten tworzą nie tylko mieszkańcy, ale i podejście miasta do tej dzielnicy, co można zaobserwować przechadzając się po tym miejscu i porównując do innych części Kielc. Autorzy o tej wystawie piszą tak: Obaj mieszkaliśmy na wielu kieleckich osiedlach, ale Czarnów jest inny . Od razu dostrzega się specyficzny urok tego miejsca. To zupełnie inny świat. Bloki są w większości komunalne, a więc nie należą do spółdzielni, ale do miasta. A mieszkańcy bloków socjalnych nadają sznyt i wpływają na postrzeganie tego osiedla. Te obrazy dokumentują naszą fascynację tym miejscem. O wystawie więcej można się dowiedzieć dzięki Wici.info
niedziela, 04 września 2011
Uszczypnięcia wizualne i obscena wyborcza
Bilboardy już straszą wizją kandydatów i ich sztabów wyborczych. Hasła minimalizowane są do poziomu kilku słów, by jak w komiksie czy reklamie [choć to reklama raczej czerpie z komiksowego stylu] opowiedzieć historię przy pomocy obrazka i jednego zdania w dymku. Podobnie jest z bilboardem, który miałem nieprzyjemność ujrzeć ostatnio w Kielcach: „PiS. Polacy zasługują na więcej. Bezpieczeństwo.” Co ma jednak polityk na myśli gdy mówi o bezpieczeństwie: bezpieczeństwo obywateli czy państwa? A nie jest to tożsame, gdyż danie więcej uprawnień jednej stronie odbiera je drugiej. Znając propaństwowe, ultrapatriotyczne deklaracje i marzenia o zaostrzeniu prawa, wiem, że ta partia mówiąc o bezpieczeństwie ma na myśli: więcej uprawnień dla służb, ostrzejsze kary [uwięzienie przestępcy to dobry środek jego kontroli, ale nie wpływa zbytnio na ogólne poczucie bezpieczeństwa społecznego i nic nie czyni w kierunku zadośćuczynienia ofierze], afirmacja militaryzmu, zwiększona kontrola i prewencja [ale raczej w stylu CBA] itd. Itp. A może chodzi o bezpieczeństwo ekonomiczne? Wtedy na pewno chodzi o wzmożenie jej regulacji, obłożenie przepisami i procedurami rynkowych zachowań, co wg mnie ani nie wpływa na bezpieczeństwo konsumentów ani tym bardziej przedsiębiorców. Więc ma mnie to zachęcić? Nie udało się. Podobny chwyt zauważyłem na Sienkiewicza, ale w o ileż milszym wydaniu: ładna hostessa [bo jakoś nie wierzę, by normalna dziewczyna założyła taki t-shirt] paradowała po tej ulicy w błękitnej koszulce z napisem „PO Polska w budowie”. I to jest obsceniczne albo prowokujące do zerwania z niej tej koszulki. Czemu obsceniczne? Bo zadziałało na podobnej zasadzie jak nagość w sztuce czy publiczna w życiu, która wg katolików jest obsceniczna, a są oni głośną, dobrze zorganizowaną i opiniotwórczą grupą nacisku, która mówi o tym przy każdej okazji – i podobnie jest wielu ludzi, którzy mają odruch wymiotny, biegunkę, dreszcze, mdłości i ogólne odruchy zniesmaczenia gdy widzą taką nachalną propagandę rządową. Jest to więc obsceniczne nie z tego powodu, że równie wielu ludzi to lubi, ale dlatego, że tak wielu ludzi tego nie lubi [jak nagości publicznej]. I to decyduje co jest, a co nie jest obsceniczne. Dla uzupełnienia tych wylewów dwa cytaty, które choć nie o wyborach, to wiele mówią o ich charakterze: „Publiczność jest dlatego tak dobrze przygotowana do podjęcia gry w demokratyczne samozadowolenie, że tradycyjna forma widowiska pozwala jej identyfikować się z dobrymi i potępiać złych. Widz jest sędzią.”- to z książki F. Jotteranda „Nowy teatr amerykański” o spektaklach eksperymentujących teatrów i wystarczy zamienić w niej słowo „widz” na „wyborca”, co unaoczni, dlaczego ludzie chodzą na wybory. I to bolesne opisanie syndromu: „demokratyczne samozadowolenie”… O wiele głębiej sięgnął Herbert Marcuse nawiązując do freudowskich teorii: „Ojciec, ograniczony w rodzinie i swym jednostkowym autorytecie, o którym przesądza biologia, odradza się jako o wiele potężniejszy w postaci administracji chroniącej życie społeczeństwa oraz w postaci praw chroniących administrację”. [„Eros i cywilizacja”]
piątek, 02 września 2011
Piękny gest radnych Łagowa
Jak miło czyta się takie (niezbyt nowe) niusy, choćby w najbardziej plugawych mediach – radni Łagowa w czerwcu podjęli uchwałę o likwidacji swojej Straży Gminnej! Ludzie nie czerpali z ich pracy żadnego pożytku, bo zamiast zajmować się sprawami mieszkańców zajmowali się fotoradarami. Nawet na stronie gminy Łagów w zakładce „Straż Gminna” jest tylko jedna informacja na temat ich działalności: o kontrolach fotoradarowych! Czyli się da, nie zważając na to jakie zyski przynosiła ich stręczycielska działalność.
Czy po płaczliwej publicystyce kieleckiej Gazety o bezradności Straży Miejskiej wobec rdzennych mieszkańców śródmieścia prowadzących swobodne życie na (swoim) Rynku, nasi radni podejmą decyzję o przecięciu tego wrzodu? Nie, raczej nie - jak sami sobie mogli by odebrać prestiż posiadania municypalnych służb mundurowych? Ale wiadomość z Łagowa to może być jeden z kamyczków, które poruszą kiedyś choćby malutką lawinę.
czwartek, 01 września 2011
No to pyknęło 5 lat tego bloga!
Kilka dni temu przekręcił się kalendarz tego bloga po raz piąty. Powstał pierwotnie jako komentarz do wlepek, które emitowałem na mieście, ale era papierowej ekspansji jest już od dawna w zaniku. Wlepki oczywiście powstawały wcześniej, zanim pojawił się ten adres w sieci i przez ten czas spod drukarki na powierzchnie miasta powędrowało kilka tysięcy sztuk. Niestety nie przetrwały próby czasu i ataków pogody oraz wandali, którzy je zrywali [tak, może i jestem politycznym chuliganem, ale ci, którzy zrywali moją twórczość są wandalami], a elektroniczne słowo mimo problemów różnych jeszcze funkcjonuje. Z żalem muszę przyznać, że wybór platformy blogowej Blox było błędem, jakoś żal mi jednak rezygnować z tego miejsca, mimo różnych problemów, którymi mnie Blox obdarował, jak np. takim ostatnim komunikatem:
![]() Nie ma co podsumowywać zbytnio, cieszę się życiem słowa i tego, że mogę dawać głos nie tylko raz na kilka lat w czasie wyborów. Pięciolatkę oblewaliśmy w doborowym towarzystwie – był np. Wojtek, twórca jednego z ciekawszych pism kieleckich INFERNO, które ukazywało się na przełomie XX i XXI wieku, a które swoją formą postawiło wysoko poprzeczkę dla miejskiej publicystyki dziś uprawianej właśnie na blogach [nie wspominając o innych ujęciach słowa na papierze, markerem i sprajem]. Sączyłem alkohol wśród ludzi, którzy zostawili wiele śladów na charakterze tego miasta w formie bardzo różnej – w muzyce, w fotografiach, wrażeniach, w piśmie, na murach, w parku, na ławkach, w knajpach, swoją obecnością od wieków „w pewnych środowiskach”, ale by wypunktować, to co da się znaleźć w sieci przedstawiam gości tego zdarzenia zaledwie w takiej formie: małe a fotoszwendacz wolność równość ludobójstwo papierowy tygrys prasakielecka korzenie mam zdanie brulionman Ordinary Guy Dziękuję i zalecam umieszczenie przycisku „Opiłem to!”
niedziela, 07 sierpnia 2011
NIE JESTEM TURYSTĄ, JA TUTAJ MIESZKAM
To tytuł jednego z singli ACTIVE MINDS, kapeli o której można osobno napisać ciekawe rzeczy [jak np. o ich podejściu do DIY, które uparcie kazało im nie wydawać się na kompaktach, tylko na winylach], ale ten tytuł niestety jest też dobrym tekstem na wlepkę o mieście.
Bo „turysta” to jak obywatel tymczasowy [bo tylko władza, granit na bruku i pomniki są stałe, niezmienne i wieczne], bez pełnych praw decyzyjnych, jak pracownik czy konsument nocujący zaledwie w mieście, które jest zarządzane wg Wielkiej Urzędniczej Koncepcji. „Turysta” byłby najlepszym obywatelem – stołował by się u kieleckich restauratorów, pił piwo grzecznie pod parasolami, chadzałby do kieleckich sklepów i galerii handlowych, spał by w kieleckich hotelach, odwiedzał muzea i wyjeżdżałby nie domagając się niczego od miejskich władz. Szereg zmian w Kielcach ostatnimi czasy sprawia wrażenie, jakby ich sens był skupiony wokół nadania miastu, czy jego centrum, charakteru estetycznego, przypisania mu walorów turystycznych, podniesienia komfortu konsumpcji – to zarówno ograniczenie ruchu samochodowego, przebudowa rynku, który lepiej teraz nadaje się do zapełnienia go knajpianymi parasolkami, budowa centrum handlowego „Korona” w ścisłym centrum miasta czy decyzje dotyczące sponsorowania zawodowego klubu piłkarskiego „Korona”. Niedawno bowiem miasto dofinansowało ich dodatkowymi 4 milionami, które przesunięte zostały z niezrealizowanych inwestycji, które poległy z przyczyn proceduralnych [ale w przypadku dofinansowania piłkarzy niepotrzebne były już żadne procedury przetargowe ani ustawa o zamówieniach publicznych]. Klub piłkarski jako prestiżowa inwestycja miejska to dosyć kontrowersyjna sprawa, to bowiem tak naprawdę komercyjna spółka w której grają zawodowcy za niemałe pieniądze, mieszkańcom dając jedynie wątpliwej jakości widowisko, bo ze stadionu już przecież sami korzystać nie mogą. Miasto, w którym ludzie mają mieszkać, buduje się więc na wzór kurortów i muzeów – z elegancką promenadą, z piłkarskim wesołym miasteczkiem, z kontrolą miejsc, w których turyści mogą się poruszać, z ładnymi fasadami [i zamkniętymi bramami kryjącymi zaniedbane podwórka], z przyzwoleniem dla „eleganckich” inwestycji [jak Promenada Solna], które podniosą prestiż miasta, niekoniecznie przynosząc korzyść mieszkańcom. No i zaplanowane atrakcje, plac, gdzie mogą pokazywać się artyści, wodotryski i fontanny, wyznaczone miejsca, w których pod parasolem można wypić piwo, jak plaża strzeżona i wesołe miasteczko. Czasem z festynem dla turystycznego ludu na Kadzielni.
A my żyjemy w mieście, w którym traktują nas jak intruzów, podejrzanych, niepoczytalnych. W mieście, w którym przy pomocy monitoringu pilnują, czy w prestiżowych miejscach zachowujemy się należycie i w którym straż miejska nabywa kolejne uprawnienia pozwalające jej wystawiać mandaty za picie w piwnicach, bramach, na klatkach schodowych i strychach, czyli w miejscach nie-publicznych [pisali o tym TU i TU, ale Gazeta nie raczyła o tym wspomnieć].Po udanej batalii przeciw dopalaczom, po rozpoczętej wojnie przeciw kibolom, miasta rozpoczęły kampanię, która ma zdyscyplinować mieszkańców w spożywaniu alkoholu. By mocniej kontrolować dostęp do niego i miejsca, w których można go spożywać. Nie dało się przepchnąć ustawy o monitoringu w każdym sklepie monopolowym [by kontrolować sprzedaż nieletnim], to można uchwałą miasta wykluczyć jego sprzedaż, oparagrafować sklepy w centrum miast. We Wrocławiu nie udało się wywalczyć tajemniczemu lobby zakazu sprzedaży alkoholu od 21 do 6 rano w obrębie Rynku, radnych wyhamował na szczęście tamtejszy wojewoda. O co poszło? O kasę na pewno: w tamtejszych knajpach piwo od 7 zł wzwyż, wielu pije więc poza lokalami; ludzie hałasują, bo jako ofiary innych przepisów wychodzą zapalić przed knajpy; a zasikane bramy to też efekty monstrualnych czasem kolejek do knajpianych ubikacji. Uderzenie w sklepy to nieuprawniony zakaz i ograniczenie pracy i handlu, na razie na szczęście uderzenie było chybione.
W Kielcach śledzę nieuważnie, ale stale, co gazeta.pl montuje w sprawie alkoholu – to jak rysowanie kiepskiego obrazu centrum miasta, w którym dominują pijaczkowie, którzy hałasują, klną i śpią na rynku [o tym był nius, niczym z „Faktu”, pełen szoku i oburzenia]; jest na nim też żebractwo i żule zakłócający delektowanie się konsumpcją w ogródkach na rynku. Obraz pijaństwa, podobnie jak „portret typowego kibola”, jest mroczny i wymaga interwencji władz. Przez kilka tygodni wisiał u nich na głównej tekst nawołujący do radykalnych działań – wywożenia za miasto niepożądanych elementów. A to przecież paradoks – to restauratorzy są intruzami, bo ci „źli pijaczkowie” mieszkają przy rynku od pokoleń! To niemal jak jedno z tych "zaginionych białych plemion", jak Indianie w rezerwacie, którzy swoje zdegenerowanie "zawdzięczają" jedynie ekspansji europejskiej kultury. Cynicznie można napisać, że te parasole stoją w miejscu gdzie ojcowie, dziadowie i pradziadowie tych "natrętów" spotykali się z sąsiadami i krewnymi, pili alkohol i prosili znajomych i nieznajomych o grosze czy złotówki na następne działki alkoholu. Tradycja. Tworzy się więc mocny problem, rodem z PRL – już w świętokrzyskim piśmie „Przemiany”, wydawanym w czasach komuny, był dział „Plagi społeczne”, w którym pisali o bimbrownictwie i o punkach i ta dzisiejsza kampania Gazety wygląda jak nawiązanie do tej „chlubnej dziennikarskiej tradycji” napiętnowania i nawoływania o dokręcenie śruby.
czwartek, 28 lipca 2011
No to się zaczyna…
Po norweskiej masakrze [jak 10 lat temu po ataku na WTC i Pentagon] zaczęła się dyskusja o nowego typu zagrożeniach, która jednak, jak to zwykle bywa przy podobnych sytuacjach, potoczy się zapewne nie w kierunku analizy przyczyn społecznych frustracji i niezadowolenia z obecnego układu, ale w stronę ogólnej prewencji i wzmożenia czujności i kontroli nad społeczeństwem. Pojawił się np. nius o tym, że europejska agencja policyjna Europol chce stworzyć "dokładny i aktualizowany portret prawicowego ekstremizmu w Europie, a zwłaszcza w Europie Północnej", lecz z takiego portretu nie wyniknie nic szczególnego w przypadkach tak odizolowanych postaci jak Breivik czy krakowski bomber, u których nawet najbliżsi nie zauważali groźnych symptomów. Ten portret będzie zapewne w końcowym efekcie [po części] filtrem, który będzie używany do kontroli przepływu informacji – kto, kiedy i jak często wędruje po sieci w poszukiwaniu określonych treści i czy podobne treści nie pojawiają się w wiadomościach mejlowych, na komunikatorach czy w telefonii komórkowej. * niestety, potwierdzenie pojawiło się szybko TUTAJ - i w tekście, i w komentarzach [szczególnie]
sobota, 16 lipca 2011
Punkowy koncert w Tunelu o wielu obliczach
Przed dzisiejszym koncertem w Tunelu [na którym się niestety nie mogę pojawić] już zapewne słychać delikatny trzask odkręcania butelek wódki, psyknięcia otwieranych piw, szelest plastikowych kubków, które za chwilę napełnią się alkoholem, co zresztą stanowić będzie ogólne tematyczne libretto wieczoru, które aż do późna w nocy będzie się wzmagać. Ale to nie sam koncert jest [choć powinien być] najciekawszy, tylko żywiołowa dyskusja, która rozpoczęła się nad nim już kilka dni temu. Czy jest w tym koncercie coś specyficznego? Otóż nie, koncert jest najzwyczajniejszy, tylko podobnie jak w świecie polityki i kulturowego mainstream’u wzbudza kontrowersje niedopowiedzeniami, plotkami i dowodami na istnienie spisku. Zaczepiłem się na tym temacie, bo niestety sytuacja będzie się powtarzać, a jak to w „światku”, plotka zawsze będzie się niosła i rządziła swoimi prawami.
piątek, 24 czerwca 2011
Dzień Wolności Podatkowej 2011
Dziś jest ten symboliczny dzień w roku, gdy po obliczeniu wszystkich zobowiązań fiskalnych wobec państwa okazuje się, że dopiero teraz zaczynamy zarabiać na siebie. Do 24 czerwca nasza praca polega na tym, by opłacić podatki bezpośrednie i pośrednie [a jest ich naprawdę dużo, bo i choćby przymusowa składka na ZUS jest takim podatkiem], zaś dopiero od dzisiejszego dnia, niemal w połowie roku, zyski z naszej pracy możemy przeznaczyć na swoje własne potrzeby. Oczywiście część z tych podatków zabranych pod przymusem wróci do nas w postaci różnych usług czy inwestycji, ale gdybyśmy sami mogli decydować zapewne struktura tych wydatków wyglądałaby zupełnie inaczej. Ironią w dodatku jest to, że wielu ludzi, zarabiających wystarczająco wiele, ma możliwość przeniesienia wirtualnie siedziby swoich inicjatyw gospodarczych/firm do krajów nazywanych rajami podatkowymi, zwykły człowiek natomiast przez cały rok finansuje państwo, by potem musieć mu udowodnić, że jest na tyle biedny, iż należą mu się jakieś groszowe odliczenia podatkowe, które łaskawie zostają mu zwrócone po kilku miesiącach. Bycie żywą kartą kredytową [działanie jest podobne – spłata bezodsetkowa na karcie kredytowej to 54 dni, zwrot podatku z Urzędu Skarbowego trwa minimum tyle samo] rządu jest faktem, co pokazała już afera zaboru naszych składek emerytalnych, które zamiast do OFE w części trafiają do państwowego ZUS-u. O wielu innych aspektach dotyczących polityki fiskalnej rządu, także przy okazji naszych zobowiązań wobec Grecji i sytuacji, która do tego doprowadziła można przeczytać na stronie Centrum im Adama Smitha, w komentarzu do konferencji prasowej, na której ogłosili jak w tym roku wypada Dzień Wolności Podatkowej.
czwartek, 23 czerwca 2011
LOKOMOTYWA#2
Jeszcze przed polską prezydencją w Unii, jeszcze przed rozpoczęciem lata i przed rozpoczęciem wakacji, co dla niektórych to moment intensywnych wyjazdów na letnie festiwale [ja oblizuję się właśnie na Żelebsko…], ukazał się drugi numer kieleckiego pisma anarchistycznego LOKOMOTYWA. Jest kilka rzeczy, które mi się tam niezbyt podobają, jakieś drobne rzeczy do wytknięcia, ale to nie tutaj, to dopiero przy winie z Adamem;) Cieszy jednak to, że pojawiło się w Kielcach medium papierowe, gazeta, w której jest spersonalizowany głos [a nie jakieś forum internetowe] kieleckiego środowiska [to określenie na wyrost, niestety] i , że mimo pewnych obcych mi trochę naleciałości, jest to głos ukierunkowany anarchistycznie. I ważne jest to też w obliczu tego, co napisał kiedyś Krawat z INNEGO ŚWIATA – po jakiejś prawdopodobnej światowej katastrofie, gdy media elektroniczne umrą, badacze historii o anarchizmie będą sądzić jedynie na podstawie jego papierowych pozostałości. I nikt nie będzie pamiętał o takich portalach jak CIA [ani niestety o ”wolnekielce” też…]. A by nie sądzić po mojej opinii trzeba przeczytać i najlepiej dodać coś od siebie. A oto danie główne, wuala!
Do przejrzenia lub pobrania w pdf TUTAJ, a do samodzielnego wydrukowania TA WERSJA
niedziela, 19 czerwca 2011
HASAPARASA-POLICJA-hopsasa!
Hasaparasa jako zwierciadło ego Wielkiego Kiniora bywała ciekawa, i muzycznie, i zdarzeniowo, i towarzysko, choć chaotyczna – była zawsze; w opiniach oglądających wyglądało to różnie – lepiej lub gorzej, ale warto tam chodzić bo może jednak coś nas tam zaskoczyć lub nam się spodobać, lub przynajmniej zapaść w pamięć. Z tegorocznej imprezy w pamięć wielu ludziom zapadła chyba niesmacznie duża ilość sił pilnujących porządku i przyzwoitości w okolicach Bazy Zbożowej. Jak komary w lesie – niby sielanka, cisza i spokój, ale coś jednak wkurwia. W takiej sytuacji nawet towarzysko trudno się obrócić, zamienić słowo i łyki z butelki, co w przypadku popeliny wiejącej w tym roku ze sceny niestety było bolesne. Czy to sobótkowe magiczne ciśnienie duszy przyciągnęło te mundurowe cienie w okolice, gdzie kilka lat temu jeszcze unosił się na Zbożowej swąd smarów i policyjnej benzyny? Zew wspomnień? Czy prewencja przy neopogańskiej imprezie?
środa, 08 czerwca 2011
MANIPULACJE PRZEDWYBORCZĄ POGODĄ i nowe kieleckie pismo: „LOKOMOTYWA”
Dziś media wpuściły w obieg zaskakującą informację, że to już 7 czerwca w tym roku został ogłoszony Dniem Wolności Podatkowej. Ale jak to? W zeszłym roku, przed tyloma podwyżkami, również i podatkowymi, wypadało to 23 czerwca, a tu, ni stąd, ni zowąd… Szybko to się udało zweryfikować, gdyż Robert Gwiazdowski z Centrum im A. Smitha potwierdził, iż to nie ich instytut ogłosił tego „niusa” [był to raczej zwyczajowy humbug].
Innym, o wiele ciekawszym newsem i to lokalnym jest pojawienie się nowej gazety w Kielcach [co ogłaszam niestety z lekkim opóźnieniem, za co biję się w piersi pustą butelką]. Wiąże się z tym kilka miłych rzeczy:
niedziela, 22 maja 2011
DYSCYPLINA MIASTA
poniedziałek, 02 maja 2011
Kielce miastem betonu
Gdybyż to jeszcze miało cokolwiek wspólnego z piosenką Patyczaka „Beton punk”… Niestety nasze miasto staje się dosłownie coraz bardziej pokryte betonem, szczególnie jeżeli chodzi o jego centrum, które od kilku lat poddawane jest gruntownej przebudowie. W sumie okej, konieczna jest zmiana tej wiekowej infrastruktury ulicznej [instalacji podziemnych, nawierzchni dróg, chodników], ale jednocześnie w trakcie tej przebudowy znikają trawniki i drzewa, które były dotąd naturalnym środowiskiem człowieka. Czy konieczne było ich usunięcie lub zniszczenie [bo w takim stłamszonym stanie teraz wegetują] na całej ulicy Sienkiewicza? Zostawiono zaledwie jakieś klomby [których nie trzeba grabić? By nie płacić „Zieleni Miejskiej”?]… Każda kolejna przebudowa to kolejne wycięte drzewa i znikająca uliczna roślinność. Cały Rynek pokryty zostaje właśnie betonem, pl. Panny Marii obok Katedry stanie się w swej formie niemal taki sam, odcinek ulicy Warszawskiej w pobliżu Rynku, który właśnie zaczyna być remontowany, ma niemal identyczne „betonowe” założenie koncepcyjne, plac obok WDK mimo pewnych zmian ogólnego zamysłu i ocaleniu części drzew na pewno nie będzie już tak zielony jak dziś, a słyszy się też o „zagospodarowaniu” przestrzeni przed KCK, gdzie tej zieleni jest wciąż sporo … Tak, słyszę już te głosy zwolenników „Nowej Organizacji Przestrzeni” [znamienny jest ten skrót… a i kojarzy się jakoś z pojęciem New World Order], że „to nie beton!”, a szlachetny granit, natomiast w odczuciu zwykłego człowieka, dla którego z pola widzenia znika zieleń, ta różnica między granitem a betonem jest niemal niedostrzegalna, to niczym usilne poszukiwanie subtelnych i finezyjnych różnic programowych pomiędzy maoistami, trockistami i bolszewikami właściwymi w obliczu tego, który z nich trzyma karabin na wieży strażniczej. Na dodatek co chwila czytamy o wycince setek, a tak naprawdę to w sumie już tysięcy (!) drzew – ulica Chęcińska, Krakowska, Planty obok Solnej [tam ostatnio w planie ok. 130 drzew], przebudowa obwodnicy warszawskiej i węzła na ul. Łódzkiej, budowa „Węzła Żelazna”… Nawet nie jesteśmy w stanie zliczyć ile jako mieszkańcy straciliśmy w ostatnich latach, bo każde drzewo to strata możliwa do odrobienia dopiero za kilkadziesiąt lat! W zamian dostajemy infrastrukturę dla samochodów – drogi i parkingi; tym szczycą się władze miasta, piejąc z zachwytu nad tym co dały mieszkańcom, słowem nie wspominając o tym, co nam zabrały - zieleń. A mnie zdecydowanie nie bawi rekreacja na depresyjnych granitowych placach defiladowych.
Zdecydowanie nie bawi mieszkańców bloku leżącego obok Plant budowa „Promenady Solnej” – kolejnego betonu mieszkalno-usługowego w samym centrum, tyle, że tuż nad rzeką, w ciągu spacerowych Plant i tuż obok parku i stawu. Ta „urokliwa” Promenada [czy jej twórcy są tak złośliwi czy nie znają znaczenia tego słowa?]ma mieć prawie 150 m długości i 21 m wysokości przytłaczając swym rozmiarem wszystkie okoliczne budynki i ucinając resztki przyjemności ze spaceru czy jazdy rowerem tamtejszą ścieżką rowerową. Obserwując dotąd mało uważnie protest mieszkańców tego bloku najważniejszym wnioskiem, który się nasuwa jest przede wszystkim to, że ten protest został niemal zupełnie olany przez media i władze miejskie. Dzieje się podobnie, jak w przypadku niedawnego, niedoszłego w efekcie referendum w sprawie odwołania prezydenta Lubawskiego ze stanowiska – stosowaną medialno-urzędniczą taktyką jest „przemilczeć, nie podsycać dyskusji, nie zauważać, omijać, a potem problem sam zniknie” - gdy budowa wejdzie w zaawansowaną fazę. Inna sprawa, że wszystkie poprzednie dewastacje przyrodnicze zorganizowane przez miasto też niemal przeszły bez echa, bo milczenie większości ludzi spowodowane jest iluzoryczną potrzebą „Nowej Organizacji Przestrzeni”, która sama dla siebie jest uzasadnieniem tej powszechnej drzewnej rzezi.Dla lepszego zapoznania się ze szczegółami sytuacji mieszkańcy bloku, na którym wiszą protestacyjne transparenty, stworzyli stronę publikującą zdjęcia i aktualności związane z tą nieciekawą zmianą krajobrazową: zielonadolinasilnicy.pl. Sporo zdjęć pokazujących destrukcję przestrzeni życiowej miasta na ciekawym kieleckim fotoblogu TUTAJ. O samej sprawie był jeszcze artykuł na portalu CIA – CZYTAJ
„Wytną mnie” – to desperackie zawołanie wisiało na każdym przygotowanym do wycięcia drzewie, a jest ich coraz mniej… Ostatnie święta, jak i zresztą każda niedziela, w którą poruszam się w pobliżu jakiegoś kościoła szokują mnie cyklicznie bezradnością istot ludzkich, które nie potrafią do swej świątyni dotrzeć na piechotę; tym bardziej dziwne to w czasach, gdy parafia jest niemal co krok. Niesamowita ilość samochodów blokujących przykościelne chodniki skłania do używania nazwy „Kościół Powszechnie Zmotoryzowany”, a uzależnienie od tego środka komunikacji uzasadnia niestety uwielbienie dla betonu, naturalnego samochodowego środowiska. Ta osobliwa niepełnosprawność i niefrasobliwość jednocześnie charakteryzuje chyba po części to mocarstwowe katolickie podejście do [swojeg] życia [narodzonego] – bronić go i dbać o jego prymat w otaczającym go środowisku, by przetrwać mimo niedogodności kosztem choćby i przyrody. Wydzierżawienie kościelnych gruntów pod moloch, jakim będzie centrum handlowe „Korona” trochę potwierdza tą bezrefleksyjność. Uwielbienie betonu w architekturze sakralnej to osobny temat, ale jeżeli ktoś cokolwiek kojarzy o Licheniu to zrozumie.
Jako ponury deser dorzucam informację o nowym pomyśle na zorganizowanie przestrzeni na pl. Wolności – na jego środku stanie „długo wyczekiwany” pomnik Piłsudskiego [no kurna, dziwiło mnie to, czemu jeszcze Lubawski nie uczcił pomnikiem swojego idola], skierowany twarzą w stronę Katedry, a symbolicznie odwrócony tyłem do Uniwersytetu – religia jak zwykle ważniejsza niż edukacja, mimo tych złych wspomnień, gdy kielecki biskup Łosiński w latach 30-tych tak mocno dopiekł marszałkowi swoją nieskrywaną niechęcią. Po tym plac już nigdy nie będzie taki jak wcześniej i nic się nie będzie dało sensownego dla niego wymyślić, by nie zakłócić tego majestatu. Nie wiem, czy będzie na koniu, czy ze spiżu, czy wąs będzie dobrze uczesany, ale wiem, że to chyba wymarzone zwieńczenie miejskiej kariery Wojciecha Prezydenta Lubawskiego.
piątek, 08 kwietnia 2011
DONICZKA kontra NARKOTYKOWA PARANOJA
Objawem paranoi są niektóre głosy komentujące ostatnią nowelizację ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii, w której mowa jest o możliwości [tylko!] odstąpienia od ścigania za posiadanie niewielkiej ilości narkotyków. Pojawiły się bowiem opinie, które utożsamiają tą kosmetyczną zmianę prawa z legalizacją narkotyków. Paranoją wg mnie jest nieuzasadniony [choćby przez brak doświadczeń społecznych z podobnych sytuacji w naszym lub innych krajach] lęk przed podobnymi posunięciami z jednoczesnym popieraniem innych działań państwa [nad którymi nie ma co się rozwodzić], mającymi skutki zdecydowanie bardziej destrukcyjne - i społecznie, i moralnie, i ekonomicznie. Częścią tej paranoi jest także akceptacja legalnego obrotu i czerpanie zysków z handlu innych środków odurzających, które, nie wiedzieć czemu nie są nazywane narkotykami – jak np. alkohol i tytoń. Definicja stanowi bowiem o słuszności prawa i pomaga oświetlić jurystycznym reflektorem jego wrogów…
Wkrada się w tą śmieszną dyskusję niesamowita ignorancja ludzi, którzy jako prawodawcy lub lobbyści partyjno-polityczni, nie rozumieją prostych pojęć i przenoszą swoje fobie za pomocą medialnej tuby na forum dyskusji ogólnospołecznej. A ludzie wciąż ufają niestety autorytetowi parlamentarzysty, jako przedstawiciela i wybrańca narodu… Narkotyki wbrew głupim wypowiedziom wciąż są bowiem NIELEGALNE. Za ich posiadanie, a tym bardziej obrót nimi, wciąż grozi kara więzienia, a więc bardzo surowa. Obecna nowelizacja nie jest złagodzeniem prawa – podnosi przecież możliwą długość odsiadki w więzieniu, choć dopuszcza odstępstwo od wymierzenia kary w pewnych przypadkach, jest więc tylko propozycją złagodzenia niektórych procedur. O tym, że państwo nie liberalizuje spożycia „środków nie obłożonych akcyzą” [bo o te przecież chodzi – o te, których obrotu nie kontroluje rząd] pokazała ostra kampania policyjno-administracyjno-prawna przeciw dopalaczom. Władza nie liberalizuje prawa, ono jest wciąż tylko zaostrzane.
Pojawia się tylko zaledwie jakiś przebłysk depenalizacji – jednorazowego odstąpienia od wymierzenia kary. Jest to wciąż przestępstwo kryminalne – posiadanie i wprowadzanie do obrotu nielegalnych używek. Kryminalizacją była akcja antydopalaczowa, ustanowienie przepisów, które poza nękaniem administracyjnym, próbami definicji przez ministerstwo zdrowia doprowadziły do ogólnej definicji dopalacza jako „narkotyku” ściganego karnie. Dekryminalizacją byłoby natomiast przekwalifikowanie niektórych używek [np. marihuany] jako parafarmaceutyków, które dla celów medycznych byłyby wprowadzone do obiegu kontrolowanego, bez dostępu dla ludzi niesklasyfikowanych do leczenia nimi.
Kiedy pani poseł Kempa [tak, ta sama, która została zrzucona w neseserze do kieleckiej siedziby PiS] rzucała głupie pytanie o to, którą mafię poparł minister głosując za tą nowelizacją [chodziło najprawdopodobniej o min. sprawiedliwości Kwiatkowskiego], chyba nie zdawała sobie sprawy skąd w ogóle biorą się mafie i z tego, że właśnie tacy teoretycy państwa jak ona są ich prawdziwymi współtwórcami. Są to bowiem organizacje przestępcze budujące quasi-biznesy w branżach skryminalizowanych przez państwo, ciesząc się z tego, że mogą na przykład być monopolistami w produkcji i handlu narkotykami. Prostytucja nie jest w pełni kontrolowana przez mafię, bo nie jest to raczej możliwe, z wielu względów, ale ponieważ byle kto nie umie wyprodukować amfetaminy, to jej produkcja i obrót jest już pod jej kontrolą. Zyski mafii pochodzą z polityki karnej państwa, więc i legalizacja tejże prostytucji ucięłaby część dochodów mafijnych. Z kolei wydaje mi się, że ucięciem naprawdę dużej części wpływów tej organizacji przestępczej byłby prosty krok – zezwolenie na domową uprawę konopi, niechby to był tylko ten jeden krzaczek w domu. Gdyby każdy mógł bez stresu wyhodować sobie taką roślinkę, podobnie jak zrobić wino czy upędzić bimber na własny użytek, może zrezygnowałby z ryzyka jakie niesie za sobą kupno takich używek [często nasączanych nieznanymi chemikaliami] na nielegalnym rynku. O wiele zaś łatwiej byłoby wtedy penalizować posiadanie i handel innych, twardszych narkotyków, a mafii wytrąciłoby to spory zakres działań. Tak więc to nie spec-ustawy były bolesnym ciosem w zorganizowaną przestępczość, ale nieskryminalizowana roślinka w domowej doniczce! Nie była by to więc prawdziwa „legalizacja”, zresztą nie widzę powodów, dla których państwo miałoby czerpać dochody z handlu tą uzywką; doniczka byłaby zaledwie jej depenalizacją, niekaraniem za hodowlę na własny (!) użytek, bowiem handel dużymi ilościami dawałby znowu komuś zarobek, a państwo, ta moralna jurystycznie dziewica, nie przełknęłaby raczej zysków z tak moralnie podejrzanego procederu, nie uczyni więc z konopii rośliny podobnej do tytoniu i chmielu. Nie zrobi tego by wciąż wspierać mafię? Wprowadzenie trawy do obrotu kontrolowanego przez ministerstwo zdrowia, przepisy regulacyjne, pozwolenia, atesty, akcyzy i podatki spowodowałoby pewnie wielokrotny skok jej ceny, porównywalny do stosunku ceny alkoholu w kosztach produkcji i jego ceny sklepowej, dlatego legalizacja w czystej, prawniczej postaci mi się nie podoba. Przede wszystkim depenalizacja i potem dekryminalizacja, czyli likwidacja paragrafów, które z automatu nakazują ściganie karne i czynią ze zwykłych konsumentów przestępców karnych.
Pojawiła się ostatnimi dniami kolejna inicjatywa, taki młodzieńczy zryw, jako kolejny, setny już może krok do legalizacji marihuany – niestety nie wiem, co mają szczegółowo do powiedzenia na ten temat, nie wiem nawet do kogo ta petycja, co konkretnie proponuje, ale ponieważ się rozkręca, to wrzucam baner, niech się rozkręci bardziej:
Objawem owej paranoi są niektóre głosy komentujące ostatnią nowelizację ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii, w której mowa jest o możliwości [tylko!] odstąpienia od ścigania za posiadanie niewielkiej ilości narkotyków. Pojawiły się bowiem opinie, które utożsamiają tą kosmetyczną zmianę prawa z legalizacją narkotyków. Paranoją wg mnie jest nieuzasadniony [choćby przez brak doświadczeń społecznych z podobnych sytuacji w naszym lub innych krajach] lęk przed podobnymi posunięciami z jednoczesnym popieraniem innych działań państwa [nad którymi nie ma co się rozwodzić], mającymi skutki zdecydowanie bardziej destrukcyjne - i społecznie, i moralnie, i ekonomicznie. Częścią tej paranoi jest także akceptacja legalnego obrotu i czerpanie zysków z handlu innych środków odurzających, które, nie wiedzieć czemu nie są nazywane narkotykami – jak np. alkohol i tytoń. Definicja stanowi bowiem o słuszności prawa i pomaga oświetlić jurystycznym reflektorem jego wrogów… Wkrada się w tą śmieszną dyskusję niesamowita ignorancja ludzi, którzy jako prawodawcy lub lobbyści partyjno-polityczni, nie rozumieją prostych pojęć i przenoszą swoje fobie za pomocą medialnej tuby na forum dyskusji ogólnospołecznej. A ludzie wciąż ufają niestety autorytetowi parlamentarzysty, jako przedstawiciela i wybrańca narodu… Narkotyki wbrew głupim wypowiedziom wciąż są bowiem NIELEGALNE. Za ich posiadanie, a tym bardziej obrót nimi, wciąż grozi kara więzienia, a więc bardzo surowa. Obecna nowelizacja nie jest złagodzeniem prawa – podnosi przecież możliwą długość odsiadki w więzieniu, choć dopuszcza odstępstwo od wymierzenia kary w pewnych przypadkach, jest więc tylko propozycją złagodzenia niektórych procedur. O tym, że państwo nie liberalizuje spożycia „środków nie obłożonych akcyzą” [bo o te przecież chodzi – o te, których obrotu nie kontroluje rząd] pokazała ostra kampania policyjno-administracyjno-prawna przeciw dopalaczom. Władza nie liberalizuje prawa, ono jest wciąż tylko zaostrzane. Pojawia się tylko zaledwie jakiś przebłysk depenalizacji – jednorazowego odstąpienia od wymierzenia kary. Jest to wciąż przestępstwo kryminalne – posiadanie i wprowadzanie do obrotu nielegalnych używek. Kryminalizacją była akcja antydopalaczowa, ustanowienie przepisów, które poza nękaniem administracyjnym, próbami definicji przez ministerstwo zdrowia doprowadziły do ogólnej definicji dopalacza jako „narkotyku” ściganego karnie. Dekryminalizacją byłoby natomiast przekwalifikowanie niektórych używek [np. marihuany] jako parafarmaceutyków, które dla celów medycznych byłyby wprowadzone do obiegu kontrolowanego, bez dostępu dla ludzi niesklasyfikowanych do leczenia nimi. Kiedy pani poseł Kempa [tak, ta sama, która została zrzucona w neseserze do kieleckiej siedziby PiS] rzucała głupie pytanie o to, którą mafię poparł minister głosując za tą nowelizacją [chodziło najprawdopodobniej o min. sprawiedliwości Kwiatkowskiego], chyba nie zdawała sobie sprawy skąd w ogóle biorą się mafie i z tego, że właśnie tacy teoretycy państwa jak ona są ich prawdziwymi współtwórcami. Są to bowiem organizacje przestępcze budujące quasi-biznesy w branżach skryminalizowanych przez państwo, ciesząc się z tego, że mogą na przykład być monopolistami w produkcji i handlu narkotykami. Przywoływanie przykładu amerykańskiej prohibicji alkoholowej jest bardzo dobrym świadectwem na to, jak rząd swoją polityką potrafi doprowadzić do użyźnienia gleby dla mafijnych struktur. Inna domena nielegalnych „biznesów” jaką jest prostytucja nie jest w pełni kontrolowana przez mafię, bo przez jej specyfikę [„doniczka w każdym domu”] nie jest to raczej możliwe, z wielu względów, ale ponieważ byle kto nie umie wyprodukować amfetaminy, to akurat jej produkcja czy przemyt i obrót jest już pod jej kontrolą, jak i innych narkotyków wymagających obróbki chemicznej. Zyski mafii pochodzą z polityki karnej państwa, więc i legalizacja tejże prostytucji ucięłaby część dochodów mafijnych, niestety państwo jest niechętne tej legalizacji, do tego stopnia, że to jedno z niewielu źródeł dochodu, które nie podlega opodatkowaniu [a urzędy skarbowe skrupulatnie przepytują tych, którzy to zadeklarują]. Z kolei wydaje mi się, że ucięciem naprawdę dużej części wpływów tej organizacji przestępczej byłby prosty krok – zezwolenie na domową uprawę konopi, niechby to był tylko ten jeden krzaczek w domu. Gdyby każdy mógł bez stresu wyhodować sobie taką roślinkę, podobnie jak zrobić wino czy upędzić bimber na własny użytek, może zrezygnowałby z ryzyka jakie niesie za sobą kupno takich używek [często nasączanych nieznanymi chemikaliami] na nielegalnym rynku. O wiele zaś łatwiej byłoby wtedy penalizować posiadanie i handel innych, twardszych narkotyków, a mafii wytrąciłoby to spory zakres działań. Tak więc to nie spec-ustawy były bolesnym ciosem w zorganizowaną przestępczość, ale nieskryminalizowana roślinka w domowej doniczce! Nie była by to więc prawdziwa „legalizacja”, zresztą nie widzę powodów, dla których państwo miałoby czerpać dochody z handlu tą uzywką; doniczka byłaby zaledwie jej depenalizacją, niekaraniem za hodowlę na własny (!) użytek, bowiem handel dużymi ilościami dawałby znowu komuś zarobek, a państwo, ta moralna jurystycznie dziewica, nie przełknęłaby raczej zysków z tak moralnie podejrzanego procederu, nie uczyni więc z konopii rośliny podobnej do tytoniu i chmielu. Nie zrobi tego by wciąż wspierać mafię? Wprowadzenie trawy do obrotu kontrolowanego przez ministerstwo zdrowia, przepisy regulacyjne, pozwolenia, atesty, akcyzy i podatki spowodowałoby pewnie wielokrotny skok jej ceny, porównywalny do stosunku ceny alkoholu w kosztach produkcji i jego ceny sklepowej, dlatego legalizacja w czystej, prawniczej postaci mi się nie podoba. Przede wszystkim depenalizacja i potem dekryminalizacja, czyli likwidacja paragrafów, które z automatu nakazują ściganie karne i czynią ze zwykłych konsumentów przestępców karnych. Jacek Sierpiński jak zwykle ciekawie i logicznie rozkłada ten temat TUTAJ Pojawiła się ostatnimi dniami kolejna inicjatywa, taki młodzieńczy zryw, jako kolejny, setny już może krok do legalizacji marihuany – niestety nie wiem, co mają szczegółowo do powiedzenia na ten temat, nie wiem nawet do kogo ta petycja, co konkretnie proponuje, no i uważam to tylko za objaw nicnieznaczącego kliktywizmu [źródłosłów TUTAJ], ale ponieważ się rozkręca, to wrzucam baner, niech się rozkręci bardziej:
niedziela, 03 kwietnia 2011
WIOSNA Z POLICJĄ W TLE
WIOSNA Z POLICJĄ W TLE
Już pierwszy dzień wiosny zaskoczył mojego kolegę kontaktem z nieumundurowanym patrolem policji w samochodzie na cywilnych numerach rejestracyjnych. Został zaczepiony w centrum Kielc właśnie tego dnia i po okazaniu blachy poproszony o dowód osobisty. Zdarza się, bo różne rzeczy się dzieją, ale zaskakujący był ciąg dalszy tej wątpliwie miłej konfrontacji – gdy funkcjonariusz już posiadł jego dowód osobisty, zaprosił zaczepionego do samochodu, gdzie po krótkiej wymianie zdań i oszczędnym umotywowaniu tego wylegitymowania doszli do wniosku, że być może nie jest człowiekiem, który ma coś wspólnego ze sprawą, która pchnęła ich na uliczne polowanie. To „być może” jednak nie wystarczało, padło policyjne zapytanie, gdzie woli dokończyć formalne procedury – w bramie, czy na komisariacie. Komisariat kojarzy się niestety ze stratą czasu, perspektywą nawet kilku zmitrężonych godzin, i choć ryzyko niewiadomego ciągu dalszego było spore, to zapadła decyzja o kończeniu procedur w bramie. „Stań pod ścianą” – polecenie było niepokojące, ale dotyczyło dalszych czynności – wykonania fotografii portretowej, fotografii całej postaci i ostatniego zdjęcia – dowodu osobistego. Muszę przyznać, że zaskoczyły mnie te niekonwencjonalne procedury.
2 kwiecień był dniem wernisażu kolektywu AĆ KRU w galerii „Lakiernia” w Bazie Zbożowej – fajne pomysły przeniesienia do galerii muralnych koncepcji, plus rzeczy wykonane zdecydowanie do ekspozycji nie-ulicznej [np. połamane skateboardy jako niezłe kompozycje, swoiste assemblage], dobre wino i pokaz slajdów z działań rzeczywiście ulicznych, czyli dwa istotne powody, dla których warto było pojawić się na wernisażu. A w pokazie slajdów swoisty smaczek – zdjęcie pary policjantów uczestniczących w Akcji Ujęcia, wyglądających jakby dokonywali wyceny streetartowego dzieła sztuki, lub zadumanych w szkolnym stylu „co artysta chciał przez to powiedzieć” i z dylematem: czy bardziej jest artystą czy wandalem do ukarania.
1 kwietnia ruszył zaś spis powszechny, czyli ogromna akcja policji statystycznej. Dobrze mieć państwu pełniejszy ogląd na społeczeństwo, oficjalne wyniki dotyczące warunków i statusu życia nieco mijają się z prawdą, więc może patrząc i pytając ankieterzy dowiedzą się więcej, niż można dowiedzieć się z PITów, z danych NFZ i różnych instytucji, którym Polacy przekazują wiedzę o sobie. Cóż, wydaje mi się, że najlepszym wyjściem jest zaciemniać lub gmatwać obraz, by rozmyć statystyki w morzu sprzecznych danych.
A jeżeli chodzi o policję kulturalno-oświatową, to w Kielcach jej duchowym guru jest chyba prezydent naszego miasta, który został patronem [inicjatorem? Imadłem?] wystawy poświęconej „działalności posła ziemi świętokrzyskiej Przemysława Gosiewskiego”, która zorganizowana będzie w… Galerii Sztuki Współczesnej „Winda”. Pomysł dziwny, chybiony choćby ze względu na lokalizację [ciężko tam wejść poza wernisażami] i profil galerii, np. wystawy IPN w WDK świetnie sobie dają radę ze względu na łatwy dostęp. Choć nie zamierzam na nią iść, to wydźwięk polityczny wystawy w takim miejscu zmusza do grymasu zdziwienia, a i pomysł zagarnięcia prawa do wizerunku Gosiewskiego w obliczu konfliktu Lubawskiego z lokalnym PiSem wraz z ogólnym zamieszaniem przy okazji powoływania się na jego spuściznę i odgórnego rozwalenia struktur tej partii w regionie daje spory niesmak. Prewencyjna akcja „wystawa przeciw oportunistom politycznym” jest jak wypuszczenie zwiększonej ilości patroli na miasto przeciw wagarowiczom.
Wiosną policja kwitnie.
Już pierwszy dzień wiosny zaskoczył mojego kolegę kontaktem z nieumundurowanym patrolem policji w samochodzie na cywilnych numerach rejestracyjnych. Został zaczepiony w centrum Kielc właśnie tego dnia i po okazaniu blachy poproszony o dowód osobisty. Zdarza się, bo różne rzeczy się dzieją, ale zaskakujący był ciąg dalszy tej wątpliwie miłej konfrontacji – gdy funkcjonariusz już posiadł jego dowód osobisty, zaprosił zaczepionego do samochodu, gdzie po krótkiej wymianie zdań i oszczędnym umotywowaniu tego wylegitymowania doszli do wniosku, że być może nie jest człowiekiem, który ma coś wspólnego ze sprawą, która pchnęła ich na uliczne polowanie. To „być może” jednak nie wystarczało, padło policyjne zapytanie, gdzie woli dokończyć formalne procedury – w bramie, czy na komisariacie. Komisariat kojarzy się niestety ze stratą czasu, perspektywą nawet kilku zmitrężonych godzin, i choć ryzyko niewiadomego ciągu dalszego było spore, to zapadła decyzja o kończeniu procedur w bramie. „Stań pod ścianą” – polecenie było niepokojące, ale dotyczyło dalszych czynności – wykonania fotografii portretowej, fotografii całej postaci i ostatniego zdjęcia – dowodu osobistego. Muszę przyznać, że zaskoczyły mnie te niekonwencjonalne procedury.
2 kwiecień był dniem wernisażu kolektywu AĆ KRU w galerii „Lakiernia” w Bazie Zbożowej – fajne pomysły przeniesienia do galerii muralnych koncepcji, plus rzeczy wykonane zdecydowanie do ekspozycji nie-ulicznej [np. połamane skateboardy jako niezłe kompozycje, swoiste assemblage], dobre wino i pokaz slajdów z działań rzeczywiście ulicznych, czyli dwa istotne powody, dla których warto było pojawić się na wernisażu. A w pokazie slajdów swoisty smaczek – zdjęcie pary policjantów uczestniczących w Akcji Ujęcia, wyglądających jakby dokonywali wyceny streetartowego dzieła sztuki, lub zadumanych w szkolnym stylu „co artysta chciał przez to powiedzieć” i z dylematem: czy bardziej jest artystą czy wandalem do ukarania. 1 kwietnia ruszył zaś spis powszechny, czyli ogromna akcja policji statystycznej. Dobrze mieć państwu pełniejszy ogląd na społeczeństwo, oficjalne wyniki dotyczące warunków i statusu życia nieco mijają się z prawdą, więc może patrząc i pytając ankieterzy dowiedzą się więcej, niż można dowiedzieć się z PITów, z danych NFZ i różnych instytucji, którym Polacy przekazują wiedzę o sobie. Cóż, wydaje mi się, że najlepszym wyjściem jest zaciemniać lub gmatwać obraz, by rozmyć statystyki w morzu sprzecznych danych. A jeżeli chodzi o policję kulturalno-oświatową, to w Kielcach jej duchowym guru jest chyba prezydent naszego miasta, który został patronem [inicjatorem? imadłem?] wystawy poświęconej „działalności posła ziemi świętokrzyskiej Przemysława Gosiewskiego”, która zorganizowana będzie w… Galerii Sztuki Współczesnej „Winda”. Pomysł dziwny, chybiony choćby ze względu na lokalizację [ciężko tam wejść poza wernisażami] i profil galerii; np. wystawy IPN-u w WDK świetnie sobie dają radę ze względu na łatwy dostęp. Choć nie zamierzam na nią iść, to wydźwięk polityczny wystawy w takim miejscu zmusza do grymasu zdziwienia, a i pomysł zagarnięcia prawa do wizerunku Gosiewskiego w obliczu konfliktu Lubawskiego z lokalnym PiSem wraz z ogólnym zamieszaniem przy okazji powoływania się na jego spuściznę i odgórnego rozwalenia struktur tej partii w regionie daje spory niesmak. Prewencyjna akcja „wystawa przeciw oportunistom politycznym” jest jak wypuszczenie zwiększonej ilości patroli na miasto przeciw wagarowiczom. Wiosną policja kwitnie...
niedziela, 27 marca 2011
RUCHY POZIOME - ściskanie i rozciąganie czyli plastyczne OFE
RUCHY POZIOME - ściskanie i rozciąganie czyli plastyczne OFE
W zasadzie to było oczywiste, co stanie się z OFE, bo od początku, z zamysłu, z koncepcji i tak było instytucją regulowaną urzędowo. Nie jest alternatywą dla ZUS, a jedynie jego dopełnieniem, niby-prywatnym inwestycyjnym wentylem, sejfem czy lokatą, do której można sięgnąć w ciężkiej chwili. To stawało się jasne we wcześniejszych momentach, choćby przy odgórnej regulacji prowizji – czyli gdy można ściskać trochę, to można ściskać aż do momentu, w którym poczujemy opór. Dotąd, by nie pękły kości. [A prowizje pobierane przez OFE zostały w takiej samej wysokości, mimo mniejszych sum czy ilości aktywów, którymi ma operować po zmniejszeniu wpływającej składki]
Może nie czytam uważnie wszystkich felietonów, artykułów, nie słucham wszystkich głosów pomniejszych i tych grzmiących z ust choćby niby-profesorów (jak np. „Leszku”), ale mam wrażenie, że w tej całej aferze [tak, bo to jest afera – zabór czy kradzież milionów złotych] nie wspomina się o sednie sprawy. Cały ten kanapowo-fotelowy lewicowy, liberalny czy prawicowy głos polityczny milczy na temat stosunku państwo a obywatel, w którym struktury państwowe teoretycznie organizowane są przez obywateli po to, by zapewnić ochronę militarną, policyjną czy ekonomiczną właśnie ogółowi obywateli. To oczywiście złudne wrażenie, biologia czy medycyna zapewne znają wiele takich przypadków, w których organizm pierwotny [tu: obywatel] został zdominowany przez organizmy wtórne adoptowane do swojego środowiska. Przesuwanie pieniędzy obywateli z OFE do ZUS na łatanie dziury budżetowej jest najbardziej widocznym elementem odwrócenia tego procesu, gdy pracujemy po to, by państwo jakoś mogło funkcjonować, by owe struktury się nie załamały, by dziura budżetowa nie zassała w nicość jego kręgosłupa. Przymusowe podatki są trudne do umotywowania, gdy nie mamy wpływu na sposób ich wydatkowania, niemniej wielu ludzi godzi się z ich zasadą, co najwyżej narzekając na ich wysokość [niemałą…], natomiast „pożyczanie” pieniędzy, które są naszymi, obywateli, środkami finansowymi jest stworzeniem z nas żywej karty kredytowej. Przesuwanie priorytetów na utrzymanie przy życiu różnych struktur państwowych, a nie obywateli ich utrzymujących jest niebezpieczne, bo godzi najzwyczajniej w zasadę użyteczności, chyba, że się mylimy sądząc, że to urzędy mają być użyteczne nam, a nie my im. Zapożyczając porównanie z tematyki science-fiction to wygląda jak bunt maszyn. A ludzie głosując losowo na kolejnych restauratorów systemu, na kolejne partie, które mają receptę na jego uzdrowienie [a ich programy to zazwyczaj tylko nakładanie pudru na trądzik syfilityczki chorej na raka], stają się jedynie bezimienną dawką energii, która ów system napędza. Niestety Ziemkiewicz ma rację pisząc o naszej roli jako „pożytecznych idiotach” dokładających się do budowy ogrodu oligarchii… Jako nawóz?
W zasadzie to było oczywiste, co stanie się z OFE, bo od początku, z zamysłu, z koncepcji i tak było instytucją regulowaną urzędowo. Nie jest alternatywą dla ZUS, a jedynie jego dopełnieniem, niby-prywatnym inwestycyjnym wentylem, sejfem czy lokatą, do której można sięgnąć w ciężkiej chwili. To stawało się jasne we wcześniejszych momentach, choćby przy odgórnej regulacji prowizji – czyli gdy można ściskać trochę, to można ściskać aż do momentu, w którym poczujemy opór. Dotąd, by nie pękły kości. [A prowizje pobierane przez OFE zostały w takiej samej wysokości, mimo mniejszych sum czy ilości aktywów, którymi ma operować po zmniejszeniu wpływającej składki] Może nie czytam uważnie wszystkich felietonów, artykułów, nie słucham wszystkich głosów pomniejszych i tych grzmiących z ust choćby niby-profesorów (jak np. „Leszku”), ale mam wrażenie, że w tej całej aferze [tak, bo to jest afera – zabór czy kradzież milionów złotych] nie wspomina się o sednie sprawy. Cały ten kanapowo-fotelowy lewicowy, liberalny czy prawicowy głos polityczny milczy na temat stosunku państwo a obywatel, w którym struktury państwowe teoretycznie organizowane są przez obywateli po to, by zapewnić ochronę militarną, policyjną czy ekonomiczną właśnie ogółowi obywateli. To oczywiście złudne wrażenie, biologia czy medycyna zapewne znają wiele takich przypadków, w których organizm pierwotny [tu: obywatel] został zdominowany przez organizmy wtórne adoptowane do swojego środowiska. Przesuwanie pieniędzy obywateli z OFE do ZUS na łatanie dziury budżetowej jest najbardziej widocznym elementem odwrócenia tego procesu, gdy pracujemy po to, by państwo jakoś mogło funkcjonować, by owe struktury się nie załamały, by dziura budżetowa nie zassała w nicość jego kręgosłupa. Przymusowe podatki są trudne do umotywowania, gdy nie mamy wpływu na sposób ich wydatkowania, niemniej wielu ludzi godzi się z ich zasadą, co najwyżej narzekając na ich wysokość [niemałą…], natomiast „pożyczanie” pieniędzy, które są naszymi, obywateli, środkami finansowymi jest stworzeniem z nas żywej karty kredytowej. Przesuwanie priorytetów na utrzymanie przy życiu różnych struktur państwowych, a nie obywateli ich utrzymujących jest niebezpieczne, bo godzi najzwyczajniej w zasadę użyteczności, chyba, że się mylimy sądząc, że to urzędy mają być użyteczne nam, a nie my im. Zapożyczając porównanie z tematyki science-fiction to wygląda jak bunt maszyn. A ludzie głosując losowo na kolejnych restauratorów systemu, na kolejne partie, które mają receptę na jego uzdrowienie [a ich programy to zazwyczaj tylko nakładanie pudru na trądzik syfilityczki chorej na raka], stają się jedynie bezimienną dawką energii, która ów system napędza. Niestety Ziemkiewicz ma rację pisząc o naszej roli jako „pożytecznych idiotach” dokładających się do budowy ogrodu oligarchii… Jako nawóz? |